Szukaj
Konto

45-lecie „TS”: Emocjonalny komentarz po klęsce Wałęsy w 1995 roku

45-lecie „TS”: Emocjonalny komentarz po klęsce Wałęsy w 1995 roku
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Tygodnik Solidarność | Licencja: Tygodnik Solidarność | Strona gazety
„Bolesne rozliczenie” Tomasza Strzembosza to zapis politycznego i moralnego wstrząsu po zwycięstwie Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich 1995 roku, a także gorzki rachunek sumienia wystawiony całemu obozowi postsolidarnościowemu. Historyk i pierwszy przewodniczący Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej bezlitośnie punktuje błędy Lecha Wałęsy, podziały prawicy, zaniechanie rozliczeń z komunizmem oraz gorszące konszachty środowiska Unii Demokratycznej. Artykuł ukazał się w „Tygodniku Solidarność” 8 grudnia 1995 roku w numerze 49 (377), a dziś przypominamy go z okazji 45-lecia naszego pisma.
Co musisz wiedzieć:
  • Tekst Tomasza Strzembosza jest emocjonalną analizą wyborczej klęski Lecha Wałęsy w 1995 roku.
  • Autor ostro krytykuje zarówno Wałęsę, jak i szerzej całą prawicę postsolidarnościową.
  • Strzembosz twierdzi, że zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego było konsekwencją głębokiego kryzysu moralności publicznej w III RP.

Bolesne rozliczenie

Piszę to po nieprzespanej nocy, aby wyrzucić z siebie klębiące się myśli, aby na gorąco zanotować tę ponurą, zatrważającą noc. Kiedy się już kończyła, uświadomiłem sobie nagle, że przeżywałem już, stosunkowo niedawno, równie koszmarną noc. To była noc czerwcowa 1992 r., gdy obalano rząd Jana Olszewskiego. Zapamiętałem z niej szyderczy, obelżywy śmiech Lecha Wałęsy i jego najbliższego otoczenia. Taki sam śmiech zabrzmiał także tej nocy, tym razem śmiano się z Lecha Wałęsy.

Pierwsze refleksje. A więc prezydentem Niepodległej Rzeczypospolitej, III Rzeczypospolitej, zostanie – nie komunista, a mały kłamczuch, drobny oszust, który najpierw – z trudnych do pojęcia powodów – oszukał swój sejm („swój”, bo taki, w którym jego koalicja miała zdecydowaną przewagę), zatajając akcje posiadane wspólnie z żoną, a potem cały naród, twierdząc, że jest magistrem ekonomii. Został wybrany, choć największe z mediów – telewizja – ujawniło to kłamstwo. Czy jej uwierzono?

A więc dla wielu (jak wielu?) wyborców Aleksandra Kwaśniewskiego nie było istotne, że jest to człowiek bez honoru, kłamiący prosto w oczy dla uzyskania lepszych efektów doraźnych! I wyborcy ci nie pomyśleli, że ktoś, kto kłamie na samym początku swojej kariery, gdy zostanie prezydentem, zapewne nie wykona żadnej ze swoich dzisiaj składanych obietnic, że się z nich zwyczajnie wyłże albo o nich po prostu zapomni, gdy mu nie będą potrzebne głosy „żuczków”, „szaraczków” ze wsi i miast.

Wybory prezydenckie lub parlamentarne są tą rzadką okazją, kiedy historia rzuca niejako światło reflektora na całe społeczeństwo, a nie tylko na „wybranych”: królów, ministrów, wodzów, parlamentarzystów, dowódców wojskowych i ich żołnierzy... Wtedy dowiadujemy się czegoś o sobie jako o całej społeczności.
O czym nam mówią ostatnie wybory? O zasadniczych brakach w moralności publicznej i moralności osobistej. I o tym, jak owe braki wpływają – bezpośrednio i konkretnie – na politykę, jej głównych (i pobocznych) autorów, los kraju.

 

Dlaczego przegrał Lech?

Dlaczego przegrał tak strasznie Lech Wałęsa? Bo nie zrealizował głośno, „z przytupem”, składanych ogółowi obietnic; bo ludzi na oczach wszystkich traktował jak „zderzaki”, bo odrzucił jako prezydent etos Solidarności, ten etos, dzięki któremu potrafiła ona zjednoczyć wokół siebie 10 milionów Polaków stęsknionych za moralnością publiczną, prawdą, wzajemnym szacunkiem, życzliwością, solidarnością, przyjaźnią. I dlatego właśnie, a nie z powodu jakichś błędów stricte politycznych, utracił owo powszechne poparcie, którym go obdarowano (jak łaską, a nie jak powinnością poddanego!) w latach osiemdziesiątych. To dlatego miał tak ogromny antyelektorat, że mówiło się, iż każdy inny zwycięży w starciu z Kwaśniewskim – a on, laureat Nagrody Nobla, bohater Solidarności, współtwórca obalenia komunizmu w Europie – nie!!!

Braki w ząkresie moralności publicznej, ale także braki w zakresie moralności prywatnej (demonstrowana stale pycha, mówienie o sobie jako „wielkim wodzu”) okazały się więc elementem decydującym o zwycięstwie czy porażce politycznej. Dokładnie: politycznej.

Obciążenie aferami

Przegrał także dlatego, że głosowali przeciw niemu, obarczając go – słusznie czy niesłusznie – grzechami wszystkich kolejnych rządów solidarnościowych, ludzie pokrzywdzeni: pracownicy pegeerów, którymi nikt się poważnie nie zajął, bezrobotni, renciści, na których barki przerzucono (korzystając z „dobrych tradycji” komunistycznego pięćdziesięciolecia) ciężar transformacji. Przegrał, bo jego także obciążano za wszystkie wielkie afery 6-lecia: FOZZ, alkoholową, rublową, samochodową... – wiele ich było. Afery, nigdy do końca niewyjaśnione, a jeśli nawet zakończone wyrokami, to bez podania ich do wiadomości opinii publicznej, tak spragnionej poczucia sprawiedliwości.

Cóż z tego, że afer takich „za komuny” było o wiele więcej i były szczególnie paskudne (jak afera UB: „Żelazo”), skoro po pierwsze – o większości z nich nic nie wiedziano, i po drugie – to były afery „ich” rządów, a nie „naszych” rządów. To jest ZASADNICZA RÓŻNICA, ale nie zdawano sobie z tego dość jasno sprawy.
Powstało więc przekonanie (tak: przekonanie!), że jeśli ktoś ukradnie skrzynkę gwoździ w jakiejś fabryce, będzie ścigany i zostanie skazany, a jeśli ktoś ukradnie całą fabykę – „nie ma sprawy”. Przypomina się bardzo stara, jakże złej sławy prawda: „panu nic, chłopa na pal, szlachcica na wieżę”. Tylko że minęło lat trzysta – i czasy są jakby inne.

 

Dlaczego przegraliśmy my?

Przegrał Wałęsa. Ale przegraliśmy razem my wszyscy, bo żaden z naszych polityków na prawicy (no, z małymi wyjątkami) nie potrafił przez kilka lat przełożyć dobra wspólnego nad własne wizje i ambicje. Niemal każdy gotów był się jednoczyć, ale tylko na własnych warunkach i tylko wtedy, gdy wszyscy inni zgodzą się, że to on będzie tym pierwszym. Mam o to żal przede wszystkim do tych polityków prawicy, których szanuję. Kiedy w czerwcu 1993 r. w Krakowie, na ogromnym zebraniu inteligencji prawicowej, powiedziałem gronu polityków, że nie są naszymi idolami, naszymi wodzami, a ludźmi na dorobku, którzy mają się sprawdzić w naszych oczach przede wszystkim tym, że potrafią – co jest warunkiem podstawowym – działać razem, wystąpił w ich imieniu Jan Olszewski i zapewniał mnie, że strzelam kulą w płot, bo oni już są zjednoczeni, już się dogadali. Ale we wrześniu 1993 r. już byli wszyscy osobno.

Kiedy w trzy dni po wyborach, na innym dużym zebraniu, powiedziałem, że jeśli spojrzeć głębiej, to przegraliśmy dlatego, że po zwycięstwie Solidarności w naszych działaniach nie było już solidarności, lojalności, wzajemnego zrozumienia, a dominował krótkowzroczny interes własny, pan Jarosław Kaczyński powiedział mimochodem, że takie rzeczy mówi się tylko po to, aby zebrać oklaski. Zrozumiałem wtedy, że mam do czynienia nie z politykiem, a technikiem politycznym (taka sama różnica jak między dentystą a technikiem dentystycznym). Dziś to rozumiem lepiej: widziałem, jak panowie: Jarosław Kaczyński, Kazimierz Ujazdowski, Ryszard Czarnecki, porzucając w żenującym pośpiechu wybranych przez siebie kandydatów na Urząd Prezydenta, gdy tylko ktoś inny uzyskał lepszy wynik w rankingu, miotali się po scenie politycznej w tańcu św. Wita; widziałem, jak naprawdę wygląda „walka o lepszą Polskę”! Wszystko się sprawdza!

Gdy w grudniu 1992 r. twierdziłem w pewnej dyskusji, że nie ma dziś nic ważniejszego, jak uobywatelnienie obywateli RP, by potrafili samodzielnie myśleć o sprawach swego kraju, p. Kazimierz Ujazdowski twierdził, że to głupota: wystarczy wąska klasa polityczna, inni niech się zajmują swoim zawodem (w domyśle: i zlecą te troski owej klasie).

Klęskę całego narodu spowodował także brak pokory i zdolności do mądrych kompromisów ze strony czołowych działaczy obozu niepodległościowego i szeroko rozumianej prawicy. Dlatego właśnie nie uzyskała ona bardziej powszechnego poparcia nawet u tych, którzy na nią tak bardzo liczyli, którzy jej zaufali. Dalszym, wcale niemało ważnym, powodem klęski było, iż dopuszczono do takiej sytuacji, że różni Humerowie śmieli się – i śmieją – wprost w twarz swoim pokaleczonym ofiarom, a dzieci zamordowanych nie mają nawet tej satysfakcji, że sprawcy zbrodni zostali, jeśli już nie ukarani, to publicznie napiętnowani. Obrażone poczucie sprawiedliwości, w sprawach, które dla co najmniej kilku milionów są wyznacznikiem nowej, sprawiedliwej Polski, dało w sposób dobitny znać o sobie w dniu wyborów.

 

Kto „pomagał” w przegranej?

Zawiniło także, jakże mocno, środowisko Unii Demokratycznej jako całość, godnie reprezentowane przez „Gazetę Wyborczą” i jej redaktora naczelnego. Bo jeśli można przyjaźnić się z Kiszczakiem i Jaruzelskim, przebywać „towarzysko” z Jerzym Urbanem i jednocześnie być „autorytetem moralnym”, to dlaczego nie można głosować na Kwaśniewskiego, który przynajmniej nie ma na rękach krwi polskiej, mieni się socjaldemokratą, jest „młody, wrażliwy i bezpośredni”, a nadto obiecuje pracę i mieszkanie? Jeśli reprezentatywnym działaczem Unii może być Marcin Święcicki, działacz warszawskiego KIK, który potem znalazł się „nagle” w KC PZPR (i nigdy nikomu się z tego nie musiał tłumaczyć; nadal, jak dawniej, był „nasz”), jeśli Andrzej Drawicz popiera lidera SdRP i to samo czyni Barbara Labuda (oboje słusznie kojarzeni z intelektualną i katolicką Unią), to jaka, na Boga, jest różnica pomiędzy „cudzymi” a „swoimi”? Chyba tylko przynależność do UW czy do SLD?

Wybory 19 listopada wykazały w sposób nie do zakwestionowania, że wszelkie opowiadanie, iż Polska jest krajem katolickim, jest po prostu mijaniem się z prawdą. Że jest to kraj ludzi w swej większości ochrzczonych – zgoda. Ale gdyby był to kraj katolicki, to nie byłoby możliwe głosowanie na człowieka wyraźnie (chociaż nie podczas wyborów – na to był zbyt cwany) opowiadającego się przeciw wartościom chrześcijańskim, konkordatowi, równości wierzących i niewierzących (mimo osłonek wyraźne było, że państwo ma być laickie – jak było dawniej). Nie byłoby możliwe głosowanie na Kwaśniewskiego wbrew kryteriom moralnym, akcentowanym przez episkopat, wbrew akcji prowałęsowskiej ks. Rydzyka w „Radiu Maryja” (obawiam się zresztą, że zrobiło ono niedźwiedzią przysługę Wałęsie, nie licząc się ani z odpornością na taką propagandę, ani z przekorą Polaków).

 

Dlaczego daliśmy się nabrać?

Niedoceniana moralność publiczna stała się według mnie czynnikiem, który zdecydował o efekcie wyborów. W sytuacji zawodu i zniesmaczenia zwyciężyła nadzieja związana z „nową” twarzą, tak było, gdy Gomułka zastępował Bieruta, a Gierek Gomułkę. Tylko że to są już – zdawałoby się – inne czasy. Nie takie znowu inne.

Wiele tu miała do powiedzenia „gruba kreska” Mazowieckiego i jego następców: Bieleckiego, Suchockiej, Pawlaka, gdy można było ze społeczną akceptacją dokonać dekomunizacji; obecnie wmawianie społeczeństwu przez Geremka i jego kolegów, że „komunizm jest bardzo zły”, brzmi wręcz groteskowo i, gorzej niż śmiesznie, zawstydzająco, bo jest wynikiem klęski eliminującej UW z gry politycznej, a nie głębszej refleksji na temat własnej postawy w minionych latach i związanej z nią odpowiedzialności za to, co się stało.

Rozliczenie przyszło szybciej, niż sądzono, i jest bardzo bolesne.

Pozostaje jednak pytanie: czy ktoś wyciągnie z tego wnioski, czy może klasa polityczna jest zupełnie nieprzemakalna na wymowę faktów oczywistych? Czy trzeba czekać, aż wyrośnie nowe pokolenie Polaków, dla którego praca polityczna jest służbą, a nie grą sił, w której rację ma silniejszy? Przyszedł czas na rachunek sumienia; jeszcze nie jest za późno.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 29.06.2026 12:48
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 25/2026, oprac. Ludwik Pęzioł