Kraków na sprzedaż. Miasto, które coraz bardziej należy do turystów

- Masowa turystyka przynosi Krakowowi ogromne dochody, ale sprawia też wiele problemów.
- Odbija się na mieszkańcach poprzez drogie mieszkania, zanik lokalnych biznesów, niskopłatne miejsca pracy, tłok, hałas.
- Turystyki nie trzeba zwalczać, lecz podporządkować jej rozwojowi interes mieszkańców.
Kraków jest najczęściej odwiedzanym miastem w Polsce, które w zestawieniach prześciga nawet Warszawę i dosyć atrakcyjne Pomorze Gdańskie, Wrocław oraz Poznań. W 2025 r. miasto odwiedziło 16,25 mln turystów. Przybywali z innych części kraju, z Wielkiej Brytanii, z Niemiec, Hiszpanii, Francji, Szwecji i w zasadzie całego świata. Miasto stołeczne oraz królewskie znajduje się w ścisłej czołówce najchętniej odwiedzanych w Europie Środkowej, plasując się praktycznie na równi z Budapesztem (około 19 mln turystów, a mówimy tu o węźle przesiadkowym i stolicy państwa), wyprzedzając Berlin (12,5 mln) i prawie dwukrotnie przebijając Pragę (około 8,2 mln zwiedzających).
Lotnisko Kraków-Balice, skądinąd dosyć przyjazne dla pasażera, mając na uwadze podwyższony limit płynów w bagażu podręcznym do 2 l na osobę oraz niewielką odległość od miasta, bije kolejne rekordy w ruchu pasażerskim. Stale też rośnie siatka połączeń międzynarodowych. Trasa pociągu Warszawa – Kraków to najbardziej oblegana w kraju linia, a miejmy na uwadze też inne połączenia. Stolica Małopolski jest istotnym węzłem kolejowym zarówno dla mieszkańców województwa, jak i turystów – wszak stąd dojedziemy do Kopalni Soli w Wieliczce, do Oświęcimia czy Zakopanego; nie wspominając już o pociągach i autobusach jadących na wschód, w stronę przygranicznego Przemyśla.
Nie należy się dziwić, że w Krakowie jest ciągły ruch. Miasto jest punktem obowiązkowym dla każdego historyka przez wzgląd na swój dawny charakter, dzielnica żydowska przykuwa uwagę izraelskich turystów szukających śladów swoich przodków, a lokale w centrum oferują wiele możliwości spragnionym dobrej zabawy. A jeśli komuś w Krakowie nudno, to w razie czego może go potraktować jako dobrą bazę wypadową. Zyski z turystyki w mieście wciąż rosną, 15,4 mld zł to nie są małe pieniądze. Ale wszystko ma swoją cenę.
Długi cień lat 90.
Na początku był chaos i transformacja. Z niego wyłoniła się reprywatyzacja krakowskich kamienic, która chociaż zdecydowanie różniła się od sytuacji z obecnej stolicy, pozostawała siłą równie nieokiełznaną, niejasną i koszmarną w konsekwencjach. Początek lat 90. to w Krakowie czas szarych, zaniedbanych kamienic o nieuregulowanym statusie prawnym. Było ich około 600, część z nich służyła celom publicznym, niewielka część nie doczekała się uregulowania go aż do dzisiaj.
W owym czasie, jak powszechnie wiadomo, chaos nie ograniczał się do Krakowa. Macki afer reprywatyzacyjnych w Krakowie rozciągnęły się na obszar całego kraju. Za pomocą sfałszowanych dokumentów (np. na przypadkowe osoby o tym samym nazwisku, co wcześniejsi właściciele), spreparowanych testamentów i rzekomych pełnomocnictw różni oszuści starali się przejmować krakowskie kamienice, zwłaszcza te, w których niegdyś mieszkała społeczność żydowska. „Odzyskane” nielegalnymi metodami i nierzadko przemocą lokale później sprzedawano, a w proceder na pewnym etapie wmieszała się nawet pruszkowska mafia. Szacuje się, że wypędzono około 70–100 tys. lokatorów.
I chociaż dosyć szybko aparat sprawiedliwości zainteresował się tym procederem, mleko się rozlało. Wiele kamienic podzieliło los swoich zagranicznych krewnych z centrów miast, stając się odartym z mieszkańców przybytkiem typu Airbnb, ewentualnie pawilonem dla sklepów z pamiątkami i zagranicznych sieci gastronomicznych. Aby zobrazować skalę wymierania centrum miasta, należy sobie uświadomić, że w historycznym centrum Krakowa mieszka jedynie około 2600 osób.
Widmo gentryfikacji i prywatyzacji
W całej dzielnicy I, czyli obejmującej również takie obszary jak Wawel czy Stradom, to około 27 tys. osób. Jeszcze niedawno było to 40 tys. mieszkańców (2011 r.). Poza przypadkami dzikiej reprywatyzacji stolica Małopolski nękana jest również przez widmo gentryfikacji i prywatyzacji. Te również żerują za pomocą branży turystycznej, której macki sięgają coraz dalej po lokale mające posłużyć jako Airbnb. Tendencja dociera na bardziej oddalone od centrum Grzegórzki, a nawet na Nową Hutę.
Oczywiste jest, że tracą na tym nie tylko mieszkańcy, lecz również sam w sobie klimat miasta. Za sprawą takich działań Krakowiacy stracili kultowe kino ARS w 2019 r. Właściciel budynku, w którym znajdowała się placówka działająca od 1916 r., postanowił kamienicę wyremontować i przekształcić w luksusowy hotel. Nie pomogły protesty mieszkańców i kinomanów, kina na skrzyżowaniu świętego Jana i świętego Tomasza nikt już im nie przywróci.
Teraz toczyła się walka o Kazimierz. W lutym 2026 r. Krakowiacy dowiedzieli się o planach przekształcenia kamienic przy ulicy Józefa i ulicy Bożego Ciała w luksusowy hotel. Stracić na tym mieli lokatorzy, którzy po latach własnoręcznego remontu budynku dostali wypowiedzenia najmu, i lokalne biznesy. Protesty przeciwko planom spółki deweloperskiej Da Silva Haus zdążyły nawet wystraszyć władze miasta. Ale czy skutecznie?
Żyć jak turysta (i dla turystów)
Da się w Krakowie mieszkać rok, dwa, trzy i żyć jak turysta. Jeśli miasto staje się zbyt turystyczne, a my go jeszcze dokładnie nie pojęliśmy – właśnie w ten sposób żyjemy. Jednym są kwestie reprywatyzacji i wszechobecnego Airbnb; jest szansa, że jeśli dopiero co się osiedliliśmy w Krakowie, dotknie nas jedynie hałas imprez najemców i nie będziemy musieli pożegnać się z mieszkaniem, w które włożyliśmy mnóstwo pieniędzy, do którego się przywiązaliśmy. Zaboli nas „jedynie” cena najmu – kto by wynajmował mieszkanie, zwłaszcza matce z dzieckiem, jeśli może je podzielić na pokoje i zorganizować noclegownię dla turystów?
Problem jest jednak dużo głębszy niż mieszkania. Kraków jest tak skonstruowany, że w promieniu dwóch kilometrów od siebie są „miejsca turystyczne” takie jak Rynek, Kościół Mariacki, Muzeum Narodowe czy Sukiennice, istotny węzeł komunikacyjny (Dworzec Główny oraz Dworzec Autobusowy) oraz instytucje edukacyjne (główne budynki Uniwersytetu Jagiellońskiego, między innymi Wydział Prawa i Administracji, Wydział Historii oraz Wydział Filologiczny; Akademia Górniczo-Hutnicza, Akademia Sztuk Teatralnych oraz licea i technikum; wokół nich są także niektóre akademiki). Kondensacja tych trzech rodzajów placówek na w miarę zbitym obszarze, przez który każdy przechodzi piechotą, nie jest korzystna dla studentów i mieszkańców.
W zasadzie w centrum Krakowa, o ile nie zna się dobrze miasta i nie wykupi się karnetu na stołówkę w Domu Studenckim Żaczek, nie jest tak łatwo znaleźć sobie opcję gastronomiczną. Są co prawda dwa bary mleczne obok Wydziału Filologicznego UJ, ale im dalej w stronę ścisłego centrum (a studenci prawa mają zajęcia także na obszarze otoczonym przez Planty), tym trudniej o zdrowe, niedrogie i nieoblegane miejsce. Widzimy kolejne zagraniczne sieciówki fast foodów, stoiska z obwarzankami i kawiarnie, ale jest coraz mniej restauracji i bistro stojących w Krakowie od lat. Ma to też swoje konsekwencje w samej strukturze zatrudnienia.
Pełzająca prekaryzacja
Centrum miasta ulega pewnej pełzającej prekaryzacji. Jeśli szukamy pracy w obrębie turystycznych dzielnic (i nie uda nam się zostać przewodnikiem w muzeum), to o ile ją znajdziemy, co też oczywiste nie jest, będzie ona niskopłatna. Wraz z masową turystyką następuje prekaryzacja. Praca w centrum Krakowa to lady sklepów pamiątkowych, kasy fast foodów i kilka franczyz. W żadnym z tych miejsc pracownik nie zarobi sporo więcej niż minimalna krajowa, w dodatku nierzadko wymagają one pracy konkretnie w dni wolne od pracy, i to na śmieciówce.
Dochodzą do tego „naciągacze” – niektórzy młodzi są skazani na stanie i „naganianie” turystów do wątpliwej jakości atrakcji czy lokali. A co, jak późno wracają z pracy? W Krakowie obowiązuje nocna prohibicja, ale obowiązuje ona w sklepach. Pomijając fakt, iż straciły na niej mniejsze biznesy, a zyskały większe koncerny i bary – alkoholu dalej można się napić, ale w pubach i klubach nocnych. Lobby gastronomiczne trzyma Kraków mocno. Dalej w centrum można odnieść wrażenie, że idzie się przez tłum legendarnych już nietrzeźwych Brytyjczyków z wycieczki na kawalerski. Dalej bywa brudno i głośno. Sceny dantejskie odbywają się cyklicznie co ciepły weekendowy wieczór.
Życie jak turysta
A tłum? Pojawia się także w dzień powszedni, zwłaszcza gdy w Krakowie jest remont. A remontów w Mieście Królów mnogo. Spójrzmy na linię tramwajową 20: planowo przejeżdża ona z oddalonego i stosunkowo nowego acz sporego osiedla Mały Płaszów aż do zajezdni Cichy Kącik (gdzie znajduje się centrum sportowe Uniwersytetu Jagiellońskiego). Mija po drodze spore Rondo Grzegórzeckie, przesiadkowe dla mieszkających na Nowej Hucie Rondo Mogilskie, Dworzec Główny z Galerią Krakowską, Uniwersytet Jagielloński i Muzeum Narodowe. Ten tramwaj zawsze jest prawie pełen, a w obecnej sytuacji zmienił trasę i zatrzymuje się około kilometra–półtora od Muzeum Narodowego i budynków UJ, oferując studentom autobusy zastępcze (które również pokonują trochę inną trasę niż linia nr 20).
W mieście trwają jeszcze inne remonty, a jedna z ważniejszych ulic, Karmelicka prowadząca do niektórych wydziałów i na Bronowice jest rozkopana. Nie wiadomo też, ile remont potrwa. Pomijam tu fakt podwyżki cen biletów na komunikację miejską. Kończąc wywód o „życiu jak turysta” we własnym mieście, warto zauważyć jedną, fundamentalną różnicę: turystę z Wielkiej Brytanii czy Norwegii co do zasady stać na atrakcje Krakowa i okolic. Bilet wstępu do Wieliczki dla rodziny 2+2 to koszt 360 zł. Przyjemność zwiedzenia całego Wawelu wycenia się na prawie 200 zł dla dorosłego. Zobaczenie własnego miasta bywa wyzwaniem.
Turystyka da się lubić!
Mimo wszystko nie należy skreślać całkowicie turystycznego oblicza Krakowa. Turystyka generuje około 10% dochodów miasta, a i dawna stolica jest świetną wizytówką Polski. Trzeba jednak pomyśleć nad rozwiązaniami problemów, które masowy ruch turystyczny wygenerował. Nie ma tu oczywiście uniwersalnych recept, a łzy wylane nad upadkiem etosu podróżnika niewiele pomogą, niemniej należy naszą rzeczywistość zmieniać. Rozwiązaniem stanowiącym kroplę w morzu problemu cen muzeów mogłoby być wprowadzenie taryfy dla mieszkańców. W ten sposób funkcjonuje wiele instytucji kultury w Indiach (oddzielna taryfa „obywatel Indii” i „posiadacz innego paszportu”) czy Muzeum Jana Pawła II w Wadowicach, które co wtorek pozwala mieszkańcom powiatu wadowickiego zwiedzić swoje kolekcje za darmo. Problem z remontami i komunikacją miejską jest bardziej złożony, natomiast na pewno nie pomoże nikomu podniesienie cen kart miejskich.
Trudno również o skuteczne ograniczenia najmu krótkoterminowego, niemniej co jakiś czas powraca temat możliwości odmowy mieszkańców w przypadku zapytania o prowadzenie takiej działalności w zamieszkiwanej przez nich kamienicy. Kompetencje odnośnie do zwalczania nadmiernej eksploatacji rynku mieszkaniowego na rzecz działalności hotelarskiej czy Airbnb mogłyby mieć również organy gminne. Istotne jest, by zauważyć, że żaden z tych problemów nie zostanie rozwiązany bez zdecydowanego działania aparatu państwowego: bez patrolów policji i straży miejskiej, bez zwalczania dzikiej reprywatyzacji, bez asertywności wobec inwestorów.
Warto też pomyśleć nad tym, co turystę przyciąga do Krakowa. Nie jest to zagraniczny fast food, nie jest to kolejna sieciówka, lecz piękno miasta i jego historia. A nie ma tradycji bez pamiątkowych tablic na kamienicach z czasów, w których Edward Dembowski i Jan Tyssowski przelewali krew za wolność, bez kultowych kawiarni i restauracji, w których wielcy tego świata jedli ulubione ciasta, a przede wszystkim – bez zakochanych w swoim mieście mieszkańców. Taki powinien być Kraków. Dla tych, którzy chcą w nim żyć, i tych, którzy jego prawdziwe oblicze przyjechali oglądać.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja „Co musisz wiedzieć” pochodzą od redakcji]
Komentarze
Ważny komunikat dla mieszkańców Gdańska

Bunt przeciwko turystycznej kolonizacji Albanii. Flamingi idą po godność

Ważny komunikat dla mieszkańców Krakowa

Wyłączenia prądu w Małopolsce. Ważny komunikat dla mieszkańców

Sąd podjął ostateczną decyzję ws. referendum w Krakowie. Teraz ruch należy do Tuska




