Jak lewicowa wrażliwość i prawicowy konserwatyzm spotkały się w jednej redakcji

- Autor wskazuje, że Solidarność od początku była wyjątkowym ruchem łączącym postulaty pracownicze z katolicką tożsamością, wymykając się prostemu podziałowi na lewicę i prawicę.
- Zwraca uwagę, że po 1989 roku, mimo odejścia części elit od jej ideałów, Solidarność zachowała charakter reprezentanta ludzi pracy i stała się krytykiem skutków transformacji ustrojowej.
- Artykuł ukazuje współczesny „Tygodnik Solidarność” jako kontynuatora tej tradycji jako przestrzeni łączenia różnych nurtów myślenia i oddawania głosu grupom pomijanym w debacie publicznej.
Gdy powstawała Solidarność, najpierw do strajkujących robotników przyjeżdżali ich bliscy i chcący ich wesprzeć ludzie z sąsiedztwa. Chwilę później do pociągów wsiedli doradcy, a ich rola, zwłaszcza z perspektywy lat, nie jest już taka łatwa do oceny. Jedni chcieli dostarczyć protestującym ram prawnych i wesprzeć ich swoją wiedzą, inni wskoczyć na nie swojego konia, a jeszcze inni doprowadzić do rozmycia i stępienia ostrza protestu, który jak żaden inny zagrozić mógł polskim komunistom, a tym samym – porządkowi w naszej części świata. Wreszcie przyjechali też obserwatorzy z zagranicy, z Zachodu i tych ostatnich czekało wielkie zdziwienie: zobaczyli bowiem ruch robotniczy, który wymyka się podziałowi lewica – prawica. Solidarność pozostała taka do dziś i taki sam jest też „Tygodnik Solidarność”.
Bardzo ciekawie podział ten wpłynął już na postawę zachodnich polityków wobec strajków latem 1980 roku. Z różnych powodów obawiali się ich rządzący. Zostawiając na boku nadzieje i lęki, jakie sytuacja w Polsce budziła w nich z uwagi na geopolitykę (w skrócie: większość ważnych figur ówczesnej Europy i NATO, jeśli w jakimś stopniu sympatyzowała z protestującymi, bardzo obawiała się rozdrażnienia sowietów, w tym jakiejś formy siłowej interwencji wobec protestujących), ciekawe są brane przez nich pod uwagę możliwości wpływu polskiego Sierpnia na politykę ich własnych krajów. Rządzący RFN socjaldemokraci obawiali się, że wieści z Polski wzmocnią w nadchodzących wyborach chadecję, a mająca coraz gorsze relacje z własnym światem pracy Margaret Thatcher zablokowała w parlamencie dyskusję o sytuacji w naszym kraju. Z drugiej strony, co dziś może wydawać się zaskakujące, polskie protesty spotkały się z życzliwym zainteresowaniem niektórych europejskich partii komunistycznych (głównie z Włoch, Hiszpanii i Jugosławii). Trzeba dodać, że przedstawiciele tych partii całkiem słusznie obawiali się, że ewentualna brutalna pacyfikacja robotniczego strajku przez komunistyczne władze wywoła wizerunkowy kryzys ruchu na całym świecie.
Paradoks komunistyczny
Na Zachodzie związki najczęściej miały afiliacje socjalistyczne lub komunistyczne, „S” wymykała się tej prostej klasyfikacji. Obecne w niej od początku elementy katolickiej tradycji, Msze, modły, portrety papieża Jana Pawła II czy obecność na antenie mediów reżimowych transmisji Mszy Świętej musiały być dla obserwatorów z Europy Zachodniej sporym szokiem. Tu pierwszy raz pojawił się ten dualizm – kojarzona z tradycyjną lewicą walka o interesy świata pracy i konserwatywne podejście do wiary, religii, katolickiej obrzędowości i – jakbyśmy ujęli to językiem roku 2026, nie 1980 – identyfikacji graficznej.
Zachodni związkowcy toczyli walkę nieraz podobną, a zarazem inną, ponieważ gdy oni (często jako socjaliści/komuniści) występowali przeciw prywatnym właścicielom, wspieranym przez państwo, ich polscy koledzy walczyli z socjalistami/komunistami, będącymi kadrą zarządzającą państwem. Państwo co więcej – państwo określające się jako socjalistyczne lub komunistyczne) było jedynym właścicielem ich zakładów pracy. Niektórzy lewicowcy i wtedy, i dziś próbują sobie tłumaczyć ten dysonans, wprowadzając pojęcie „kapitalizmu państwowego”, jednak nawet z nim jest to kwestia bardzo złożona. Zwłaszcza dla obserwatora z Zachodu.
Tu jest Polska
Dla Polaków bowiem było to wszystko wówczas jak najbardziej naturalne. Jak mówi Rafał Woś, redaktor naczelny „TS”:
„Z dzisiejszej perspektywy Solidarność wydaje mi się arcypolską odpowiedzią na problemy najpierw realnego socjalizmu, a potem realnego kapitalizmu. To związek zawodowy wyrastający z problemów socjalno-bytowych szerokich mas – przede wszystkim pracowników fizycznych – ale otwarty także na inteligencję i klasę średnią. Jednocześnie jest głęboko zakorzeniony w tym, kim większościowo są Polacy: w ich światopoglądzie, przywiązaniu do wiary, patriotyzmie. To projekt demokratyczny, bo odwołujący się do tego, czego chce większość, a nie do tego, co mniejszość uważa, że większość powinna chcieć”.
„S” była związkiem zawodowym, a zarazem czymś dużo większym niż związek zawodowy. Stąd określenie „ruch społeczny”, w którym niektórzy widzieć chcieli wręcz potencjał rewolucyjny. I tak, w pewnym stopniu, w warunkach realnego socjalizmu, samo pojawienie się i trwanie Solidarności było aktem rewolucyjnym. Zarazem jednak jego osadzenie w katolickich normach czyniło z niego– używając określenia Jadwigi Staniszkis, sformułowanego w pierwszej połowie lat 80. – „samoograniczającą się rewolucję”.
Przełom i nowe wyzwania
Rok 1989 i kolejne lata przyniosły zmianę. Dawne elity opozycji porozumiały się z postkomunistami i zaczęły tworzyć nowy, antypracowniczy w dużym stopniu porządek, często zasłaniając się przy tym tradycją Solidarności, którą tak naprawdę porzucili. I tylko sama Solidarność, niczym wyrzut sumieniu zachowała swój dawny charakter, stając się głosem ludzi pracy również w nowych czasach. Głosem, którym postkomunistyczna lewica być nie mogła, a konserwatywna prawica jeszcze nie umiała.
Wywodzący się z tradycji lewicowej publicysta „TS” Marek Nowak widzi to tak:
„Wchodziłem w dorosłe życie publicystyczne w momencie kryzysu lewicy instytucjonalnej. W debatach powtarzał się temat «lewicy bez mediów». Prawica ma swoje media, liberalizm ma swoje, lewica nie ma – więc trzeba zbudować lewicowe media i wtedy wszystko się zmieni. Ta dyskusja wydawała mi się jałowa. Interesowały mnie nie «lewicowe media», lecz lewicowe treści. Samo powstanie medium z etykietą «lewicowe» niczego nie zmienia w stosunkach pracy ani w poziomie sprawiedliwości społecznej. Widziałem udawanie radykalizmu w sferze języka przy jednoczesnej obronie status quo. To było groteskowe. Che Guevara na koszulce i jednocześnie strach przed radykalizmem. Jeżeli boisz się energii społecznej, to nie jesteś lewicowcem. Trzecia RP traktowała ofiary transformacji w dwóch kluczach: albo jako «post-PRL-owskie złogi», które musi przejechać walec modernizacji, albo jako obiekt litości – reportaż z rezerwatu. Inteligent z Warszawy pochylał się nad prowincją jak nad egzotycznym problemem. To była troska z pozycji wyższości, która nie dawała ludziom podmiotowości. Nie da się zbudować wspólnoty politycznej, jeśli część społeczeństwa nie ma do niej dostępu”.
Pokrewna wydaje się historia związania się z „TS” naszego naczelnego. Rafał Woś:
„Z biograficznego punktu widzenia moja obecność tutaj jest o tyle zaskakująca, że wywodzę się z rodziny chłopsko-robotniczej, z miasta mocno doświadczonego transformacją. Moją pierwszą pamięcią o Solidarności była jej klęska lat 90. – utożsamienie z planem Balcerowicza i neoliberalną transformacją. W moim środowisku powrót postkomunistów był traktowany jako nadzieja. Ale lewica postkomunistyczna nie dowiozła obietnic socjalnych. Zaczęła dryfować w kierunku liberalnego mainstreamu. Wtedy zrodziła się krytyka całej neoliberalnej transformacji. I w tym momencie Solidarność – w przeciwieństwie do wielu innych środowisk – wyciągnęła wnioski z pierwszej fazy transformacji. Postawiła na klasyczną, prorównościową agendę związkową. Bez kompromisów. Po stronie tych, którzy tracili pracę i fundamenty życia. To mnie z nią związało ideowo”.
Zachowanie w Solidarności konglomeratu postulatów kojarzonych z lewicą (dziś coraz częściej trzeba pisać „z dawną lewicą”) i wartości niesionych przez Kościół, rozumiany nie tylko jako instytucja, lecz również wspólnota wiernych, doprowadziła wreszcie do powstania reprezentacji politycznej, która powróciła do dziedzictwa roku 1980 w sposób inny niż tylko poprzez puste deklaracje. Tak stało się w przypadku trzech prezydentów (Lecha Kaczyńskiego, Andrzeja Dudy i Karola Nawrockiego) i rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego, których polityka społeczna wzięła się z aktualności przesłania Solidarności. Woś:
„Ten model zaskakująco dobrze funkcjonuje także dziś. Solidarność miała historię narodzin w realnym socjalizmie, ale jest ofertą także w realnym kapitalizmie. Duża część tzw. PiS-onomiki – szybki wzrost płacy minimalnej, dowartościowanie świata pracy, odrzucenie podwyższenia wieku emerytalnego – ma swoje źródła w presji i dziedzictwie Solidarności”.
W kontrze do liberałów
„Tygodnik Solidarność”, jak cała Solidarność, od początku był zarówno przestrzenią dla fundamentalnych dyskusji, jak i głosem osób, które pomijane były zarówno przez państwowe, a później państwowe i prywatne sieci dystrybucji dóbr, jak i działające w każdym systemie sieci dystrybucji prestiżu i koncesji na obecność w przestrzeni medialnej. Jak mówi Marek Nowak,
"«Tygodnik Solidarność» jest jednym z niewielu miejsc, które próbują oddać tym ludziom głos. To jest dziedzictwo Solidarności jako ruchu: próba budowania wspólnoty politycznej w oparciu o całość społeczeństwa, a nie jego fragment”.
Zdominowanie debaty przez oba wykluczające szerokie grupy społeczne, a zarazem przenikające się wzajemnie nurty lewicowego i centroprawicowego liberalizmu w stronę myślenia bliskiego do „TS” pokierowało kolejnego z naszych autorów, Ludwika Pęzioła.
„Czułem niechęć do jałowości – zarówno konserwatywnego liberalizmu, jak i lewicowego liberalizmu. Obydwa nurty wydawały mi się intelektualnie jałowe, egoistyczne, pyszne. W pewnym momencie człowiek zaczyna się rozglądać i widzi, że po stronie wspólnotowej łatwiej się porozumieć. Że można w nawias wziąć różnice i po prostu dobrze się czuć z tymi ludźmi. Istnieje tu wspólna baza: przekonanie, że istnieje kultura, istnieje organizm społeczny. Że nie każda dyskusja musi kończyć się zdaniem «niech każdy robi, co uważa», jak to często bywało w rozmowach z liberałami. Dla mnie – jako dla kogoś, kto w centrum stawia kulturę i widzi jej erozję – było oczywiste, że coś tu nie gra. Konserwatywni liberałowie mówili, że to nie wina kapitalizmu, tylko że kapitalizmu jest za mało. A ja miałem wrażenie, że oni próbują gasić pożar benzyną”.
Fałszywy podział, prawdziwa synteza
W „Tygodniku” spotykają się więc wciąż te dwie linie, wokół których zbudowana została i wciąż buduje się Solidarność. Sam odnajduję w nim równowagę między dwiema skrajnościami definiującymi także moje życiowe i publicystyczne zmagania: niezgodą na świat, wyniesioną ze swoich anarchicznych, subkulturowych początków, a wiarą i konserwatyzmem, z których wyrosłem, by później do nich dorosnąć. Tylko, czy nasza droga, tak jak całe istnienie Solidarności, nie pokazuje, że tak naprawdę sprzeczności te są pozorne? Tak uważa Cezary Krysztopa, redaktor naczelny portalu Tysol.pl i zastępca redaktora naczelnego „TS”:
„Inspiracje tych, którzy przez osoby niezorientowane mogliby być postrzegani jako lewicowi – w jakimś stopniu także moje własne – nie wynikają z marksizmu ani z tradycji komunistycznej. One są zakorzenione w katolickiej nauce społecznej, począwszy od encykliki «Rerum novarum» Leona XIII, w tradycji solidaryzmu społecznego. Solidaryzm społeczny jest częścią myśli prawicowej i nigdy nią być nie przestał. Był immanentnym elementem tej tradycji na przestrzeni dziejów. Prawica nie jest wyłącznie prawicą liberalną. Oczywiście istnieje nurt liberalny, ale nie jest on jedyny. Częścią myśli narodowej – szerzej rozumianej prawicy – jest również solidaryzm społeczny. Dlatego nie powiedziałbym, że w „Tygodniku Solidarność” spotykamy się „od prawa do lewa” w sensie ideologicznym. Owszem, istnieje tu bardzo szerokie spektrum poglądów, co bardzo cenię – tym bardziej że nie jesteśmy partią polityczną, lecz medium. Dzięki temu, że piszą tu i pracują różni ludzie, możemy wychodzić poza granice baniek, w których zamykają się dziś środowiska polityczne, ale także medialne. Budujemy pewne spektrum wykraczające poza te zamknięte światy i to jest wartość”.
I tak trwa to już od 45 lat i trwać będzie, dopóki istnieje Solidarność i żyje polski duch, z którego powstawała ta wielka i wyjątkowa w skali świata idea.
Artykuł pochodzi z najnowszego wydania specjalnego „TS” poświęconego tematom wolności słowa i 45-leciu „Tygodnika Solidarność”. Numer jest już dostępny w salonach prasowych i na solidarnosc.sklep.pl.
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]
Nowy Obywatel. 25 lat pod prąd głównego nurtu
SAFE czy polski SEJF? Nowy "Tygodnik Solidarność"

Idziemy PO was oszuści! - nowy numer "Tygodnika Solidarność"

Dobry ETS to martwy ETS. Najnowszy numer "Tygodnika Solidarność"
Preferencje ideowe Polaków. Prawica zdecydowanie na czele [SONDAŻ]








