Szukaj
Konto

Najpotężniejsi politycy III RP upadali przez pychę

Najpotężniejsi politycy III RP upadali przez pychę
Źródło: tysol.pl | Autor: Proj. L. P. | Licencja: Tygodnik Solidarność | Lech Wałęsa, Bronisław Komorowski
„Pycha jest trucizną tak zjadliwą, że zatruwa nie tylko cnoty. Zatruwa też inne występki. To właśnie czują zwykli ludzie w gospodzie. Tolerują pijaczynę, hazardzistę, a nawet złodzieja, ale mają poczucie, że tkwi jakieś nikczemne zło w człowieku, który może się chlubić tak wielkim podobieństwem do Boga Wszechwiedzącego”. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do słuszności myśli zawartej przez G.K. Chestertona w eseju „Gdybym mógł wygłosić tylko jedno kazanie”, powinien przyjrzeć się skłonnościom polskiego społeczeństwa – a zwłaszcza logice, jaką kieruje się ono w swoich wyborach politycznych. Pokazuje ona jasno, że pycha jest dla polityków jedną z najkrótszych dróg do pożegnania się z marzeniami o rządzeniu.
Co musisz wiedzieć:
  • Historia III RP wielokrotnie pokazywała, że pycha prowadzi do wyborczych porażek.
  • Autor wskazuje liczne przykłady takiej postawy.
  • Główną tezą tekstu jest przekonanie, że wyborcy szczególnie surowo karzą polityków, którzy sprawiają wrażenie oderwanych od społeczeństwa.

Krótka historia ukaranej pychy

Pycha władzy jest dla wyborców grzechem szczególnie niebezpiecznym. Jeżeli bowiem politycy dają do zrozumienia swoją wyniosłością i egoizmem, że nie są po to, by służyć, lecz raczej żeby ich podziwiać, jest to sygnał, iż raczej nie będą kierować się interesem wspólnoty. Można więc powiedzieć, że od umiejętności rozpoznawania pychy polityków – w jej różnych postaciach – może zależeć przyszłość społeczeństwa. Historia polityczna Polski po 1989 roku pokazuje, że Polacy tę zdolność posiedli i nie wahali się z niej korzystać.

 

Pycha jako zaniechanie

Po raz pierwszy stało się to już w samych pierwocinach polskiej demokracji, czyli podczas wyborów kontraktowych z czerwca 1989 roku. Przypomnijmy: na mocy porozumień 65 proc. miejsc w Sejmie było z góry zagwarantowanych dla PZPR i jej satelitów. Realną stawką pozostawało więc 35 proc. mandatów poselskich oraz pełna pula miejsc w Senacie. 

Pycha komunistów objawiła się tu bardziej zaniechaniem niż działaniem. Uznali oni, że nie muszą zbytnio zabiegać o głosy obywateli, bo przecież otrzymają poparcie ze względu na własne domniemane walory. Z przeciwnego założenia wyszła Solidarność. Chociaż dysponowała skromnymi środkami, działała pod presją i rzucano jej kłody pod nogi, prowadziła pełną autentycznego zaangażowania kampanię.

To, że komuniści przegrają w demokratycznej części wyborów, było od początku prawdopodobne. Ciążyło na nich odium Polski Ludowej wraz ze wszystkimi jej wadami i świeżą jeszcze pamięcią represji, a nawet zbrodni. Wydaje się jednak, że gdyby nie tkwiące u podstaw ich postawy wspomniane przekonanie: „i tak na nas zagłosują” – a więc przeświadczenie, że są bardziej doświadczeni, bardziej kompetentni i że Polacy powinni być im wdzięczni – porażka nie musiałaby przybrać aż tak katastrofalnych rozmiarów. Podjęcie realnego wysiłku w postaci objazdu kraju, wyjścia do ludzi, próby wsłuchania się w społeczne nastroje, a może nawet zdobycia się na częściowe wyznanie własnych błędów, mogły ograniczyć skalę klęski. Wyniki pokazały, że postawa „to-mi-się-należyzmu” jest w polskiej demokracji karana wyjątkowo surowo.

Nie oznaczało to, że wszyscy późniejsi kandydaci tę lekcję odrobili...

 

Upadek Wałęsy

Narcyzm Lecha Wałęsy jest dziś znany nawet osobom, których wiedza o polityce nie wykracza poza internetowe memy. W czasach jego największych triumfów chronił go fakt, że życie polityczne nie toczyło się „na żywo”; do opinii publicznej trafiał przekaz starannie wyselekcjonowany, co dotyczyło zarówno reżimu PRL-owskiego, jak i antykomunistycznego podziemia. Pycha Wałęsy, rozwinięta już w tamtym okresie – czego osobliwym świadectwem są choćby nagrania z internowania, na których tłumaczył bratu, że ród Wałęsów wywodzi się od rzymskiego cesarza Walensa – pozostawała przed większością Polaków ukryta. Mogli więc projektować na noszonego na rękach przywódcę Solidarności własne nadzieje, mity i marzenia o wolności.

Zmieniło się to wraz z nadejściem demokracji i większej przejrzystości życia publicznego. Wałęsa miał znakomity start. Badania „Lech Wałęsa w opinii społecznej” autorstwa Tadeusza Cudnika i Andrzeja Florczyka pokazały, że jeszcze w kwietniu 1989 roku działania Wałęsy aprobowało 88 proc. Polaków, a sympatię wobec lidera Solidarności deklarowało 66 proc. Później, w kampanii prezydenckiej, potrafił korzystnie wyróżnić się na tle Tadeusza Mazowieckiego, a także trafnie odczytał społeczne nastroje, rzucając hasło słynnego „przyspieszenia”. Takiego kredytu zaufania społecznego nie otrzymał po 1989 roku właściwie żaden inny polityk. Gdy jednak społeczeństwo poznało Wałęsę bliżej, poparcie spadało, aż do samego dna: 1% w wyborach 2000 roku.

Początkowo wypowiedzi Wałęsy mogły sprawiać wrażenie jedynie ekscentrycznych wyskoków i spotykały się z dezorientacją. Z czasem zaczęły jednak układać się dla ludzi w spójną całość. Ważną rolę odegrały tu wspomnienia byłego rzecznika prasowego prezydenta, Jarosława Kurskiego. W książce „Wódz” pisał on, że przy Wałęsie mógł przetrwać tylko ten, kto z góry uznawał wielkość i nieomylność wodza. Podobną opinię wyrażała także duża część prawicy. W przypomnianym niedawno przez „Tygodnik Solidarność” archiwalnym tekście z 1995 roku Tomasz Strzembosz tak opisywał przyczyny porażki Wałęsy z Aleksandrem Kwaśniewskim:

„Braki w zakresie moralności publicznej, ale także braki w zakresie moralności prywatnej (demonstrowana stale pycha, mówienie o sobie jako „wielkim wodzu”) okazały się więc elementem decydującym o zwycięstwie czy porażce politycznej. Dokładnie: politycznej”.

Świadomość tej słabości bezlitośnie wykorzystał Aleksander Kwaśniewski. Demonstracyjne zlekceważenie urzędującego prezydenta przed debatą telewizyjną i zmuszenie go do oczekiwania sprowokowały Wałęsę do wybuchu gniewu na wizji. W oczach wielu wyborców potwierdziło to najgorsze podejrzenia na jego temat i stało się jednym z symbolicznych momentów prowadzących do wyborczej porażki.

 

„Wodzusiostwo”

Kolejna kara za pychę spotkała obóz prawicowy w 1993 roku. „Klęska urodzaju” ugrupowań prawicowych doprowadziła wówczas do sytuacji, w której wiele z nich nie przekroczyło progów wyborczych – wynoszących już 5 proc. dla partii i 8 proc. dla koalicji – co otworzyło drogę do powrotu postkomunistów do władzy.

W powszechnym odbiorze winna była temu tendencja, którą później celnie podsumowano powiedzeniem, że na prawicy każdy chce być Napoleonem, a nikt żołnierzem. Trudno znaleźć inne przekonujące wyjaśnienie ówczesnego rozdrobnienia. Wiele ugrupowań różniło się wprawdzie akcentami programowymi, lecz nie na tyle, by współpraca była niemożliwa. Nawet jeśli rysował się podział między nurtem bardziej prospołecznym a liberalnym, nic nie stało na przeszkodzie, by przynajmniej w obrębie tych politycznych rodzin zawrzeć wyborcze porozumienia. Tak się jednak nie stało. Przekonanie o własnej wyjątkowości, moralnej wyższości, nieomylności i szczególnych predyspozycjach do przewodzenia okazało się silniejsze nawet od politycznego interesu.

Powrót postkomunistów do władzy – w momencie, gdy wielu Polakom wydawało się, że epoka „słusznie miniona” została zamknięta raz na zawsze – był dla prawicy prawdziwym szokiem. Pokazał nie tylko nieuchronność kary za pychę, ale również moc tej przywary. Potrafiła ona bowiem tak skutecznie zaciemnić obraz rzeczywistości, że politycy nie dostrzegli nadchodzącej klęski nawet wtedy, gdy ta rysowała się już na horyzoncie całkiem wyraźnie.

 

Propaganda sukcesu

Główną przyczyną upadku zarówno postkomunistów, jak i AWS nie była już „pycha władzy”, choć i ta pojawiała się w pewnych momentach. Powróciła ona jednak w pełnej krasie w 2015 roku.

W wyborach prezydenckich Bronisław Komorowski powtórzył wspomniany wcześniej błąd komunistów z 1989 roku. Przekonany o własnej wyższości nad rywalami właściwie nie prowadził kampanii wyborczej. Co więcej, publicznie demonstrował lekceważenie wobec rywala, udając choćby, że nie pamięta jego nazwiska. Tymczasem Andrzej Duda przemierzał kraj, odwiedzając zarówno wielkie miasta, jak i najbardziej zapomniane wsie. Komorowski nie zabiegał również szczególnie o mobilizację środowisk, które i tak uważał za swoje zaplecze. Zakładał, że ich poparcie po prostu mu się należy. Wyborcy po raz kolejny pokazali, że tego rodzaju przekonanie bywa w demokracji wyjątkowo zdradliwe.

Niektóre przyczyny porażki Komorowskiego zostały przez sztab Platformy Obywatelskiej dostrzeżone, więc partia nie popełniła już błędu bezczynności. Pycha jednak nie zniknęła, a tylko zmieniła postać. Zamiast przekonania: „Wygramy, bo i tak musimy wygrać”, pojawiło się inne: „Skoro dzięki nam Polsce tak dobrze się powodzi, to musicie na nas zagłosować”. Taka propaganda sukcesu wielu Polaków (zwłaszcza tych, którym się nie powodziło) zwyczajnie rozzłościła. I w ten właśnie sposób Prawo i Sprawiedliwość otrzymało osiem lat samodzielnych rządów.

 

Czyhająca pycha

Prawo i Sprawiedliwość przez pierwsze lata po zwycięstwie wyborczym pilnowało się, by nie popełnić błędów Platformy Obywatelskiej. Szczególnie w okresie rządów Beaty Szydło mocno akcentowano pokorę, służbę i bliskość wobec zwykłych ludzi. Nie oznaczało to jednak, że ugrupowanie było całkowicie wolne od pokusy pychy. Wielu komentatorów (również z prawej strony) wskazywało na wyniosłe traktowanie potencjalnych koalicjantów, i to w sytuacji, gdy mogli oni okazać się niezbędni dla utrzymania władzy. Zmieniło się to dopiero po wyborach, kiedy rozpoczęły się gorączkowe próby pozyskania części środowiska Trzeciej Drogi. Było już jednak za późno. Sam fakt, że takie rozmowy w ogóle próbowano prowadzić po wyborach, osłabia argument, że choćby próby dogadania się były niemożliwe.

Pychy nie ustrzegła się również Konfederacja. Pod koniec 2022 roku i w pierwszej połowie 2023 roku partia notowała w niektórych sondażach poparcie sięgające 15 proc., co otwierało przed nią perspektywę współudziału we władzy. Wraz ze wzrostem notowań pojawiły się jednak widoczne oznaki triumfalizmu. W telewizyjnych studiach epatujący samozadowoleniem politycy tej partii zapowiadali, że to oni będą wkrótce rozdawać karty. Choć część liderów – zwłaszcza Krzysztof Bosak – próbowała tonować nastroje i przestrzegała przed nadmiernym entuzjazmem. Rozochocony aktyw nie poprzestawał jednak w zadzieraniu nosa. Wyborcom najwyraźniej się to nie spodobało, bo ostatecznie wynik wyborczy okazał się ponaddwukrotnie niższy od prognoz.

Wreszcie warto wspomnieć o pysze klasowej, która mogła przyczynić się do porażki Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich 2025 roku. Objawiała się ona zarówno w niektórych zachowaniach samego kandydata – zwłaszcza wtedy, gdy sprawiał wrażenie oczekującego szczególnego traktowania podczas debat i wywiadów – jak i w postawie części jego zaplecza. W debacie publicznej pojawiały się wypowiedzi sugerujące pogardę wobec wyborców PiS, przedstawianych jako „pasożyty” czy ludzie z „dołów społecznych”, z których miał rzekomo wywodzić się sam Karol Nawrocki. Tutaj pycha zmutowała w klasizm. Różniła się od znanych jej form jedynie tym, że nie wynosi ponad innych jednostki, lecz całe środowiska społeczne.

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 06.07.2026 10:10
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 26/2026, oprac. Ludwik Pęzioł