Szukaj
Konto

45-lecie „TS”: „Nawet trawa nie wyrośnie!…” – opowiadanie Marka Nowakowskiego

45-lecie „TS”: „Nawet trawa nie wyrośnie!…” – opowiadanie Marka Nowakowskiego
Źródło: YT | Autor: Screenshot z YT | Licencja: YT | Marek Nowakowski
Marek Nowakowski był pisarzem o kultowym statusie. Życiorys miał niepokorny – a momentami bywał wyklęty. I tacy byli też bohaterowie jego prozy. Próbkę tego stylu i tych tematów prezentujemy dziś w naszym cyklu z okazji 45-lecia „TS”. Oto opowiadanie, które ukazało się w numerze 45. „Tygodnika” 5 listopada 1993 r.
Co musisz wiedzieć:
  • Opowiadanie Marka Nowakowskiego przedstawia losy żołnierzy Armii Krajowej, których dowódca jeszcze przed wkroczeniem Sowietów przewidział represje komunistyczne wobec polskiego podziemia niepodległościowego.
  • Centralnym motywem utworu jest dramatyczny dylemat moralny: czy w obliczu nadchodzącego terroru można usprawiedliwić prewencyjną przemoc wobec przyszłych współpracowników nowego reżimu.

Było to podczas pogrzebu jednego z ostatnich wiekowych członków naszej rodziny, i kuzyn Staś, wskazując na pewnego uczestnika konduktu, powiedział z przejęciem:

– On pierwszy przewidział wszystko!

Przyjrzałem mu się dokładnie. Starszy mężczyzna niskiego wzrostu, długi, staromodny paltot i pilśniowy, zgnieciony kapelusz w dłoni. Twarz miał ogorzałą, posiekaną ostrymi zmarszczkami i nieliczne pasemka włosów na białej łysinie. Wyglądał na człowieka, który w swoim życiu dużo przepracował fizycznie w skwarze i słocie. Podeszliśmy do niego i kuzyn Staś przywitał się z nim serdecznie. Potem mnie przedstawił. Tamten uścisk spracowanej, szorstkiej dłoni miał twardy i oczy uważne, przenikliwe. Potoczyła się rozmowa o wnukach, chorobach, wysokości emerytur i wspólnych znajomych, którzy odeszli do wieczności. Starsi panowie gwarzyli tak jak zawsze gwarzą podczas takich spotkań. Słuchałem nieuważnie. Zaczęła się ceremonia nad grobem i rozmowa urwała się.

Dopiero później podczas stypy kuzyn Staś opowiedział mi o tym niczym nie wyróżniającym się człowieku, spotkanym na cmentarzu, który był jego dowódcą z czasu okupacji. Przysłała go do leśnego oddziału komenda okręgu. Sprawnie zajął się wyszkoleniem i organizacją jednostki. Formował drużyny i plutony. Wprowadził dyscyplinę i żelazne reguły do tego zbiorowiska maturzystów, chłopskich synów, inteligentów, wśród których kilku zaledwie posiadało jakiś tam żołnierski staż. W sprawach wojskowych fachowiec. Niepozorny, nigdy nie krzyczał. Jednak szybko zdobył sobie autorytet wśród tych młodych chłopców. Zaimponował im zimną krwią, refleksem i odwagą. Bardzo był biegły w strzelaniu. Nikt w tym nie mógł mu dorównać. Sam o sobie mówił niewiele i wynikało z tego, że przed wojną był zawodowym podoficerem KOP, brał udział w kampanii wrześniowej i drogą przez Karpaty przedarł się na Zachód. Stamtąd po specjalnym przeszkoleniu został zrzucony do kraju. Nim znalazł się w tym leśnym oddziale, operującym w okolicach Siedlec, działał w wywiadzie Komendy Głównej AK na wschodnich rubieżach Polski. Wkrótce pod jego dowództwem zaczęli odnosić sukcesy w walce z okupantem. Głośnym ich wyczynem było zdobycie posterunku żandarmerii. Nie mniejszym zasadzka na auto z szefem siedleckiego gestapo. Nie mówiąc już o wysadzaniu transportów kolejowych z bronią i amunicją, kierowanych na front wschodni. Ciężką dla nich próbą bywały wyroki na konfidentach. Tyle wymagały zimnej krwi i stłumienia wszelkich ludzkich odruchów.

 

Po tylu, tylu latach kuzyn Staś, opowiadając to wszystko, ożywił się niezmiernie i wydawał się znacznie młodszy. Jego zmęczona, szara twarz schorowanego człowieka w podeszłym wieku zarumieniła się i oczy mu rozbłysły dawnym blaskiem. Nie szczędził pochwał dowódcy, który przed każdą akcją rozważał starannie szczegóły operacji i oni, młode, gorące głowy, akceptowali jego chłodną kalkulację. Był jak szachista przewidujący zawsze posunięcia przeciwnika. W ogóle starali się naśladować flegmatyczny sposób mówienia dowódcy, jego chód, sposób palenia papierosów, a szczególnie ten szybki ruch ręki, kiedy wyciągał broń zza pasa.

Lecz najtrwalej zapisały się w pamięci kuzyna Stasia ostatnie dni przed zbliżającą się ofensywą sowiecką. Już słychać było bliską kanonadę artyleryjską i widoczne były dymy i ognie wybuchów. Wtedy to ich dowódca wystąpił z szokującą propozycją. Jak zawsze posłużył się zwięzłą formułą i nie wdając się w dłuższe wywody, skonstatował koniec okupacji niemieckiej i rychłe nadejście okupacji sowieckiej. Zaczną się deportacje do łagrów, aresztowania, prześladowania. Przedstawiwszy w ten mniej więcej sposób zarys sytuacji, która niebawem nastąpi, zaproponował likwidację komórek PPR w okolicy i tego niewielkiego oddziałku partyzantki komunistycznej, skrytego w sąsiednim kompleksie leśnym. Tak to wyraził, bez żadnego kamuflażu, a oni milczeli.

Byli wstrząśnięci. Miał już przygotowaną zawczasu listę nazwisk. Wyciągnął świstek papieru z kieszeni i wygładzać zaczął na kolanie. Uzasadnił powód tego rozwiązania stanem wyższej konieczności.

– Jeżeli my ich nie wyplenimy do szczętu – powiedział bez cienia wątpliwości – to sami zakładamy sobie stryczek na szyję. Spełnią oni rolę informatorów NKWD i bezpieki. Gwarantuję to wam słowem honoru oficera! Wyłuskają każdego z nas jak groch ze strąka.

Oni dalej milczeli. Dowódca zapalił papierosa i przyciskał na kolanie kartkę papieru, gęsto zapisaną kopiowym ołówkiem. Wszyscy spoglądali na ten papier prasowany metodycznym ruchem jego dłoni.

– Tam, gdzie przejdzie komunizm, nawet trawa nie wyrośnie – tym metaforycznym powiedzeniem, jedynym poetyckim akcentem rzeczowej propozycji, zakończył swój wywód i powiódł po nich zimnym, skupionym spojrzeniem.

Ocknęli się z osłupiałego milczenia. Rozgorzała burzliwa dyskusja. Zgodnie potępiali to okrutne rozwiązanie. Nie będą postępować na wzór okupantów, najeźdźców, skrytobójczych zbrodniarzy. Nie chcą kalać swych rąk krwią braci, rodaków. I dalej w tym duchu. Było w nich tak wiele szlachetnego oburzenia. Nawet namiętne oskarżenie inicjatora.

Dowódca słuchał z nieruchomą twarzą. W pewnym momencie na jego twarzy zaznaczyło się lekkie zniecierpliwienie. Stanowczym ruchem ręki przerwał ten zgodny chór protestu. Wstał, obciągnął kurtkę, poprawił broń w kaburze i powtórzył jakby do siebie, wpatrzony w dogasające ognisko: 

– Zobaczycie, nawet trawa nie wyrośnie...

Kuzyn Staś, który siedział najbliżej, słyszał doskonale jego słowa. Jeszcze widział, choć tego nie jest tak bardzo pewien, jak wraz z niedopałkiem papierosa wrzucił do ognia kartkę papieru, zgniecioną w małą kulkę.

Oddział został rozwiązany. Dowódca zniknął już następnego dnia. Kuzyn Staś wyjechał do Warszawy. Wkrótce dowiedział się o aresztowaniach jego kolegów z leśnego oddziału. Enkawudziści szli pod wskazane adresy i wybierali ich jak z saka. Niektórych torturowano i zamęczono w piwnicach bezpieki. Kilku zastrzelono podczas próby ucieczki. Byli też tacy, którzy wyrazili gotowość współpracy z nową władzą. Większość zaś osadzono w obozie pod Rembertowem i stamtąd wywieziono ich za Ural. Kuzyn Staś zaczął się ukrywać.

– Później w moim życiu były takie chwile – powoli waży słowa – kiedy żałowałem, że jego nie posłuchaliśmy. Ale przecież tak na zimno nie mógłbym tego zrobić. Nie!
Zresztą – dodaje – ich nie można tak wydusić do szczętu. Zawsze ktoś by pozostał.
Rozkłada bezradnie ręce. Opuszcza głowę. Pewno znów słyszy tamten, niezapomniany głos dowódcy.

[Tytuł i sekcja „Co musisz wiedzieć” pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 01.06.2026 11:03
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 21/2026, oprac. Ludwik Pęzioł