Szukaj
Konto

Bunt przeciwko turystycznej kolonizacji Albanii. Flamingi idą po godność

Bunt przeciwko turystycznej kolonizacji Albanii. Flamingi idą po godność
Źródło: wikipedia.en | Autor: Wikipedia | Licencja: Wiki Commons | Manifestacja
Albania jeszcze nie tak dawno pozostawała wielką niewiadomą. Chociaż do Jugosławii kraj nie należał, a wręcz kilkadziesiąt lat temu albański dyktator Enwer Hodża uważał Broza-Tito za śmiertelnego wroga, wrzuciliśmy go w naszej świadomości do wspólnego bałkańskiego – nomen omen – kotła. Obecnie Albania coraz częściej gości na pierwszych stronach, zwłaszcza folderów biur podróży, gdyż lokalna Riwiera stała się popularnym, nieco tańszym od tureckich kuzynów, słonecznym kurortem.
Co musisz wiedzieć:
  • Albania zmaga się z długofalowymi skutkami dyktatury Enwera Hodży i nieudanej transformacji ustrojowej.
  • Gwałtowny rozwój turystyki przyniósł dla kraju nie tylko wzrost gospodarczy, ale i poważne problemy na różnych płaszczyznach.
  • Odpowiedzią na te problemy stała się oddolna „Rewolucja Flamingów”, której uczestnicy domagają się ochrony przyrody, walki z korupcją oraz głębokich reform.

Może nam się zdawać, że w erze wakacyjnego boomu wszystko w Albanii idzie ku lepszemu. Każdy kij ma jednak dwa końce, a masowa turystyka nie niesie jedynie pozytywnych konsekwencji, zwłaszcza mając na uwadze doświadczenia obywateli i albańską klasę polityczną.

 

Albański Stalin i jego dziedzictwo

Chociaż sami byliśmy świadkami upadku systemu postkomunistycznego w Europie Środkowo-Wschodniej, nie sposób opisać współczesnej Albanii bez pominięcia dekad dyktatury „albańskiego Stalina”, Enwera Hodży. Po II wojnie światowej i odsunięciu króla Zoga I wraz z jego zwolennikami władzę w kraju przejęli komuniści, dla których liberalizujący się za Chruszczowa Związek Radziecki był za mało radykalny. Albania Enwera Hodży, syna muzułmańskiej rodziny wykształconego we Francji, skręciła w stronę autarkii, nawiązując współpracę z Chinami Mao Zedonga, za największego wroga stawiając sobie Zachód, „zdrajcę ideałów” Broza-Tito oraz wewnętrzne siły reakcyjne. Do tych ostatnich wliczali się ci, którzy próbowali uciec, ci, którzy mieli „złe pochodzenie”, i ci, którzy wierzyli – Albania jeszcze w latach 70. prowadziła prześladowania chrześcijan, używając metod znanych nam z czasów Nerona, oskarżając przy tym duchownych o „szpiegostwo na rzecz Watykanu”.

 Terror zwany porządkiem implementowali nie tylko profesjonalni mundurowi, lecz również tajna policja, Sigurimi. Jak to ze służbami na pograniczu tajności bywa, problem pozycji funkcjonariuszy i współpracowników aparatu represji nie zakończył się ani w 1985 roku, gdy umarł Enwer Hodża, ani w 1990 roku, kiedy Albańczycy zbuntowali się przeciw jego pogrobowcom. W dodatku pierwsze wybory po upadku komunizmu z 1991 roku wygrała Partia Pracy Albanii, postkomuniści kontrolujący wcześniej środki masowego przekazu. Nie spełniały one desygnatów wolnych, demokratycznych wyborów. Rok później odbyły się kolejne protesty i rząd obalono. Wybory z 1992 roku wygrała już opozycja demokratyczna.

Jednocześnie społeczeństwo pozostawało spolaryzowane – wieś była bardziej lojalna wobec poprzednich władz i nie docierały o niej informacje o coraz to nowych skandalach dokonanych za Hodży. A o informacje o nadużyciach również było niełatwo. Albania stale zmieniała przepisy lustracyjne, dopiero w ubiegłej dekadzie udało się powołać urząd odpowiedzialny za wgląd do akt Sigurimi. Wielu odpowiedzialnych za komunistyczne zbrodnie uniknęło odpowiedzialności, wielu udało się także zachować majątek. A nowa epoka też nie była bez wad.

 

Ciepła woda w kranie i Adriatyku

Przetłumaczona na język polski albańska autorka, Lea Ypi, w swoim autobiograficznym reportażu „Wolna” dodała podtytuł o końcu świata w Albanii. Upadek Hodży i systemu komunistycznego był pewnym końcem świata. Oprócz oczywistych blasków miał także cienie, które jawiły się z resztą w każdym kraju postkomunistycznym. Natychmiast pojawił się problem reprywatyzacji, który ciągnął się latami. Opozycja demokratyczna, w szeregach której nie brakowało inteligencji, była mniej więcej świadoma zbrodni czasów słusznie minionych, ale nie miała jak o nich mówić – nie wykształcił się wszak odpowiedni program nauczania historii, dochodzenia dopiero się zaczynały, a nie każda informacja od razu obiegała cały, wcale nie tak zurbanizowany, nierównomiernie rozwinięty kraj.

Nowa władza zlekceważyła również wpływ transformacji gospodarczej na naród. Część byłych trzeciorzędowych działaczy komunistycznych odnalazła się szybko na wolnym rynku lub w szeregach nowej władzy, ale zwykli ludzie nie mieli tyle szczęścia. Szybko rozpoczęły się cięcia, a co za nimi idzie, plaga bezrobocia. Chwilowym remedium (dla rządzących, nie dla zwykłych ludzi) była emigracja młodych. Ceną za niższe wskaźniki bezrobocia okazało się jednak pozbawienie kraju jego najbardziej przyszłościowych dzieci, które zamiast budować potęgę Albanii, harowały na włoskich budowach.

Część z imigrantów zarobkowych odesłano, jeszcze inni podejmowali desperackie próby przekraczania zielonej granicy z Grecją. Wśród wyjeżdżających byli jednak również przestępcy budzący niepokój zarówno w kraju przyjazdu, jak i w ojczyźnie. Notabene dalej utrwalony jest stereotyp Albańczyka, który wchodzi w konflikty z prawem. Patologiczne funkcjonowanie państwa nakręcały również piramidy finansowe. Albańczycy sprzedawali swoją ziemię, mieszkania i dobytek w celu inwestycji w przedsięwzięcia obiecujące pomnożenie gotówki. Na pewnym etapie swoje środki lokowało w nich 2/3 pełnoprawnych obywateli. Z końcem 1996 roku przedsiębiorstwa piramidowe przestały wypłacać środki, część ludzi straciło majątki życia, a w 1997 roku wybuchły protesty antyrządowe, które przerodziły się w zbrojne zamieszki (podczas których splądrowano wojskowe magazyny broni). Interweniować w ramach misji ONZ musiały Włochy, a rząd opozycyjny upadł. Państwo na południu kraju w zasadzie istniało jedynie na papierze.

Przeprowadzono nowe wybory, miało być lepiej. Czy było? Jak ta sytuacja się rozwijała? Albania szła ku dobremu, chociaż powoli. Dalej infrastruktura w kraju, poza miejscami turystycznymi, nie jest najlepsza. Co prawda, w ciepłym Adriatyku kąpie się sporo turystów, a w większości domostw jest ciepła woda w kranie, ale w całej albańskiej układance brakuje jednego: rozwiązań, które zapewnią rozwój i bezpieczną przyszłość. Do dzisiaj wielu Albańczyków nie może liczyć na stabilne zatrudnienie, niedrogi koszyk sklepowy i własne cztery ściany. Rząd, na którego czele obecnie stoi Edi Rama z Partii Socjalistycznej (kontynuatora postkomunistów) z kolei ma na swoim koncie skandale korupcyjne. Jego poprzednicy nie byli lepsi; w 2013 roku, pod koniec rządów Partii Demokratycznej, wskaźniki korupcji również szybowały, a bezrobocie wynosiło oficjalnie 14%.

 

Żywioł nadmiernej turystyki

W niespełna trzymilionowej Albanii rozkwitła turystyka – 10 milionów przyjezdnych odwiedziło kraj w 2023 roku. Co prawda państwo w jakimś niewielkim stopniu przyciągało zwiedzających nawet za Hodży, ale w przeciągu ostatnich lat mamy do czynienia z gwałtownym wzrostem zainteresowania krajem. Jak grzyby po deszczu urosły kolejne kurorty na Riwierze Albańskiej. Ulice Tirany, uważanej za jedną z brzydszych stolic Europy, wypełniły się busikami i autokarami zmierzającymi w kierunku Durres czy Sarandy. W wielu miejscach zapłaci się euro, w wielu zobaczy się napis „Wstęp wzbroniony” – wszak wybrzeże obrosło w prywatne plaże, powykupywane leżaki i bary, na które zwykłego Albańczyka zwyczajnie nie stać.

Nie stać go również na czynsz na własnej ojcowiźnie, bo jeśli jego rodziców przydzielono do pracy na wybrzeżu, to prędzej czy później pojawi się deweloper chętny do inwestycji na miejscu jego rodzinnego domu. Ceny na rynku nieruchomości osiągnęły niewyobrażalny poziom. Znikają też sklepy i restauracje, w których do niedawna lokalni mieszkańcy raczyli się rakiją i tradycyjną kuchnią – na ich miejscu powstają sklepy z pamiątkami, sieciówki oraz pułapki na turystów. Niektórzy mają również problemy z pracą; ta często jest, ale na sezon, wymaga dobrej znajomości angielskiego i nie pozwala się utrzymać.

Żywioł nadmiernej turystyki dotknął także dziką przyrodę. Emblematyczne Jezioro Ochrydzkie wypełnia się zanieczyszczeniami, w okolicach Durres, przy plaży publicznej, pływa szkło (autorka tekstu miała wątpliwą przyjemność cudem uniknąć wdepnięcia w rozbitą szklankę), wydmy nad Morzem Jońskim zostały zalane betonem.

 

„Rewolucja Flamingów”

W końcu czara goryczy się przelała – rząd Ediego Ramy wydał zgodę na budowę luksusowego resortu w rejonie Zvërnec i wyspy Sazan. Jest to obiekt chroniony, znany ze swojej dziewiczej przyrody i stanowiący dom dla wielu zagrożonych gatunków zwierząt. Żyją tam również dzikie, różowe flamingi, które nie będą mogły liczyć na ochronę, jeśli zgodnie z planem teren trafi w prywatne ręce Ivanki Trump oraz Jareda Kushnera. Chociaż sama w sobie rodzina prezydenta Stanów Zjednoczonych nie jest bezpośrednim winowajcą sytuacji, należy mieć na uwadze realia kraju – rząd albański zdaje się faworyzować zagranicznych inwestorów i kupców kosztem bogactwa naturalnego kraju oraz rodzimych mieszkańców.

W maju 2026 roku pojawili się protestujący, którzy obwołali swój ruch „Rewolucją Flamingów” (Revolucioni i Flamingove) ze względu na zarówno znaczenie dosłowne, jak i metaforyczne; flamingi żyją w dużych grupach i wspólnie je bronią. Do postulatu umorzenia sprzedaży albańskich skarbów naturalnych doszły kwestie walki z korupcją, oligarchią, przestępczością zorganizowaną, nadmierną turystyką (demonstranci żądają między innymi likwidacji wprowadzonych w ostatnich latach przez rząd ułatwień dla zagranicznych inwestorów) oraz żądania praworządności, a nawet dymisji rządu. Potem poruszono temat jeszcze bardziej skomplikowanych problemów: zaniedbanej służby zdrowia, edukacji i nierówności społecznych. Przedstawiciele ruchu początkowo spotykali się na wybrzeżu, w miejscu planowanej inwestycji.

Potem protesty rozlały się na inne miasta, w tym Tiranę. Co istotne, nie zostały one upartyjnione. Opozycja, w tym sam skompromitowany były premier Sali Berisha, zachęca do udziału w protestach, ale się na nich nie pojawia, a jej transparenty nie są mile widziane. Co innego kreatywne hasła, których nie brakuje!

 

Albański węzeł gordyjski

Protesty trwają i uchodzą za pokojowe. Premier Edi Rama jednak oskarża demonstrantów o stanowienie elementu wojny hybrydowej (pojawiły się nawet zarzuty działalności agenturalnej na rzecz Islamskiej Republiki Iranu). Czy strona rządowa w końcu ustąpi? Nie jest to pierwsza sytuacja, gdy Albańczycy próbują wymusić na rządzie ustępstwa w celu ochrony dziedzictwa narodowego, ale próby odpowiedzi na to pytanie byłyby wróżeniem z fusów.

Sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, mając na uwadze szeroki zakres postulatów protestujących oraz wątek państw trzecich. Albańczycy stanowią dosyć proamerykańskie społeczeństwo, co ma również związek z konfliktem o Kosowo (w którego stolicy, Prisztinie, stoi pomnik Billa Clintona). Nie można jednak nazwać rewolucji flamingów stricte antyamerykańską. Nie ma też łatwych rozwiązań – Albanię do stanu, w którym jest obecnie, doprowadziły dekady zaniedbań i wcześniejsze doświadczenie terroru.

Pewna jest słuszność głównego postulatu protestujących: zaprzestanie opierania całej gospodarki państwa na turystyce. Postawienie na turystyczną kartę w wielu krajach zakończyło się dramatycznie. Jednocześnie nie można uznać zjawiska wzrostu zainteresowania podróżami do Albanii za jednoznacznie negatywne. W tym państwie przed pojawieniem się biur podróży nie było innych, większych inwestycji, a jakby na to nie patrzeć, przynajmniej część młodych znalazła zatrudnienie w sektorze turystyki. Główny problem leży w kwestii braku odpowiednich regulacji, a mówiąc szerzej, w obrazie lokalnej klasy politycznej dotkniętej patologicznym dziedzictwem postkomunizmu.

Mając na uwadze oddolność ruchu flamingów, można liczyć na pewne zmiany na krajowej scenie politycznej. Być może, tak jak w obliczu innych kryzysów, utworzą się obywatelskie komitety, a społecznicy i politycy za kilka lat będą już innymi ludźmi: młodszymi, ideowymi, nieskażonymi patologiami. Na razie obserwujemy prawdopodobnie największe pokojowe protesty w historii kraju. Nic nie wskazuje na to, by miały się szybko zakończyć, lecz nie widać też zbrojnej eskalacji, jak w przypadku 1997 roku i piramidowej rewolucji. Pewne jest, że dla funkcjonowania całego państwa oraz dobrobytu obywateli nie można problemów poruszanych przez protestujących zamiatać pod dywan. Wszak rzadko się zdarza, że młodzi wychodzą po najważniejszą z ważnych dla obywatela kwestii: po godność.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 05.08.2026 10:25
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 31/2026, oprac. Ludwik Pęzioł