Szukaj
Konto

45-lecie „TS”: Jadwiga Staniszkis – „Nowa mapa konfliktów”

45-lecie „TS”: Jadwiga Staniszkis – „Nowa mapa konfliktów”
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: J. Urbański | Licencja: Tygodnik Solidarność | Dwie osoby idące po linie
Komentarzy: 0
Nie bez powodu Jadwiga Staniszkis była uważana za najważniejszą polską intelektualistkę wczesnej fazy III RP. W „Tygodniku Solidarność” publikowała chętnie i zawsze były to teksty oryginalne i ważne. Tak jak ten z numeru 28(65) „TS” z 15 grudnia 1989 roku, który dziś – świętując 45-lecie naszego pisma – przypominamy.
Co musisz wiedzieć:
  • Zdaniem Jadwigi Staniszkis transformacja po 1989 roku przeniosła główne konflikty z relacji społeczeństwo–państwo na wewnętrzną walkę o kapitał między grupami społecznymi.
  • Autorka uważa, że gospodarka wpadła w błędne koło recesji, inflacji i „kapitalizmu politycznego”, w którym żadna ze stron nie działa racjonalnie.
  • Według Staniszkis konieczne reformy są blokowane przez interesy polityczne i strukturę władzy w społeczeństwie.

Nowa mapa konfliktów

Wystarczyły cztery fakty (wycofanie się państwa ze stanowienia cen; ograniczenie subsydiowania gospodarki – a więc – i redystrybucji środków via budżet; bankructwo – sektora państwowego – a więc – kres roli państwa jako podmiotu akumulującego kapitał; wreszcie – prywatyzacja metodą „kapitalizmu politycznego”), aby zmieniła się gwałtownie mapa konfliktów w naszym kraju. Poprzednio położenie materialne wszystkich grup społecznych zależało od administracyjnych decyzji państwa, które traktowane było w większości konfliktów jako główny przeciwnik.

Obecnie obserwujemy dramatyczną grę o formowanie kapitału (inaczej – o narzucenie innym nieekwiwalentnej wymiany) odbywającą się wewnątrz samego społeczeństwa. Jest to gra żywiołowa (choć i tu można dopatrzyć się pewnej logiki – o czym niżej). O jej przebiegu nie decyduje bowiem ani plan, ani prawa rynku (bo ten ostatni jeszcze nie powstał).

Dwa momenty dodają owej grze dramatyzmu. Po pierwsze – głęboka recesja, i to zanim jeszcze rozpoczęła się poważna walka z inflacją, która może w pierwszej fazie jeszcze ową recesję pogłębić. Już dzisiaj poziom produkcji jest niższy niż przed recesją z lat 1979–1982, zaś dochód narodowy podzielony wynosi około 95% dochodu z 1978 roku. Równocześnie inwestycje są o jedną trzecią mniejsze niż w 1979 roku, zaś zadłużenie podwoiło się w porównaniu z 1978 rokiem. Drugim momentem jest niepewność, czy techniki walki z inflacją, zawarte w planie stabilizacji, wywołają pożądane reakcje wytwórców, czyli wzrost produkcji. Czy raczej w sytuacji barier rzeczowych (wąskie gardła w sferze zasilania), a także przy braku konkurencji, monopolach, nieobecności wielu interesów ekonomicznych w sektorze państwowym ze względu na stosunki własnościowe nie dojdzie do ustabilizowania się inflacji na wysokim poziomie i braku popytu (z braku pieniędzy), przy niezaspokojeniu elementarnych potrzeb społecznych?

 

Błędne koło

A oto jak można – najbardziej schematycznie – przedstawić ową grę o nieekwiwalentną wymianę. Odbywa się ona w trójkącie: sektor państwowy, spółki nomenklaturowe wbudowane w ów sektor oraz rolnictwo. Tak więc spółki przerzucają część kosztów na przedsiębiorstwa państwowe, co zwiększa zyski i przyspiesza formowanie kapitału w tym sposobie produkcji. Opóźnia także moment konieczności racjonalnego ekonomicznie działania. Narzędziem tej nieekwiwalentnej wymiany nie jest rynek, ale podwójne usytuowanie nowych właścicieli, którzy są równocześnie kierownikami w sektorze państwowym. Powyższe przyspiesza dekapitalizację sektora państwowego i powoduje swoiste przemieszczenie kapitału bez rynku kapitałowego. Co więcej, może (choć nie musi) przyczynić się do dalszej, już racjonalniejszej (bo nie kapitalizującej władzy) prywatyzacji.

Z kolei sektor państwowy broni się, podnosząc ceny swoich wyrobów, co ułatwione jest przez status monopolisty w większości dziedzin. Inaczej – przerzuca część kosztów na konsumentów, w tym na rolnictwo. Chłopi też się bronią, walcząc o administracyjnie gwarantowane minimalne ceny skupu (także tam, gdzie prawa popytu i podaży dyktowałyby ich obniżenia). Rolnicy chcą w ten sposób uniknąć koniecznych – choć bolesnych – procesów dostosowawczych, przez które przeszły wszystkie kraje, mające obecnie opłacalną i ekonomicznie efektywną produkcję rolną. Bankructwa nieefektywnych gospodarstw, scalanie ziemi, większy wysiłek produkcyjny, racjonalniejsze (np. wspólne) wykorzystywanie środków produkcji, wreszcie rozwarstwienie majątkowe wsi (według kryterium efektywności), a nie – „urawniłowka” via parytet.

Paradoks jednak polega na tym, że i w wypadku rolników brak warunków do racjonalnych ekonomicznie reakcji dostosowawczych. Nie ma np. pasz treściwych, które pozwoliłyby uruchomić rezerwy rąk ludzkich i budynki w małych gospodarstwach na cele hodowlane. Chłopi uruchamiają więc presję polityczną (a są częścią rządzącej koalicji). Stosują też szantaż żywnościowy (nie sprzedamy!). I państwo ugina się, bo nie ma żadnych rezerw żywności, które pozwoliłyby przeczekać i zmusić chłopów poprzez przymus ekonomiczny do sprzedaży. Ostatecznie z tego przecież żyją!

Wymagałoby to jednak nie tylko silnych nerwów, ale też zwolnienia z przemysłu chłopo-robotników. Koło się zamyka: rolnictwo jest subsydiowane, zanim zaczęło być efektywne ekonomicznie (w sytuacji, gdy ma prawie najniższą w Europie efektywność pracy żywej). Koszty ponoszą konsumenci. Inflacja rośnie. Metody walki z nią (np. trudny kredyt, wzrost podatków) utrudniają inicjatywy gospodarcze (poza kapitalizmem politycznym) i zwiększają recesję. Rosną też presje na wzrost płac w sektorze państwowym, co via koszty przerzucane jest w ceny. Nikt nie zachowuje się racjonalnie – i jakby powtarzała się sytuacja akumulacji pierwotnej z lat 1940–1950. Wtedy stworzono kapitał dla rozwoju sektora państwowego kosztem indywidualnego rolnictwa, dekapitalizując je. Teraz sektor państwowy próbuje tę sytuację powtórzyć, broniąc się przed dekapitalizacją na rzecz kapitalizmu politycznego i przed skutkami recesji. Ale chłopi mają teraz potężne instrumenty obrony.

 

Prywatyzacja utknęła w martwym punkcie

I tak błędne koło zamyka się. Jak je przerwać? Odpowiedzi są tylko pozornie proste: stworzyć prawdziwy rynek (powyższa gra nie jest rynkiem), odchodząc natychmiast od gwarantowanych administracyjnie cen minimalnych w rolnictwie. Dalej – przyspieszyć prywatyzację w sektorze państwowym i ostrzej walczyć z monopolami. Wreszcie – otwarcie przedyskutować problem indeksacji, w sposób nieodpowiedzialny postawiony przy „okrągłym stole” i uchwalonej przez Sejm. Ciche wycofywanie się tylko pogarsza sprawę.

Paradoksalnie – zastosowanie powyższej recepty jest blokowane przez polityczną organizację samego społeczeństwa. Tak więc żadna z licznie powstających partii chłopskich nie zrezygnuje z walki o parytet (i to zanim rolnictwo stanie się efektywne), bo straci publiczność. Prywatyzacja sektora państwowego utknęła w martwym punkcie: wciąż nie ustalono ścieżki dojścia i brak przepisów prawnych. Lewicowa frakcja OKP domaga się stworzenia przy Parlamencie Funduszu Majątku Narodowego i politycznego, sprawa po sprawie, powolnego decydowania o losie przedsiębiorstw przez grono szanownych profesorów. Ministerstwo Finansów proponujące sprzedaż akcji poprzez bank komercyjny (np. Bank Gospodarstwa Narodowego, stanowiący rodzaj agencji tegoż ministerstwa) jest blokowane nie tylko przez tę frakcję, ale też przez Ministerstwo Przemysłu, obawiające się zbyt dużej władzy ministra finansów. Także samorządy pracownicze (a raczej – ich polityczna reprezentacja) ostro sprzeciwiają się prywatyzacji w sektorze państwowym w innych formach niż akcjonariat pracy (sensowny moim zdaniem, ale nie jako forma jedyna i główna – bo jest wyjątkowo niepraktyczny w sytuacji, gdy konieczne są – jak u nas – głębokie zmiany strukturalne w gospodarce i gdzie potrzebna jest pewna koncentracja praw własności i interesów, aby zdławić władzę biurokracji w gospodarce).

Kiedyś miałam nadzieję, że nasz nowy parlament będzie zajmował się takimi właśnie sprawami jak wyżej. Niestety, jest inaczej.

 

P.S. Odpowiadam Giełżyńskiemu („TS” nr 26)

To nie teoria spiskowa, ale „fragment większej całości” w sensie dosłownym. W innych fragmentach tej całości opisuję sprzeczności w sferze panowania, gospodarki i struktur zależności w bloku wschodnim (patrz opublikowana niedawno w Bibliotece Krytyki „Ontologia socjalizmu” czy fragmenty nowej książki „Dynamika przełomu formacyjnego” w „Więzi” nr 5/89 i „Res Publice” nr 4/89).

Podtrzymuję tezę, iż sama dynamika sprzeczności i oddolna presja nie wyjaśniają jeszcze momentu podjęcia zmian i ich trybu (czyż „strona rządowa” nie zaskakiwała „opozycyjnej” swoim radykalizmem przy .„okrągłym stole”?). Zachodzące obecnie w bloku wschodnim transformacje można traktować jako wymuszone przez kryzys i w dużym stopniu kierowane odgórnie (w obawie przed buntującym się społeczeństwem, ale też w interesie imperialnym) zmienianie relacji między owym blokiem a światowym kapitalizmem.

Temu służą między innymi projekty i praktyka przekształceń własnościowych w sektorze państwowym, podejmowane równolegle w kilku krajach bloku w podobnej formie, bez presji oddolnej i długo przed liberalizacją. Obecność w transformacji elementów „rewolucji od góry” nie jest chyba przez nikogo negowana. Analizowanie różnic między frakcjami partyjnych reformatorów (i ich odmienne instytucjonalne uwikłania) są obiegową wiedzą politologiczną na Zachodzie. Przeciwstawia się między innymi „globalistów” (Jakovlew, Horn, Orzechowski) „populistom” (Jelcyn, Pożgoj, Miller), z przywódcami (Gorbaczow, Jaruzelski) przesuwającymi się między frakcjami. Mój artykuł na ten temat jest w druku w „Eastern European Politics and Society” (Yale University Press). Znany jest również skład personalny i zakres prac komitetu kierowanego przez wiceprezydenta Łukjanowa.

Wybór tego właśnie fragmentu moich analiz, który podkreśla moment koordynacji (a przez lata pisałam o innych mechanizmach), podyktowany był po pierwsze moim zarozumialstwem: wydawało mi się, że moje wcześniejsze analizy realnego socjalizmu były czytane. Drugim powodem była chęć podważenia dość pretensjonalnego samozadowolenia opozycyjnych elit i pokazanie, że proces jest do pewnego stopnia „buntem z przyzwoleniem”.

Co więcej, miał to być w zamierzeniu tekst optymistyczny. Przykro mi, że odbiór był często odwrotny. Chciałam pokazać, że proces zmian jest prawdopodobnie nieodwracalny (choć walka jeszcze się nie skończyła), bo stoi za nim – oprócz odrzucenia realnego socjalizmu przez wschodnioeuropejskie społeczeństwa także przedefiniowany interes bloku jako całości (tak jak go widzą – i bardzo dobrze – partyjni reformatorzy, operujący nową, zakorzenioną w systemie światowym, percepcją kryzysu i reform).
J.S.

Artykuł ukazał się w nr. 28 (65) „TS” 15 grudnia 1989 r.

[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 24.04.2026 16:44
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 16/2026, oprac. Ludwik Pęzioł