Szukaj
Konto

Dlaczego Niemcy głosują na AfD? Rozmowa z Olgą Doleśniak-Harczuk

Dlaczego Niemcy głosują na AfD? Rozmowa z Olgą Doleśniak-Harczuk
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Krzysztof Karnkowski | Licencja: Tygodnik Solidarność | Olga Doleśniak-Harczuk
– Prawdziwe są frustracje wschodnich – ale i coraz bardziej zachodnich Niemiec, lęk, że słabnąca gospodarka państwa odbije się na moim portfelu i poczuciu bezpieczeństwa, że emerytura może nie wystarczyć na zaspokojenie podstawowych potrzeb, że nie czuję się „u siebie” we własnej dzielnicy. Fałsz zaczyna się wtedy, gdy odpowiedzią na te problemy staje się delegitymizowanie instytucji, wygodna selekcja faktów, podział ludzi na tych bardziej i mniej pożądanych oraz próba odzyskania narodowej dumy kosztem uczciwego stosunku do własnej historii – mówi Olga Doleśniak-Harczuk w rozmowie z Krzysztofem Karnkowskim.
Co musisz wiedzieć:
  • Rozmówczyni mówi, że AfD rośnie w siłę.
  • Partia zyskuje na frustracji Niemców związanej z gospodarką, migracją, bezpieczeństwem i poczuciem marginalizacji wschodnich landów.
  • „Rewolucja godnościowa” AfD odpowiada na prawdziwe poczucie upokorzenia.

Symulowana rewolucja godnościowa AfD

Krzysztof Karnkowski (Tygodnik Solidarność): W Saksonii-Anhalt zbliżają się wybory landowe i wszystko wskazuje na bardzo mocny wynik AfD. W sondażach partia Ulricha Siegmunda dochodzi do 41–43 proc., podczas gdy tradycyjne partie wypadają dużo słabiej. Czy zwycięstwo AfD jest już właściwie nieuniknione i co może zmienić?

Olga Doleśniak-Harczuk: AfD ma jak najbardziej szansę te wybory wygrać. Pytanie, czy będzie w stanie stworzyć rząd i czy znajdą się ludzie z innych partii, którzy poprą taki gabinet. Na poziomie federalnym CDU pilnuje zapory ogniowej (niem. Brandmauer), która wyklucza jakąkolwiek współpracę z AfD, ale im niżej schodzimy, tym wyraźniej widać miejsca, w których polityka CDU i AfD się zazębia. Najistotniejsze w debacie o Brandmauer są proporcje: AfD nie ma już kilkunastu procent poparcia, tylko 43 proc. w Saksonii-Anhalt, 42 proc. w Saksonii, 37 proc. w Brandenburgii, 36 proc. w Meklemburgii i 28 proc. w skali całych Niemiec. Jeżeli ten trend się utrzyma, debata się skończy.

Ważniejsze jest pytanie, dlaczego AfD rośnie. Spójrzmy na Saksonię-Anhalt. Kandydat na premiera Ulrich Siegmund to aktywny w mediach społecznościowych 35-latek sprawiający w bezpośrednim kontakcie wrażenie sympatycznego, zwyczajnego człowieka. Kiedy tygodnik „Der Spiegel” dał na okładce zdjęcie Siegmunda z podpisem: „Najniebezpieczniejszy człowiek Niemiec”, efekt był odwrotny do zamierzonego: polityk stał się szerzej rozpoznawalny i przekuł niekorzystny przekaz medialny w sukces. Wszystko relacjonuje w swoich mediach społecznościowych. AfD traktuje TikTok, Instagram i inne kanały jak podstawowe narzędzia polityczne, podczas gdy CDU czy SPD przespały szansę na zbudowanie mocnej bazy w mediach społecznościowych.

 

Czuły punkt

Wielu wyborców patrzy na Siegmunda i nie widzi w nim uśpionego demona, na którego próbuje go wystylizować część mediów. Widzi człowieka, który pracował, prowadził firmę, studiował zaocznie i nie wpisuje się w zachodnioniemiecki model studiów na renomowanej uczelni. Gdy komentatorzy zaczęli kpić z jego licencjatu z „marketingu zapachów wnętrz”, trafiono w czuły punkt wielu wschodnich Niemców, którzy tak jak on kończyli studia wieczorowo lub zaocznie, bo musieli zarobić na utrzymanie. Według danych MDR Data z 19 sierpnia na zachodzie Niemiec wartość dziedziczonego majątku per capita jest dziewięć razy większa niż na wschodzie. 

„Ost” nadal nosi w sobie doświadczenie transformacji 1989 i 1990 roku i poczucie, że wschód jest „gorszy”, niedostatecznie reprezentowany w polityce, gospodarce, nauce i instytucjach państwa. Pisał o tym prof. Dirk Oschmann w książce „Jak niemiecki Zachód wymyślił swój Wschód”. Mimo ponad trzech dekad od upadku muru wschód odnosi wrażenie, że jest traktowany z pobłażaniem albo pogardą jako „wiecznie roszczeniowy”, a nawet „niedorosły do demokracji”. Narracja typu: „Nie pchaj się do polityki, bo masz dziwny dyplom” już nie zawstydza, tylko mobilizuje. AfD by nie powstała, gdyby nie stworzono jej warunków.

Według badania Instytutu FORSA z 18 sierpnia 79 proc. Niemców pytanych o to, co ich najbardziej martwi, wskazywało gospodarkę, 50 proc. politykę i partie polityczne, 46 proc. system socjalny, a 17 proc. imigrację i obcokrajowców. AfD narodziła się z kryzysu euro, ale wyrosła politycznie na sporze o migrację. Dziś w Saksonii-Anhalt często wybrzmiewa hasło „remigracja”, a przy okazji AfD obiecuje tzw. lepsze życie: że „zrobi porządek z polityką energetyczną niszczącą małych i średnich przedsiębiorców”, że będą „godne emerytury dla ciężko pracujących i remigracja dla przybyszów na zasiłkach”. AfD jest największym beneficjentem powszechnego spadku zaufania do polityki jako takiej i jest silna słabością partii, które nie zorientowały się w porę, że Niemcom grozi zerwanie umowy społecznej będącej podstawą ładu państwowego.

 

Symulowana demokracja

– Jeśli nie chcemy zatrzymywać się na wizerunku Siegmunda, to gdzie są rzeczywiście ryzykowne elementy programu i przekazu AfD? Pojawiają się zapowiedzi dotyczące mediów publicznych i Urzędu Ochrony Konstytucji.

– I właśnie tam trzeba ich szukać. Nie w tym, czy ktoś uśmiecha się na ulicy i podaje ludziom rękę, tylko w programie i w sposobie myślenia o instytucjach. AfD od dawna domaga się rewolucji w finansowaniu mediów publicznych, a konkretnie likwidacji abonamentu. Niechęć do mediów publicznych wynika z poczucia, że przez wiele lat AfD pomijano i nie zapraszano do debat czy popularnych formatów politycznych. Dziś jej politycy goszczą już w programach ZDF czy ARD, ale jednocześnie dysponują szeregiem narzędzi internetowych i mediami alternatywnymi o dużych zasięgach.

Co się tyczy Urzędu Ochrony Konstytucji (niem. Verfassungsschutz), AfD figuruje w raportach tej instytucji, również jako partia skrajnie prawicowa (Turyngia, Saksonia-Anhalt), w sensie „podważająca porządek demokratyczny”. Jednocześnie w samej AfD od dawna wybrzmiewa postulat ograniczenia, a nawet likwidacji, tej instytucji. Björn Höcke mówi o „symulowanej” demokracji i odwraca sens działania Verfassungsschutz: według tej narracji urząd powinien chronić społeczeństwo przed rządem, a nie służyć rządowi do kontrolowania społeczeństwa. To jest już dużo poważniejsza sprawa niż wojna o wizerunek w mediach. Uderza w zaufanie do podstawowych instytucji państwa i przedstawia system demokratyczny jako konstrukcję pozorowaną czy oszukańczą albo „narzuconą przez aliantów” i przez to wymagającą odnowy.

W programie widać też napięcie wokół Kościołów. AfD chętnie odwołuje się do „chrześcijańskich wartości” jako fundamentu Europy, a jednocześnie ostro krytykuje Kościół katolicki i ewangelicki jako instytucje upolitycznione, wskazując np. na azyl kościelny dla nielegalnych imigrantów. Tradycja jest cenna tak długo, jak długo można ją włączyć do własnej opowieści politycznej; instytucja, która tej opowieści się sprzeciwia, szybko staje się częścią establishmentu.

 

Rewolucja godnościowa

I tu dochodzimy do czegoś, co nazwałabym rewolucją godnościową. AfD mówi Niemcom:

„Koniec z upokorzeniami, przywrócimy wam prawo do dumy z tego, kim jesteście”.

Na wschodzie ten język trafia na realne poczucie krzywdy, ekonomicznej i symbolicznej, ale także do Niemców znużonych „kajaniem się za zbrodnie dziadków”. W ostatniej dekadzie do mediów przebiły się wypowiedzi Alexandra Gaulanda o okresie 1933–1945 jako o „ptasim kleksie w ponad tysiącletniej, chwalebnej historii Niemiec” czy Björna Höckego, że

„My, Niemcy, jesteśmy jedynym narodem na świecie, który postawił pomnik hańby w samym sercu swojej stolicy”.

Tak Höcke w 2017 r. skomentował Pomnik Pomordowanych Żydów Europy w Berlinie. Höcke jest najjaskrawszym przypadkiem polityka AfD, przy którym można założyć, że będzie dążył do zmiany paradygmatu w niemieckiej polityce pamięci, do wytłumienia pojęcia „kultu winy” na rzecz „zdrowego, niemieckiego patriotyzmu”. W przypadku AfD mamy do czynienia z postulatem zmiany o 180 stopni.

Do tego dochodzi polityka pamięci skierowana do środowisk wcześniej tradycyjnie związanych z CDU/CSU, między innymi potomków niemieckich wysiedlonych. AfD przejęła i rozwinęła narrację o niedostatecznym uznaniu niemieckiego cierpienia:

„Przez dziesięciolecia kazano wam pamiętać przede wszystkim o niemieckiej winie, teraz macie prawo przypomnieć także własne krzywdy”.

Pamięć o niemieckich ofiarach jest uprawniona; problem zaczyna się wtedy, gdy staje się narzędziem do zmiany proporcji odpowiedzialności i rozmywania wyjątkowości zbrodni III Rzeszy.

W programie AfD w Saksonii-Anhalt pojawia się też zamiar ograniczenia dotacji i pola działalności znajdującego się w Magdeburgu Niemieckiego Centrum ds. Utraconych Dóbr Kultury, które prowadzi badania proweniencyjne. AfD krytykuje badania nad dziełami, o które nikt się nie upomniał, a co do których zachodzi podejrzenie, że mogą należeć do dóbr zagrabionych w czasie wojny, twierdząc, że w „nieuzasadnionych przypadkach” służą „sztucznemu podtrzymywaniu poczucia winy”. Tego typu pasaże mogą niepokoić zwłaszcza Polskę, która od dekad zabiega o zwrot zagrabionych dóbr kultury.

 

Strach i delegitymizacja

Partie głównego nurtu przespały moment, w którym mogły AfD odebrać paliwo. Rząd Merza zaostrzył politykę migracyjną, wróciły kontrole graniczne, szef MSW Alexander Dobrindt mówi o deportacjach i sukcesach w tej dziedzinie, ale AfD odpowiada: wciąż robicie za mało. Ma do dyspozycji prawdziwe przypadki, w których państwo zawiodło – ludzi, którzy powinni zostać wydaleni, a pozostali w Niemczech, czasem później dopuszczali się ciężkich przestępstw lub zamachów. Na tym buduje się silny emocjonalnie przekaz: elity bardziej przejmują się prawami sprawców niż losem ofiar. Tego nie można zbyć samą etykietą „skrajna prawica”, bo za częścią gniewu stoją rzeczywiste błędy i zaniedbania. AfD nie musi ich wymyślać; wystarczy, że nada im własną interpretację.

Do tego dochodzi sposób, w jaki AfD była traktowana medialnie. Najpierw jej polityków nie zapraszano, później często przedstawiano przede wszystkim jako zagrożenie. Problem polega na tym, że próba administracyjnego czy medialnego uciszania AfD wzmacnia jej ulubioną opowieść: „Boją się nas, bo system jest przeciwko wam i przeciwko nam”.

Ulrich Siegmund w rozmowie z Benem Berndtem stwierdził:

„Oni nie boją się, że będziemy rządzić, boją się, że będziemy rządzić dobrze”.

To jest komunikat partii, która urosła również słabością wszystkich dookoła i która dochodzi do władzy z hasłem „rewolucji godnościowej”. Przy czym ja uważam to za symulowaną rewolucję godnościową, być może nieco złośliwie nawiązując do „symulowanej demokracji”, o której mówił Björn Höcke.

Potrzeba godności jest prawdziwa. Prawdziwe są frustracje wschodnich – ale i coraz bardziej zachodnich Niemiec, lęk, że słabnąca gospodarka państwa odbije się na moim portfelu i poczuciu bezpieczeństwa, że emerytura może nie wystarczyć na zaspokojenie podstawowych potrzeb, że nie czuję się „u siebie” we własnej dzielnicy. Fałsz zaczyna się wtedy, gdy odpowiedzią na te problemy staje się delegitymizowanie instytucji, wygodna selekcja faktów, podział ludzi na tych bardziej i mniej pożądanych oraz próba odzyskania narodowej dumy kosztem uczciwego stosunku do własnej historii.

 

AfD a Polska

– Ostatnio, po 1 sierpnia, w przekazie AfD pojawia się dużo krytyki Polski i Polaków.

– AfD chwali Polskę w tych elementach, które pasują do jej wyobrażenia dobrej polityki: że ulice są bezpieczniejsze, że Polacy mieszkający w Niemczech pracują, asymilują się, wnoszą wartość do gospodarki, że są patriotyczni, czasem także że pozostają bardziej przywiązani do chrześcijaństwa. Taki przekaz może być dla Polaka przyjemny, bo słyszy: jesteś wartościowym człowiekiem, nie stanowisz problemu.

Ale obok tego są kwestie reparacji, pamięci historycznej czy bezpieczeństwa naszego państwa w kontekście wojny na Ukrainie. I wtedy okazuje się, że ta sympatia ma bardzo wyraźne granice. Nie można więc patrzeć na AfD jednowymiarowo: że wobec innych jest ostra, a dla nas będzie miła. Dziś jesteśmy użytecznym pozytywnym przykładem, jutro możemy nim nie być. Czysta polityka, którą AfD już nauczyła się prowadzić.

Jeśli jakiś polityk AfD pochwali Polskę albo polskiego polityka, podchodziłabym do tego jak do Greków przynoszących dary. Zapatrzenie się w to, że ktoś nas chwali, bywa krótkowzroczne i oparte na kompleksach, których my jako Polacy absolutnie nie powinniśmy mieć wobec żadnej opcji politycznej w Niemczech – ani w ogóle.

 

Przypis:
Olga Doleśniak-Harczuk – dziennikarka specjalizująca się w tematyce niemieckiej, założycielka strony Berliński Tygiel.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 26.08.2026 20:34
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 34/2026, oprac. Ludwik Pęzioł