Karol Nawrocki i rewanż robotniczego blokowiska

- Autor twierdzi, że po 1989 roku część elit III RP budowała swoją pozycję również poprzez kulturową i polityczną stygmatyzację środowisk robotniczych i prowincjonalnych.
- Według tekstu sukces PiS, a później zwycięstwo Karola Nawrockiego, były efektem połączenia narracji patriotycznej z poczuciem godności społecznej tych grup.
- Autor interpretuje wybory prezydenckie 2025 roku jako symboliczny „rewanż robotniczego blokowiska”.
W wielkim, ale oddającym brutalnie naturę rzeczy skrócie uznać można, że III RP była w pewnym sensie owocem zdrady, której wobec ludu dopuściły się elity. Oba te pojęcia należałoby ująć w cudzysłów, elitom brak było już dawnego przeświadczenia o jakichkolwiek powinnościach wobec tych, którzy w kolejnych społecznych hierarchiach znaleźli się niżej. Zresztą nie idealizujmy przeszłości, wcześniej też przecież spotykaliśmy się z całą gamą postaw: od empatii czy poczucia obowiązku, przez obojętność, do pogardy i cynicznego wykorzystywania ekonomicznych czy kulturowych przewag.
Dziedzictwo komuny
PRL przed 1980 rokiem pogłębiał nieufność i uprzedzenia, udawało się wówczas dzielić i rządzić. Dobrym tego przykładem jest chętnie przypominana przez niechętnych artyście piosenka Jana Pietrzaka z końca lat 60. Pietrzak wyśmiewał się tam z inteligentów toczących w Polsce artystyczne dyskusje i pracujących fizycznie za granicą. Satyryk, wówczas jeszcze widzący w PZPR przedstawiciela klasy robotniczej, z której się wywodził, lekarstwa na pięknoduchostwo upatrywał w wysłaniu inteligencji do pracy fizycznej, tyle że już na polską prowincję.
Jak działało to w drugą stronę? W 1980 roku przedstawiciele inteligencji ze zdziwieniem odkrywali nieraz, że robotnicy, z którymi wspólnie stoją ramię w ramię przeciw komunie, nie są wcale ciemną masą, a ludźmi, którzy sporo czytają i sporo wiedzą. Niektórzy jednak bardzo szybko o tym doświadczeniu zapomnieli.
„Hej robole i fizole/ Proletariat ludzie pracy/ Marks i Lenin stworzyli wam komunę/ Macie teraz władzę, macie swoją dumę/ Cały dzień w fabrykach siedzą/ Gówno robią, gówno wiedzą/ Gówno zjedzą, gorzały wypiją/ I mówią, że żyją, i mówią, że żyją”
– śpiewała na przełomie systemów Pabieda z Malborka, nie mając o ludziach pracy zbyt dobrej opinii. Tekst niby z punkowego podziemia, a jednak oddający nastroje sporej części inteligencji, która właśnie podzieliła się na małą grupę realnych beneficjentów zmiany i resztę, której trzeba było jakoś wynagrodzić faktyczną pauperyzację.
I wynagrodzono – opartym na wyniesionych z PRL stereotypach i resentymentach poczuciem wyższości. Wobec kogo? Wobec tych, których los wcale nie musiał być gorszy od ich losu, jeśli mieli fach w ręku i siłę, by szukać pracy w nowych miejscach, gdy stare możliwości kończyły się wraz z ginącymi zakładami pracy. W „nowej Polsce”, niezależnie od stanu faktycznego, ludzie ci dostali od razu łatkę nierobów. Bumelantów z PRL-owskiego plakatu.
„Ludzie udają, że pracują, a państwo udaje, że płaci”
– określał odchodzący system Leszek Balcerowicz. Przestano więc zatrudniać, a więc i płacić, a bezrobotnych, by nikt im zbytnio nie współczuł, przedstawiano jako cwaniaków, leni i kombinatorów.
Koniec solidarności
To zjawisko przełożyło się na pierwsze linie podziałów politycznych. Nagle zniknął etos Solidarności jako wspólnoty grup społecznych. Gdy warszawski inteligent wziął na siebie ciężar przeprowadzenia reform, robotnik, pracownik PGR czy pracownik małomiasteczkowego ośrodka kultury (a nawet nauczyciel –
„Gdyby teraz zwolnić tych nauczycieli, którzy nie pracują, to pozostali zarabialiby świetnie, a może i dzieci przestałyby się męczyć”
– mówił w 1993 roku Jacek Kuroń, komentując strajk tej grupy zawodowej) wziąć mieli na siebie ich społeczny koszt. A gdy pojawiły się głosy, że nie jest to wcale sprawiedliwy podział ról, solidarność, przynajmniej ta pisana małą literą, skończyła się.
Pierwszy szok dla elit przyszedł wraz z „wojną na górze”. Nie każdy chciał poddać się nowemu. Przy czym znów, jak w czasach PRL, zabrakło początkowo zjednoczenia różnych grup wykluczonych przez II RP. Ci, którzy oberwali raczej ekonomicznie, często swego ratunku upatrywali w postkomunistach. Problem w tym, że choć ci do władzy po raz pierwszy wrócili pod hasłem: „Tak dalej być nie musi”, w praktyce pogodzili się z tym przymusem. Lecz gdy znów wracali do władzy, nawet Paweł Kukiz, późniejszy przywódca oddolnego buntu, nie miał litości dla tych, którzy wybrali lewicę, przedstawiając ich w swej piosence jako najgorszy społeczny margines.
„Powróćże Komuno w góry i nad morze/ Znowuż będzie można z pola ukraść zboże/ […] Żeby pospać mogli sobie za maszyną/ Żeby nic nie robić i pić tanie wino”
– śpiewał więc Kukiz i choć na pewno charakterystyka ta dobrze opisywała sporą grupę wyborców ówczesnych postkomunistów, to jednak w diagnozie szła na skróty – przecież ten sam Kukiz III RP potrafił opisać bardzo czujnie i bardzo krytycznie.
Fajna Polska i zaścianek
Wykluczeni ideowo z kolei, pozostający z biało-czerwonymi flagami i różańcami, poza radosnym, biegnącym z zawiązanymi oczami ku Europie tłumem zerkali ku kolejnym formacjom prawicowym. Po pełnej pogardy propagandzie wobec „wczesnego” Lecha Wałęsy, element klasowy w dyskursie publicznym przebrał się w ostrzeżenia przed tak przerażającymi środowisko „Gazety Wyborczej” polskimi demonami, które porwać miały polski lud uśpiony przez czasy komunizmu. Dlatego też ikona tego środowiska, ks. Józef Tischner, dostrzegał w Polakach „homo sovieticusa”, „niewolnika szukającego nowej niewoli”.
Na to samo zresztą, czego bała się Unia Wolności, na co często zwracał uwagę Rafał Ziemkiewicz, liczyła w swych politycznych opowieściach prawica. I udało się – do pewnego stopnia – gdy w 2015 roku wreszcie pożeniono w pełni retorykę patriotyczną i godnościową ekonomicznie. Nie znaczy to, że PiS nie próbowało tej drogi już w 2005 roku, jednak dekadę później, z Andrzejem Dudą i Beatą Szydło jako symbolami nowego otwarcia, było w tym bardziej wiarygodne. Roku 2007 nie możemy jednak lekceważyć. Już w pierwszej kadencji PiS próbowano przedstawić tę partię jako formację antyinteligencką. Całą potężną medialną narrację zbudowano wówczas na słowie „wykształciuchy”, użytym przez Ludwika Dorna w zupełnie innym od żyjącego w społecznej (nie)świadomości kontekście.
W 2007 roku kampania wyborcza na poziomie zwykłych odbiorców budowana już była na antynomii „fajnej, nowoczesnej Polski” i zaścianka. To wtedy na dobre zagościła w naszej świadomości zbitka „młodzi, wykształceni z wielkich miast”. W 2011 roku Platforma utrzymała władzę pomimo psujących się nastrojów społecznych, ponieważ znów postraszyła swoich wyborców złowrogą masą. Trochę jednak się z tym zapędziła i w kolejnych latach zniechęciła do siebie kilka nowych środowisk. I to zemści się na niej kilka razy, również – w 2025 roku.
Nie ma takich ludzi
Lata kolejnych rządów PiS to czas wciąż dobrze przez nas pamiętany, również od strony elitarnej pogardy. Do dawnych klisz doszła jeszcze pogarda do osób biorących świadczenie 500+, które zaroiły się na wydmach, psując wypoczynek ciężko pracującym elitom. Dobudowano do tego całą opowieść, w której rządzący przekupywali margines społeczny i w ten sposób utrzymywali się przy władzy. Media pełne były zmyślonych opowieści, straszono nawet pojawieniem się „sierot 500+”, dzieci, których rodzice mieli zapijać się na śmierć za pieniądze z nowego rządowego programu. Elementy tej propagandy dotrwały nawet do kampanii wyborczej w 2023 roku. I choć Donald Tusk zapowiadał utrzymanie programów społecznych, równocześnie mówił zachwyconym wyborcom, że
„Wszystko w Polsce od kilku lat jest postawione na głowie, tzn. królami życia są ci, którzy chleją, biją swoje dzieci, biją kobiety i pracą się nie zhańbili od wielu lat. Wymarzona klientela polityczna dla władzy, która sama ma sposób myślenia bardzo podobny do tej klienteli”.
W podobne tony uderzali i uderzają ludzie z intelektualnego zaplecza władzy, na czele z prof. Radosławem Markowskim, wciąż święcie przekonanym o tym, że to jego ciężka praca utrzymuje nierobów w rodzaju rolników, hutników czy górników. Dla podobnie myślących ludzi utrata władzy przez Zjednoczoną Prawicę wydawała się powrotem do danej raz na zawsze normalności.
Wybory prezydenckie miały być ostatnim akordem tego procesu. Kampanii wyborczej towarzyszyła od początku nieznośna, wyższościowa opowieść o Rafale Trzaskowskim, inteligencie z rodziny inteligentów, niesłychanie zdolnym, elokwentnym i światowym. Aktor Michał Żebrowski opowiadał w TVP w likwidacji Dorocie Wysockiej-Schnepf o Rafale Trzaskowskim jako najmądrzejszym człowieku, z jakim zetknął się w życiu, świetnym uczniu, znakomitym organizatorze, ulubieńcu zarówno rówieśników, jak i nauczycieli. „Nie ma takich ludzi” – kokietowała widza dziennikarka, na co Żebrowski, prywatnie od lat przyjaźniący się z prezydentem Warszawy, odpowiadał cichym, lecz pełnym oddania głosem, że są.
Choć ludzie Platformy prawie do końca nie wierzyli w możliwość wygranej Karola Nawrockiego (wielu z nich nie wierzy w nią również dziś, lecz już z innych powodów), Rafał Trzaskowski od początku kreowany był przede wszystkim na polityka, który miał być przeciwwagą dla kandydata popieranego przez PiS.
– Nie chcę kandydata o kibolskich manierach i relacjach z półświatkiem, gangsterami – nie imponuje mi to
– mówiła więc aktorka Katarzyna Warnke, deklarując oddanie swojego głosu na Trzaskowskiego. Nawrocki, choć sam przecież z wyższym wykształceniem, traktowany był przez elity jak obcy, intruz i uzurpator, ponieważ nie miał za sobą inteligenckiej historii rodzinnej. To czyniło go gorszym nawet od Andrzeja Dudy czy Lecha Kaczyńskiego. I to – oczywiście między innymi – dało mu ostatecznie zwycięstwo.
Zemsta stadionów
Matka – introligatorka, ojciec – tokarz w Stoczni Gdańskiej. Wychowanie w gdańskiej dzielnicy Sielce, praca ochroniarza w hotelu, do dziś przedstawiana przez oponentów jako przykrywka do zarabiania na mniej etycznych rzeczach. Okazuje się, że wbrew starej nauce według bardzo wielu autorytetów moralnych praca jednak hańbi. I nie jest już ważne, że Nawrocki skończył studia, zrobił doktorat, kierował najpierw lokalnym odziałem, potem już całym IPN. Nieważne, że jest świetnym organizatorem, dawne miejsce pracy robi z niego przestępcę. Narasta wokół niego histeria, w którą wpisuje się sam premier.
Jednak społeczna emocja jest inna. Kolejne grupy ludzi zaczynają widzieć w Nawrockim swoją historię, a w zazdrosnej próbie blokowania mu dostępu na zbyt wysokie w mniemaniu elit stanowisko – własne szklane sufity i bariery, które stawiała przed nimi III RP. Ci, którzy musieli zapracować na własne utrzymanie, nie mając dobrze ustawionych rodziców zapewniających im wygodny start, w nagonce na Nawrockiego dostrzegają nagonkę na siebie. W atakach na Nawrockiego jako „kibola” kibice dostrzegają cień dawnych medialnych wojenek wytaczanych im przez rząd.
„Ludzie zobaczyli w Karolu Nawrockim, kibicu Lechii Gdańsk, kogoś, kto jest ciemiężony dokładnie w taki sam sposób, w jaki atakowało się «Starucha»”
– komentował w 2025 roku dziennikarz Wojciech Mucha, sam związany z ruchem kibicowskim. „Kibolem” oponenci prezydenta nazywają do dziś. W komentarzach mniej więcej w tym samym czasie powraca, zdawałoby się już zapomniane, a jednak żyjące po ustaniu przyczyn swego powstania, określenie „banan”, którym wiele osób etykietuje Rafała Trzaskowskiego.
Chłopak z biednych bloków, będący jego zaprzeczeniem, wygrywa tę batalię, choć niewielu wróżyło mu wygraną. Robotnicze pochodzenie, ciężka praca, walka o swoje w życiu, środowisku, nawet w budowaniu rodzinnego szczęścia w wymagającym odwagi nietypowym układzie – daje siłę pozwalającą wygrać, a także – co przecież wcale nie zawsze jest oczywiste – doświadczenie pozwalające pozostać blisko ludzi również po zdobyciu upragnionej prezydentury. I to też trudno jest elitom Nawrockiemu wybaczyć, nawet gdy zbliża się rocznica wyborów. Narracja klasowa ma się świetnie, urodzenie w biednej dzielnicy i robotniczej rodzinie, a potem praca w hotelu okazują się dla samozwańczej elity niewybaczalne. Na szczęście w 2025 roku wybaczenie to było już do niczego niepotrzebne.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Niemieckie media uderzają w Karola Nawrockiego

Zełenski uderza w Nawrockiego. „Działa jak Viktor Orban”

„Pierd*lić Polskę i Polaków”. Tak Zełenski miał odpowiedzieć na ostrzeżenia ws. UPA

Bogucki: Ukraińskie władze zapominają, że ta pomoc przyszła z polskich rąk

Tusk: Konflikt polityków w Polsce i w Ukrainie to błąd






