Szukaj
Konto

Co pokazuje sukces filmu „Citizen Vigilante”?

Co pokazuje sukces filmu „Citizen Vigilante”?
Źródło: Citizen Vigilante promo | Autor: Kadr z filmu Citizen Vigilante | Licencja: Citizen Vigilante | Mężczyzna z podniesioną nogą
Gdy skromny, niezależny film o budżecie wynoszącym zaledwie 2 miliony dolarów niespodziewanie staje się hitem i internetowym fenomenem VOD, produkcję tę trzeba postrzegać jako zjawisko społeczne, a nie tylko popkulturowe. Niskobudżetowy, zrealizowany w półamatorskiej estetyce „Citizen Vigilante” w reżyserii Uwe Bolla stał się najchętniej wypożyczaną pozycją w serwisie Amazon w USA.
Co musisz wiedzieć:
  • Film "Citizen Vigilante" stał się internetowym fenomenem dzięki poruszeniu tematu migracji i bezpieczeństwa.
  • Autor ocenia produkcję Uwego Bolla jako słabą pod względem artystycznym.
  • Przekonuje też, że popularność filmu stanowi wyraz społecznego zapotrzebowania na sztukę podejmującą temat migracji i poprawności politycznej.

Obraz wywołał skrajną polaryzację. Doskonale odzwierciedlają to oceny na portalu Rotten Tomatoes, w którym film ma zaledwie kilka procent pozytywnych ocen od krytyków, ale aż ponad 90% od widowni. Pokazuje to po raz kolejny, że w głęboko podzielonym świecie mechanizmy oceny dzieł sztuki są całkowicie podporządkowane politycznym i ideologicznym rozwarstwieniom. Mainstreamowi krytycy z redakcji takich jak „The Guardian” czy „Variety” wprost nazywają film „rasistowską, ksenofobiczną i skrajnie prawicową propagandą”. Z kolei obrońcy tytułu, w tym znany brytyjski konserwatywny publicysta Douglas Murray, podkreślają, że produkcja uderza w realne lęki Europejczyków.

Identycznie sytuacja wygląda w Polsce. Na portalu Filmweb dzieło Bolla utrzymuje stosunkowo wysoką średnią ocenę użytkowników (6,4/10), podczas gdy nota zawodowych krytyków drastycznie spada do 1,9/10. Jedynymi miejscami, gdzie film ma szansę na jakąkolwiek formę obrony, są redakcje konserwatywne, takie jak „Gazeta Polska” czy „Nowy Ład”. Liberalny mainstream zwalcza ten obraz z ogromnym ideowym zacięciem. Dziennikarka Marta Górna w „Gazecie Wyborczej” napisała wprost: 

„Ten film to obrzydliwy gniot. Oglądanie go odbiera człowieczeństwo i nadzieję w ludzkość”.

Obejrzałem „Citizen Vigilante” i nie czuję się przez to mniej ludzki. Moja wiara w człowieka również pozostała na niezmienionym poziomie. Nie uważam tej produkcji za film dobry czy udany. Jednocześnie histeryczny opór wobec niego, połączony z próbą cenzury, trudno mi odbierać inaczej niż jako sygnał zawinionej bezradności wobec społecznych lęków i problemów, które ten obraz sygnalizuje.

 

Kontrowersyjny reżyser

Uwe Boll to z pewnością postać niezwykle barwna. Ten kontrowersyjny niemiecki reżyser na początku kariery perfekcyjnie wykorzystywał luki w tamtejszym prawie podatkowym, co stało się fundamentem jego finansowej niezależności. W latach 90. i na początku XXI wieku w Niemczech funkcjonowały tzw. schrony podatkowe (Medienfonds) stworzone z myślą o wspieraniu krajowego sektora filmowego. Bogaci niemieccy przedsiębiorcy mogli zainwestować pieniądze w fundusz filmowy i natychmiast odliczyć 100% tej kwoty od swojego podatku dochodowego. Jeśli film okazał się finansową klapą (co w przypadku wczesnych dzieł Bolla było normą), inwestorzy rejestrowali stratę. Ta strata pozwalała im drastycznie obniżyć zobowiązania wobec państwa. Zamiast szukać pieniędzy w Hollywood, Boll oferował zamożnym Niemcom bezpieczny mechanizm optymalizacji podatkowej. Za uzyskane środki tanio kupował prawa do ekranizacji znanych gier wideo (np. „Alone in the Dark”, „House of the Dead”, „BloodRayne”) oraz zatrudniał znane hollywoodzkie nazwiska (m.in. Jason Statham, Ray Liotta czy Christian Slater). Budżet filmu był zabezpieczony jeszcze przed pierwszym klapsem na planie.

Jakość tych filmów, mówiąc eufemistycznie, pozostawiała wiele do życzenia. Fani gier komputerowych nienawidzili Bolla za niszczenie ich ulubionych uniwersów. Sam reżyser alergicznie reagował na słowa krytyki, a najostrzejszych recenzentów wyzywał na prawdziwe walki bokserskie. Niemniej jednak jego zwycięstwa na ringu nie przekładały się na jakość taśmy filmowej. Z czasem twórca zaczął sięgać po poważniejsze tematy, jak Auschwitz czy społeczna frustracja prowadząca do wybuchów przemocy, lecz jego produkcje rzadko spotykały się z uznaniem. „Citizen Vigilante” to bez wątpienia największy, a zarazem najbardziej niespodziewany sukces w karierze 61-letniego reżysera.

 

Opowieść o zemście

Głównym bohaterem filmu jest grany przez Armiego Hammera Michael Sanders, zamożny amerykański biznesmen i weteran wojenny, którego majątek opiera się na imperium nieruchomości odziedziczonym po ojcu. Akcja toczy się w jednym z europejskich państw (twórcy celowo nie identyfikują kraju, podając jako miejsce akcji po prostu „Europę”). Sanders, widząc bezradność wymiaru sprawiedliwości wobec brutalnych przestępstw popełnianych przez migrantów, staje się samozwańczym mścicielem (vigilante). Jego celami zostają nie tylko bezpośredni sprawcy, lecz także urzędnicy oraz sędziowie, których decyzje powodują bezkarność wyżej wymienionych przestępców.

Motyw samotnego mściciela, który staje po stronie opuszczonych przez system ofiar, od zawsze tkwi głęboko w popkulturze. Clint Eastwood w „Brudnym Harrym”, Charles Bronson w „Życzeniu śmierci” czy Marek Kondrat w „Prawie ojca” – krzyczący w stronę policjantów:

„Kiedy wreszcie zrozumiecie, że prawo jest dla ludzi, a nie dla przestępców?”

– to bliźniacze figury reprezentujące tę samą społeczną emocję. Za każdym razem można wdawać się w dyskusje o etyczność postaw poszczególnych mścicieli, jednak debaty te rzadko przynoszą jasną konkluzję. Podobnie jest z naturalistyczną przemocą ekranową, która towarzyszy tym opowieściom. Czy to forma terapeutycznego rozładowania frustracji, czy zwykła pornografia przemocy? Tu również trudno o prosty werdykt. Jednak w przypadku „Citizen Vigilante” to nie te klasyczne dylematy wywołały burzę.

 

Słaby film

Sam film uważam za kiepski – nieporadnie nakręcony, bałaganiarski narracyjnie i miejscami nieznośnie rozwlekły. Do tego Michael Sanders, w odróżnieniu od klasycznych ekranowych mścicieli, jest postacią wyjątkowo antypatyczną. Z jednej strony wygłasza nadęte kazania w kierunku grupy nastolatków o pasażerach na gapę w komunikacji miejskiej, przez których rosną ceny biletów. Z drugiej – oburza się, że prawo zabrania mu, ot tak, wyrzucić z dnia na dzień lokatorów zalegających z czynszem na bruk, a państwo chce przeznaczyć jego pustostany na mieszkania socjalne. W tej pokrętnej logice szacunek dla prawa i obowiązek troski o wspólnotę spoczywają wyłącznie na barkach klas niższych.

Co więcej, nawet jeśli przyjmiemy optykę ludowej sprawiedliwości, zachowania bohatera budzą uzasadniony moralny sprzeciw. Bezwzględne zabicie całej rodziny muzułmańskiego gwałciciela czy rzeź oddziału antyterrorystów, który przeszukuje jego kryjówkę i nie stanowi dla Sandersa bezpośredniego zagrożenia, to pierwsze z brzegu przykłady. Reżyser sprawniejszy od Bolla zbudowałby wokół tego wielowymiarowy konflikt wartości, przedstawił różne jego strony, pozwalając widzowi kwestionować motywacje każdej z nich. W „Citizen Vigilante” wszelkie etyczne konflikty są iluzoryczne, żadne dylematy moralne nie istnieją, a tajemniczemu mścicielowi kibicują wszyscy: od zwykłych obywateli po mainstreamowe media, które w samym filmie przedstawiają go jedynie w pozytywnym świetle, co potęguje jedynie absurdalność tej wizji.

Kiepskich filmów o samotnych mścicielach wyprodukowano mnóstwo, jednak żaden z nich nie wywołał takich emocji. Skąd zatem kontrowersje? W „Citizen Vigilante” główny bohater wygłasza tyrady o społeczeństwach Zachodu niszczących same siebie przez niekontrolowaną migrację. To właśnie ten ostry antyimigracyjny wymiar filmu sprawia, że liberalny mainstream tak wściekle go zwalcza. I to jest równocześnie źródło jego ogromnej siły.

 

Zamilczany problem

Popkultura od zawsze pełni funkcję społecznego lustra. Nie da się zrozumieć fenomenu „Citizen Vigilante” bez zrozumienia kontekstu, w jakim ten film powstał. To właśnie ów kontekst „odbija się” w najnowszej produkcji Uwe Bolla. Co go tworzy? Coraz bardziej niepokojąca rzeczywistość, w której, w imię źle pojętej poprawności politycznej, system niszczy poczucie bezpieczeństwa wielu europejskich społeczeństw.

Przykłady można mnożyć. Valdo Calocane, imigrant z Rwandy cierpiący na ciężką schizofrenię, został zatrzymany za zniszczenie mienia. Komisja lekarska rozważała jego przymusowe leczenie w zamkniętym zakładzie. Ostatecznie jednak zastosowano wytyczne policji, które sugerowały unikanie aresztów wobec osób pochodzenia afrykańskiego. W rezultacie wolny Calocane pewnego wieczoru brutalnie zamordował dwójkę nastolatków oraz starszego mężczyznę.

Kolejny wstrząsający przypadek dotyczy Henry’ego Nowaka. Ten osiemnastoletni student pierwszego roku rachunkowości wracał pieszo z imprezy w Southampton. Został bez powodu zaatakowany i pięciokrotnie pchnięty tradycyjnym sikhijskim nożem (kirpanem) przez 23-letniego Brytyjczyka sikhijskiego pochodzenia, Vickruma Digwę. Gdy na miejsce przyjechała policja, napastnik okłamał funkcjonariuszy, twierdząc, że sam padł ofiarą ataku na tle rasistowskim. Brytyjscy policjanci – bez jakiejkolwiek weryfikacji – uwierzyli w te słowa. Zamiast ratować wykrwawiającego się na chodniku nastolatka, zakuli konającego Henry’ego w kajdanki. Chłopak błagał o pomoc, krzycząc z ziemi, że został dźgnięty i nie może oddychać. Policjanci rzucali w jego stronę bezduszne: „Nie sądzę, kolego”. Henry zmarł na miejscu zdarzenia.

Najbardziej systemowy i przerażający obraz wyłania się jednak z oficjalnych dokumentów. Raport Ruperta Lowe’a z 2026 roku oraz trwające śledztwo rządowe (Independent Inquiry into Grooming Gangs) ujawniają skalę wieloletniego tuszowania zorganizowanego wykorzystywania seksualnego dzieci w Wielkiej Brytanii. Ofiarami tych przestępstw mogło paść nawet 250 tysięcy nieletnich. Instytucje publiczne, w tym policja i opieka społeczna, przez lata ignorowały zgłoszenia z obawy przed oskarżeniami o rasizm czy islamofobię. To jedynie kilka najgłośniejszych tąpnięć instytucjonalnych, które ostatnio ujrzały światło dzienne.

 

Nagrodzenie odwagi

Uwe Boll jest pierwszym reżyserem, który miał odwagę o tym opowiedzieć. Można krytykować jego film, a nawet z niego szydzić. Pozostaje jednak fundamentalne pytanie: dlaczego inni, znacznie bardziej utalentowani twórcy, omijają ten temat szerokim łukiem? Boją się gniewu mainstreamu czy środowiskowego ostracyzmu? Potrafię zrozumieć ludzki strach, jednak cechą prawdziwej sztuki powinien być nonkonformizm i odporność na ideologiczną presję. Boll się nie przestraszył i zbiera teraz tego owoce.

Myślę, że wielu obrońców jego filmu doskonale zdaje sobie sprawę z jego warsztatowych braków. Nagradzają oni jednak nie samo dzieło, lecz artystyczną odwagę poruszenia kwestii, których inni dotknąć się boją. Mam nadzieję, że z czasem ta odwaga stanie się zaraźliwa. Liczę na kolejne produkcje – lepsze, bardziej etyczne, wyważone i sprawniejsze realizatorsko. Problemy społeczne, które sygnalizuje „Citizen Vigilante”, prędko nie znikną. Czas, by sztuka i popkultura w końcu przestały odwracać od nich wzrok.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 07.08.2026 14:49
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 31/2026, oprac. Ludwik Pęzioł