Jarosław Kaczyński w epoce fałszywej konieczności

- Jarosław Kaczyński zmienił „Tygodnik Solidarność” w forum sprzeciwu wobec narracji o „braku alternatywy”, podważając dominujące przekonania liberalnych elit okresu transformacji ustrojowej.
- Nowa linia pisma polegała na obronie interesów ludzi dotkniętych przemianami oraz krytyce układu władzy i postkomunistycznych wpływów, zamiast propagandowego uspokajania nastrojów społecznych.
- Najważniejszym dziedzictwem tego okresu było ustanowienie zasady lojalności wobec społeczeństwa (zwłaszcza słabszych), a nie wobec władzy, co zapewniło pluralizm debaty i trwały wpływ na życie publiczne.
Powołaniu Jarosława Kaczyńskiego na redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność” towarzyszył prawdziwy „wstrząs sejsmiczny”. Początkowo wchodzący na urząd premiera Tadeusz Mazowiecki chciał przekazać pismo swojemu zastępcy Janowi Dworakowi. Sprzeciwił się temu jednak już skonfliktowany z nim Lech Wałęsa, który wbrew nastrojom redakcji postawił na Kaczyńskiego.
Coś więcej niż reprymenda
Spór o kierowanie „Tysolem” trwał wiele tygodni, a napięcie narastało, jakby nie chodziło o gazetę, lecz o symboliczną kontrolę nad samą „duszą” Solidarności. Kulminacją był pamiętny zjazd redakcyjny, wyglądający na starcie dwóch światów: spotkanie Kaczyńskiego z dotychczasowym zespołem. W książce „My” Teresy Torańskiej Jarosław Kaczyński opisał scenę, która dziś brzmi jak zapowiedź całego późniejszego sporu o III RP. W redakcyjnej sali zderzyły się dwie filozofie reagowania na perspektywę zagrożeń bytowych, jakie dla dużej części społeczeństwa tworzyły liberalne reformy gospodarcze. Odpowiedź większości zespołu była w swej istocie dosyć „salonowa”. Oto elity, autorytety moralne, bohaterowie opozycji mieli odegrać rolę propagandowej otuliny transformacji: tonować nastroje, powściągać gniew, „po rodzicielsku” uspokajać ludzi osuwających się w ekonomiczną przepaść. Uderzające było to, jak bardzo zmieniła się świadomość środowiska, które jeszcze w 1981 roku nosiło w sobie etos egalitarnego buntu. Duch wrażliwości zderzył się z nowym, nieuświadomionym paternalizmem, jakby fraternizacja z dawnym układem władzy wywołała w zespole pewne zmiany natury psychologicznej.
Koncepcja Kaczyńskiego była inna, i choć dziś wydaje się w warunkach polskiej demokracji standardem, wtedy brzmiała dość „radykalnie”:
„Społeczeństwa nie należy wyciszać, bo to prowadzi do apatii. Trzeba mu coś dać, bo ma poczucie ogromnego dyskomfortu ekonomicznego i moralnego”
– mówił. Każdy, kto zna późniejsze dzieje polskiej polityki, musi mieć poczucie déjà vu. Czy to w epoce Unii Wolności i jej kolejnych mutacji, czy w momentach wyborczych porażek Platformy Obywatelskiej powracał schemat pamiętnego sporu redakcyjnego: wiara, że „lud” da się nakarmić mądrością aristoi III RP oraz przekonanie, że musi on otrzymać coś konkretniejszego niż moralną reprymendę.
Redaktor z „innej planety”
Choć Kaczyński formalnie zaprosił stary zespół do pozostania, większość odeszła. Stanął więc przed zadaniem budowy nowej redakcji: świadomej, zdeterminowanej i rozdyskutowanej, jak sama Solidarność, która nie mogła pozwolić, by tabu realnego socjalizmu zostało zastąpione przez kolejne tabu rodzącego się liberalizmu. W zespole pojawiły się nowe nazwiska: m.in. Józef Orzeł, Andrzej Urbański jako szef działu politycznego czy Ewa Wilk. Niezwykłą aktywność wykazywała wówczas Jadwiga Staniszkis, a po długiej przerwie do redakcji powrócił Krzysztof Czabański, zostając jednym z zastępców Kaczyńskiego i odpowiadając jednocześnie za (zawsze mocne) wstępniaki.
Jednym z pierwszych zaproszonych do współpracy był Piotr Wierzbicki, który opisał „rozmowę rekrutacyjną” w formie zabawnej wyliczanki: brak prawomyślnych poglądów, religijne „wstecznictwo”, wcześniejsza krytyka ruchu i brak przeszłości w PPS-ie nie okazywały się dla nowego naczelnego przeszkodami dla zatrudnienia. Całość zamykała wymiana zdań:
„– Rozumiem, ale moje teksty będą, nieprawdaż, prześwietlane, cenzurowane, konfiskowane dla dobra ojczyzny?
– Nic nie będą. Pisz sobie, co chcesz – odpowiedział nowy naczelny”.
Ten krótki epizod odsłania coś więcej niż anegdotę. Pokazuje, że Jarosław Kaczyński programowo nie zamierzał budować iluzji jednomyślności; w realiach neoliberalizmu był więc redaktorem z „innej planety” – takiej, na której nie istnieje tabu kwestionowania „jedynego słusznego” modelu transformacji, i na której zadaniem inteligencji nie jest pacyfikowanie nastrojów społecznego niezadowolenia.
„Tysol” niepokorny
Już w pierwszych numerach „Tygodnika Solidarność” pod kierownictwem Jarosława Kaczyńskiego dało się odczuć, że coś pękło. Od początku było jasne, że nowa linia nie zna lojalności wobec świeżo ukształtowanego układu władzy. Symbolicznym znakiem tej zmiany stał się legendarny tekst Piotra Wierzbickiego „Familia, świta, dwór” – pastisz dworskiej mentalności III RP napisany z precyzją skalpela. Ale nowa redakcja była lojalna wobec kogoś innego: wobec tych, których transformacja zepchnęła na margines.
W kluczowych tekstach widać było wyraźnie, że Kaczyński i jego zespół myślą odwrotnie niż poprzednicy. Redakcja nie była od tego, by wywierać moralną presję na społeczeństwo w imię „stabilności”, lecz od tego, by naciskać na rządzących w imię społecznej ochrony, innymi słowy: nie ma osłaniać władzy przed społeczeństwem, ale społeczeństwo przed władzą. Dla części komentatorów było to „nienawistnictwo” – zarzut o tyle zabawny, że trudno wyobrazić sobie inną rolę dla największego związku zawodowego niż artykulacja potrzeb tych, których nikt nie chce słuchać.
Nowa linia była niewygodna także z innego powodu: przedrzeźniała okrągłostołowy „konsensus” traktowany przez elity jak świecka świętość. Jarosław Kaczyński wskazywał przy tym na groźbę powstania szkodliwej hegemonii w wyniku porozumienia części polityków wywodzących się z Solidarności z aparatem PZPR.
„Użyłem już określenia: polityczna hegemonia. Warto jeszcze zapytać: czyja? Otóż właśnie tej lewicowej elity. Wszyscy inni zostaliby pozbawieni wpływu na losy kraju; co więcej – pozbawieni szans. Na następstwa nie trzeba by długo czekać. Polityczna frustracja, przekonanie, że znów zostało się oszukanym, prowadzić musiałaby do ekstremalizacji nastrojów”
– prognozował w tekście o ironicznym tytule „Sojusz mądrych”.
Obiektem krytyki pisma była również obecność nomenklatury i postkomunistycznego układu w życiu publicznym: ich wpływy, majątkowe uwłaszczenie, miękkie, lecz skuteczne zdobywanie kolejnych przyczółków władzy. Równie mocno atakowano próby politycznej marginalizacji Solidarności – nie jako legitymizującego nową władzę „mitu”, który miał zostać sprowadzony do roli dekoracji, lecz jako realnego związku zawodowego.
Właściwa lojalność
Jarosław Kaczyński ustąpił z funkcji redaktora naczelnego „TS” pod koniec 1990 roku, gdy odszedł do Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy. W jednym z wywiadów nazwał czas kierowania pismem „chyba najszczęśliwszym momentem w życiu”. Zapewne również dlatego, że nie był to tylko drobny epizod biograficzny, lecz czas formacyjny. W redakcyjnym życiu urzeczywistniał się jego pomysł na próbę przeciwstawienia się liberalnemu imposybilizmowi zamykającemu koszta transformacji w języku konieczności i bezalternatywności.
Ten okres zbiegał się też z powstawaniem Porozumienia Centrum. Idee krążące po redakcji, takie jak: spór z elitarystyczną „pedagogiką” i nacisk na podmiotowość społecznego zaplecza, przechodziły płynnie w język rodzącej się formacji politycznej. Równie istotne było przełamywanie monopolu „Gazety Wyborczej”. W tamtym czasie bez „Tygodnika Solidarność” i jego kontestującego kursu trudno byłoby mówić o realnym pluralizmie opinii i rzeczywistych warunkach debaty demokratycznej. Co ważniejsze, znaczna część społeczeństwa pozostałaby bez jakiejkolwiek reprezentacji medialnej.
I właśnie to było najtrwalszym dziedzictwem tamtej redakcji: właściwe ustawienie obiektu lojalności, wbrew oczekiwaniom władzy. Niezależnie od tego, jaka to była władza i z jakiego źródła wyrastała, pismo upominało się o słabszych i nie pozwalało traktować ich losu jako „przykrego kosztu” przemian, czy zwykłego „błędu w rachunku”. Nie protekcjonalnie, lecz podmiotowo. Ten rys, mimo wszystkich późniejszych przeobrażeń, wciąż jest w „Tygodniku…” obecny.
Artykuł pochodzi z wydania specjalnego „Solidarność i wolność słowa. 45 lat Tygodnika Solidarność”:
https://tysol.pl/tygodnik-
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]
Tagi
"Zawsze niepokorny, zawsze szedł swoją drogą". Opowiedzieliśmy o przeszłości i przyszłości "Tygodnika Solidarność"

To był jeden z najlepszych okresów w moim życiu. Rozmowa z Józefem Orłem

45 lat temu ukazał się pierwszy numer „Tygodnika Solidarność”
Wielkanoc, wiara i wspólnota. Nowy numer „Tygodnika Solidarność” już dostępny

45 lat „Tygodnika Solidarność”. Tu pisali giganci słowa







