45-lecie „TS”: "Ja, Cenzor" - wywiad z pracownikiem cenzury

- Były pracownik cenzury PRL przedstawia urząd nie jako siedlisko fanatyków, lecz miejsce pełne zwyczajnych ludzi o różnych motywacjach
- Rozmowa pokazuje, że cenzura działała jak rozbudowany system kontroli podporządkowany partii.
- Anonimowy cenzor przyznaje, że jego praca polegała przede wszystkim na skutecznym zatrzymywaniu niewygodnych treści.
- jednocześnie opisuje relację z dziennikarzami jako próbę wzajemnego przechytrzenia się.
Z K-62, byłym pracownikiem. Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, rozmawia Barbara N. Łopieńska. K-62 to z wykształcenia socjolog, lat 31, pracował w cenzurze w latach 1974–1977.
Mentalność cenzora
Barbara Łopieńska (Tygodnik Solidarność): Proszę Pana, czy każdy może zostać cenzorem?
K-62 (były cenzor): Każdy, kto ma wyższe wykształcenie i wyraża chęć pracy w tej firmie. Absolwent każdej uczelni, z AWF włącznie. Z tym że przeważają raczej ludzie po studiach humanistycznych. Koleżanka jest po ekonomii politycznej, druga po polonistyce, kumpel po geografii. Znaleźliby się ludzie, którzy skończyli dziennikarkę.
– Sfrustrowani dziennikarze?
– Przychodzą młodzi ludzie po studium dziennikarskim, bo na starcie jest dobra stawka. Ja dostałem w 1974 roku 4 tysiące, ale później nie idzie się z zarobkami do góry. Kumpel, który pracuje 7 lat, dostaje piątala.
– No, trzeba mieć jednak określone predyspozycje psychiczne.
– W cenzurze pracują też ludzie uczciwi, daję Pani słowo honoru, choć Pani się to pewnie nie mieści w głowie. Pijacy pracują i dobrzy ojcowie, gospodarne żony i podfruwajki. Z gruntu fałszywy jest wizerunek cenzora przypominającego agenta PIDE. Takiego cenzora z obiegowych wyobrażeń to ja spotkałem, owszem, jest tam kilku demonów, którzy ślęczą nad tekstem z demonicznym uśmiechem, ale tylko kilku. Zawód jest sfeminizowany, bo to jest cicha i spokojna praca. Ale z drugiej strony jest duża rotacja – chyba tylko jedna czwarta pracuje w cenzurze dłużej niż kilka lat. Trudno tu mówić o jakichś prawidłowościach. Przypominam sobie na przykład jednego pracownika, który odszedł, i po dwóch latach wrócił do cenzury. Ale on miał mentalność mola.
– Jaka jest więc mentalność cenzora z krwi i kości?
– Nie chciałbym, aby powstało wrażenie, że jest jakiś określony typ psychiczny cenzora. Czegoś takiego nie ma. Jest raczej typ wojskowego, strażnika, działacza młodzieżowego. Jedni kierują się szczególnie podjętą ideologią – uważają, że za pomocą cenzury najlepiej jest chronić socjalizm i kierowniczą rolę partii. Drudzy uważają, że praca w cenzurze to znakomita gra. Tacy szachiści. Cieszy ich fakt przechytrzenia tego dziennikarza.
– Do których Pan się zalicza?
– Do tych najliczniejszych, którzy przychodzą do cenzury ze świadomością, że po kilku latach stamtąd odejdą. Cały czas człowiek szuka swojego miejsca. Jeśli ma się talent w jakiejkolwiek dziedzinie, to łatwiej. Jeśli jest się człowiekiem nijakim w sensie zainteresowań, a właśnie do takich ja się zaliczam, to musi szukać metodą prób i błędów. […]
Jak działa cenzura
– Porozmawiajmy więc o zasadach funkcjonowania tej firmy.
– Jest prezes, dwóch wiceprezesów i kilku dyrektorów zespołów: prasy, książki, widowisk, analiz i instruktarzu […]. Był jeszcze dział drobnych druków, teraz jest zlikwidowany. We wszystkich dawnych miastach wojewódzkich są delegatury głównego urzędu z analogiczną strukturą […]. W delegaturach robota jest znacznie łatwiejsza – co tam ma do roboty cenzor w Zielonej Górze? Ale w Krakowie praca jest chyba tak samo skomplikowana albo może bardziej, bo tam wychodzi „Tygodnik Powszechny”, który ja uważam za najlepszy tygodnik w Polsce.
– To znaczy najgorszy? Jak to się u was mówi?
– Ja mówiłem najlepszy. W prasie jest wyspecjalizowana grupa, która czyta prasę wyznaniową, a jej działalność jest wypadkową stosunku Urząd ds. Wyznań – Episkopat. Tych nazywamy świętymi. Druga grupa – zwana zabawną – to zespół, który chodzi na kolaudację filmów, do teatrów, kabaretów. W teatrze robota była łatwiejsza, bo trudniej jest poprawić Musseta czy Fredrę. Zwracało się uwagę na inscenizację. Na dobrą sprawę większej rozróby na skalę „Dziadów” Dejmka nie przypominam sobie. Może zresztą krzywdzę jakiegoś reżysera. Prostą robotę mieli plakatorzy, a książkowcy – strasznie nudną. Najbardziej godna szacunku grupa, którą nazywa się arystokracją cenzury, to prasowcy… Awangarda. Oni budują firmę. To jest najbystrzejszy i najliczniejszy zespół. Pierwsza linia. […]
– Niech Pan opowie, od czego zaczyna się pracę w cenzurze?
– Na początku każdy odbywa szczegółowe szkolenie, na którym jest poinformowany o tym wszystkim, o czym nie należy informować kogo innego. Chodzi tu o szeroko podjętą naszą historię najnowszą i jeszcze parę innych rzeczy, których i tak pani nie puszczą, a mnie jest niezręcznie o nich mówić, bo to byłoby nielojalne. Kurs trwa około dwóch tygodni, organizowany w zależności od potrzeb. Są praktyczne wprawki – na tym samym tekście porównuje się własne osiągi ze skreśleniami kolegów już zaprawionych w tej robocie.
– I przyjmują tego, który skreśli najwięcej?
– Który skreśli najmądrzej. Ja miałem na szkoleniu „Forum” i zadziałałem po krajowemu. Strasznie pokreśliłem, a szef powiedział: „To nie tak. To jest «Forum». Teksty są już odpowiednio wybrane. Mogą chodzić”. Byłem wstrząśnięty. Generalnie wcale nie chodzi o to, żeby skreślać dużo […]. To jest zabawne. Rodzaj przepychanki, w której biorą udział obie strony i jedna stara się przechytrzyć drugą. Ale tak poważnie: było coś w rodzaju podziwu dla intelektualnych dziennikarzy, którzy pisali swoje i starali się nas przechytrzyć.
– To znaczy, lubicie tych, których najczęściej zdejmujecie?
– No pewnie, bo to są dobrzy dziennikarze. A przecież dobre rzeczy się zdejmowało, nie złe. Kisielewski na przykład zawsze dopisywał bilecik do cenzora: „Może byś tym razem puścił, koteczku?”. Naprawdę nie było złości do tych dziennikarzy, ale dużą satysfakcję dawały nam nasze riposty, które były tym skuteczniejsze, że do nas należało ostatnie słowo. Nigdy jednak nie było jakiegoś zacietrzewienia.
– A nigdy nie kusiło takiego szeregowego cenzora, żeby coś puścić?
– Nie. To byłby błąd w sztuce. Dobry cenzor szeregowy to taki, który skreśli to, co trzeba, i który rozumie, co czyta.
– Dla nas dobry to taki, który nie rozumie, co czyta.
– Zgoła odmienne założenie. Na Mysiej funkcjonowała, przynajmniej za moich czasów, zasada, że jeśli cenzor nie rozumie, co czyta, to artykuł nadaje się do puszczenia bez skreśleń, bo to znaczy, że czytelnik też tego nie zrozumie. My się uważamy za ludzi bardziej inteligentnych od przeciętnego czytelnika.
– To jest właśnie dramat.
– Tam durnie nie pracują. Jeśli wam zdejmowali artykuł i mówiliście: „O Boże, co za idiotyzm”, to nie było o cenzorach z Mysiej. Teraz wygłoszę coś w sensie wytłumaczenia cenzorów. Naród myśli, że ta cenzura jest wszechmocna. A to jest zbrojne ramię wydziału prasy i im trudniejsze czasy, tym cenzura ma mniej do powiedzenia. Chłopcy, jeśli podejmują własną decyzję, to naprawdę w błahych sprawach, bo sito cenzorskie jest duże. Najpierw czyta to wyrobnik, potem przegląda szef pionu i jeśli ingerencja ma się uchować, to musi ją zatwierdzić dyrektor zespołu. Nierzadko, gdy sprawa była wątpliwa, tekst szedł dalej, do wiceprezesa branżowego, do prezesa, a czasem nawet do wydziału, do odpowiedzialnych towarzyszy. Jeśli natomiast tekst nie ma ingerencji szeregowego cenzora, już nikt go przed drukiem nie czyta. A przecież zawsze może być afera. Więc szeregowy cenzor skreśla […].
Skrupuły moralne
– Jak wygląda system kar i nagród?
– Jest tak zwana uznaniówka za fajne wyłapanie. Za mojej bytności 100–1200 zł. Ale nie przypominam sobie, żeby ktoś z powodu przeoczenia wyleciał z pracy albo w ogóle miał jakieś większe nieprzyjemności. Panuje tam przekonanie, że ludzie są omylni – jak w saperce. Nieprzyjemności miał prezes. Pamiętam, że czasem dzwonił z pretensjami bezpośrednio do firmy premier Jaroszewicz, ale dla szeregowego cenzora nic z tego nie wynikało.
– No więc dlaczego nie puszczał?
– […] Pani chyba zapomina, że to nie jest firma do tego, żeby puszczać, tylko od tego, żeby zatrzymywać. Jak tu jesteś, to już się zachowuj, jak należy, tzn. według Pani jak nie należy, tak? Wybór jest tylko taki: albo tu pracujesz, albo nie. Jeśliby szeregowy cenzor coś puścił: „A, cholera, niech się ludzie dowiedzą”, to po prostu by źle wykonywał swoją robotę, zachowałby się niejako nielojalnie wobec firmy. […]
– Czy trafił kiedyś na Pana biurko tak strasznie pozytywny tekst, że cenzor nie wytrzymał i zdjął ten lukier?
– Jeśli dziennikarz pisał to w dobrej wierze, to znaczy ze swojej głupoty, a głupich dziennikarzy jest mnóstwo, to cenzura nie czuła się powołana uczyć go mądrości. Ale jeśli pisał, żeby ośmieszyć, jeśli robił sobie jaja, to się go stopowało. Myśmy potrafili się zorientować.
– […] Czy cenzor w ogóle zastanawia się, czym jest podyktowany dany zapis czy dyrektywa?
– Przyjmuje do wiadomości, bo zastanawianie się jest jałowe. No bo czym jest podyktowany zapis na to, że materiały budowlane są trujące, albo cały Tomaszów Mazowiecki, gdzie dziw, że ludzie jeszcze żyją? No co, mamy sobie porozmawiać, że to draństwo, a jednocześnie chodzimy do tej firmy i bierzemy pensję? Przechodziło się nad tym do porządku dziennego. Nie można za dużo myśleć na ten temat, bo to przeszkadza w robocie. Dziennikarz, który nie angażuje się w swoją robotę, jest kiepski. Ale cenzor mógłby być odwieziony do czubków. […]
– Nie miał Pan momentów, że chciał Pan odejść?
– Takich porywów? Nie, nie miałem. Nie byłem najlepszego mniemania o tych czasach i to sprzyjało mojej postawie. Myślę, że współczesny cenzor jest trochę Kafkowski, jest w nim coś somnambulicznego.
– Tyle że efekt jego pracy jest dosyć konkretny.
– Nie wydobędzie Pani ode mnie zeznań na okoliczność wyrzutów sumienia, jakichś skrupułów moralnych czy katharsis. Bo nic takiego nie miało miejsca. Nic kompletnie. Podchodziłem do swojej pracy w sposób dwoisty. Jestem w sumie poczciwym człowiekiem, a robię coś, co obiektywnie i subiektywnie jest brzydkie. […]
***
Listopad 1980 r.
Z K-62 rozmawiała Barbara N. Łopieńska.
Fragment rozmowy, która ukazała się w nr. 6 „TS” 8 maja 1981 r.

Komentarze
PE domaga się cenzury, ochrony aborcji i koordynacji działań w ściąganiu migrantów na ląd

45 lat „Tygodnika Solidarność”: Wywiad ze Zbigniewem Herbertem z 1994 roku

Nie tylko cenzura. Zamknięty system kontroli obywateli stale się rozrasta








