Czy ktoś, gdzieś, kiedyś głosował za migracją?

- Autor stawia tezę, że Europejczycy nigdy demokratycznie nie zgodzili się na masową transformację kulturową i migracyjną swoich państw.
- Tekst argumentuje, że niekontrolowana migracja może prowadzić do wzrostu przestępczości, osłabienia spójności społecznej i tworzenia zamkniętych enklaw kulturowych.
- Autor opowiada się za „realistyczną” polityką migracyjną: kontrolowaną, opartą na asymilacji i ochronie europejskiej tożsamości kulturowej.
Polska, stojąca u progu wyzwań związanych z demografią i rynkiem pracy (już milion bezrobotnych, o czym „TS” regularnie przypomina), ma jeszcze czas na refleksję. Ale ma go coraz mniej. Rozumiemy, że pewna forma migracji jest zjawiskiem naturalnym, a z perspektywy demograficznej nawet pożądanym. Rzecz w tym, by proces ten nie zniszczył spójności społecznej. Aby tego uniknąć, musimy odrzucić zarówno utopię bezwarunkowego otwarcia granic, jak i publicystyczną histerię. Potrzebujemy namysłu chłodnego, opartego na szacunku do własnego dziedzictwa, do demokracji i na głębokim zrozumieniu ludzkiej natury.
Milczenie urn
Zdumiewa asymetria współczesnej demokracji: w epoce, w której obywatele państw europejskich decydują w referendach o organizacji ruchu drogowego czy godzinach otwarcia sklepów, sprawa o znaczeniu cywilizacyjnym nigdy nie stała się przedmiotem powszechnego głosowania. Narody Europy nie zostały zapytane, czy życzą sobie przekształcenia swoich ojczyzn w społeczeństwa wielokulturowe. Decyzje te zapadały poza sferą publicznej debaty, a obywatelski sceptycyzm marginalizowano, przypinając mu łatkę uprzedzeń.
Ominięcie woli wyborców przyniosło wymierne skutki. Gdy obywatele czują, że ich obawy są ignorowane przez elity, zaufanie do instytucji państwa słabnie. Na tym pęknięciu wyrosły w Europie ruchy radykalne, nierzadko wrogie polskiej racji stanu, jak niemiecka Alternatywa dla Niemiec (AfD). Trudno się jednak dziwić społecznym niepokojom, gdy zderzają się one z twardymi danymi, które przez lata próbowano maskować uśmiechizmem.
W Szwecji, niegdyś synonimie społecznego spokoju, oficjalne raporty Rady do spraw Zapobiegania Przestępczości (Brå) wskazują, że osoby urodzone za granicą są dwuipółkrotnie częściej rejestrowane jako podejrzane o popełnienie przestępstw niż obywatele urodzeni w kraju przez dwoje szwedzkich rodziców. Dziś państwo to zmaga się z przemocą zorganizowanych grup, strzelaninami i eksplozjami. W Niemczech raport Federalnego Urzędu Kryminalnego (BKA) za rok 2023 podaje, że obcokrajowcy – stanowiący około 15 procent populacji – odpowiadali za ponad 41 procent podejrzanych o brutalne przestępstwa. We Francji statystyki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych dowodzą, że w największych metropoliach, takich jak Paryż czy Marsylia, obywatele obcych państw odpowiadają za blisko połowę kradzieży z użyciem przemocy. W Wielkiej Brytanii nierozliczoną tragedią pozostaje dramat z Rotherham (i z innych miejsc), gdzie zorganizowane grupy wywodzące się z mniejszości pakistańskiej wykorzystywały seksualnie tysiące brytyjskich dziewczynek, podczas gdy lokalne służby milczały, obawiając się oskarżeń o rasizm.
Powyższe zestawienia nie służą podsycaniu niepokojów, lecz zarysowaniu faktycznego stanu rzeczy. Powstawanie zamkniętych enklaw, w których państwo traci monopol na stosowanie prawa, prowadzi do dezintegracji. To tam rodzą się fanatyzmy – od radykalnego islamizmu po specyficznie rozumiany, antyzachodni nacjonalizm, budowany w kontrze do europejskiego, chrześcijańskiego personalizmu. Utrata specyficznego dla naszej kultury zaufania społecznego to cena, której nikt z obywatelami nie negocjował.
Europejczycy jako ludność rdzenna
Współczesny dyskurs akademicki z niezwykłą wrażliwością podchodzi do praw ludności rdzennej. Wszelkie próby ingerencji w kulturę, wierzenia czy styl życia plemion w Amazonii, Afryce czy Australii są słusznie piętnowane jako przejaw arogancji. Uznaje się, że każda społeczność ma niezbywalne prawo do trwania we własnym kulturowym ekosystemie. Czas, by z równą powagą zastosować ten sam aparat pojęciowy do narodów Europy.
Europejczycy, w tym Polacy, stanowią rdzenną ludność tego kontynentu. Mamy prawo do zachowania naszej kultury w kształcie, jaki uformowały wieki historii, rzymskiego prawa, greckiej filozofii i chrześcijańskiej etyki. Narzucana odgórnie, bez demokratycznej legitymacji, masowa migracja nosi znamiona inżynierii społecznej, która może skutkować zubożeniem naszej kultury, jej wycofywaniem z przestrzeni publicznej w imię opacznie rozumianej otwartości.
Kultura europejska nie jest pustą formą, którą da się dowolnie wypełnić bez zmiany jej istoty. To z naszego dziedzictwa wyrasta szacunek dla praw kobiet, wolność słowa, oddzielenie sfery religijnej od świeckiej, wyrosłe na przesiąkniętym krwią gruncie wojen religijnych. Rdzenna ludność Europy ma pełne, moralne i demokratyczne prawo powiedzieć: to jest nasz dom, ukształtowany przez nasze wartości, i oczekujemy, że każdy, kto chce w nim zamieszkać, te wartości nie tylko uszanuje, ale także przyjmie za własne.
Czego uczy nas ewolucja
Przez lata dominujący nurt intelektualny przekonywał, że naturalna potrzeba przynależności narodowej, przywiązanie do tradycji i nieufność wobec gwałtownych zmian to relikty przeszłości, które należy wykorzenić. Tępiąc tak zwaną plemienność, próbowano stworzyć wyabstrahowanego obywatela świata, dla którego tożsamość jest jedynie kwestią swobodnego wyboru. Jak bardzo to podejście było sprzeczne z ludzką naturą, udowadnia dziś nauka.
Michael Morris, psycholog kulturowy z Uniwersytetu Columbia, w książce „Plemienni. Jak instynkty kulturowe mogą nas łączyć” zadaje kłam tezie o szkodliwości wielu naszych naturalnych odruchów. Jak zauważa badacz:
„Istnieje wiele zwierząt społecznych [...]. Ale jesteśmy jedynym zwierzęciem, które żyje w plemionach, czyli dużych społecznościach połączonych wspólnymi ideami i dziedzictwem kulturowym”.
To właśnie powstanie plemion pozwoliło nam rozszerzyć krąg zaufania poza najbliższą rodzinę i zbudować cywilizację.
Morris wskazuje na trzy ewolucyjne instynkty, które ukształtowały nasz sukces. Pierwszy to instynkt grupy odpowiadający za konformizm i chęć współpracy, pozwalający działać wspólnie. Drugi to instynkt bohatera każący naśladować tych, którzy poświęcają się dla dobra ogółu. Trzeci, niezwykle istotny w kontekście dzisiejszych debat, to instynkt przodków. Skłania on do spoglądania w przeszłość z szacunkiem, do pielęgnowania tradycji i rytuałów. Dzięki niemu, jak tłumaczy Morris, społeczności nie musiały zaczynać wszystkiego od zera z każdym pokoleniem, ponieważ zachowywały mądrość przeszłości.
Próba likwidacji „plemienności”, odcięcia nas od korzeni w imię abstrakcyjnego multikulturalizmu, nie prowadzi do powszechnego braterstwa, lecz do atomizacji. Jeśli zniszczymy naszą polską, europejską tożsamość – do czego właściwie mają się integrować przybysze? Silna, pewna siebie kultura gospodarzy to jedyny fundament, na którym można budować asymilację. Nie szukamy bowiem całkowitego zablokowania imigracji, chcemy jednak zagłosować za solidnym planem migracji (dotyczącym także kierunków, z których nadchodzi) i asymilacji nowo przybyłych. Nasze instynkty plemienne nie są anomalią; są ewolucyjnym narzędziem przetrwania, solidarności i budowania społeczeństw wysokiego zaufania.
Realizm miłosierdzia
W debatach publicznych nierzadko sięga się po wybiórczo traktowane nauczanie Kościoła katolickiego, próbując sprowadzić je do naiwnego postulatu zniesienia granic. Tymczasem katolicka nauka społeczna, a w szczególności wielowymiarowa refleksja świętego Jana Pawła II, oferuje spojrzenie realistyczne, wymagające dla obu stron i dalekie od sentymentalizmu.
Papież, choć zawsze przypominał o niezbywalnej godności każdego człowieka i ewangelicznym nakazie miłości bliźniego, nie traktował masowej migracji jako zjawiska z gruntu pozytywnego. Widział w niej raczej dramatyczny skutek globalnych niesprawiedliwości, wojen i biedy. Z całą mocą upominał się o coś, o czym dzisiejsze elity zdają się nie pamiętać: o „prawo do nieemigrowania”. Jak pisał:
„Tworzyć konkretne warunki sprzyjające pokojowi znaczy – w odniesieniu do migrantów i uchodźców – poważnie zadbać o zabezpieczenie, przede wszystkim, prawa do nieemigrowania, to znaczy do godnego życia w pokoju we własnej ojczyźnie”.
Wyzysk intelektualny i drenaż rąk do pracy z krajów rozwijających się to w istocie forma neokolonializmu, która niszczy tamtejsze społeczeństwa.
Co najważniejsze, Jan Paweł II stawiał jasne warunki progowe integracji. Nie była ona dla niego procesem bezbolesnym ani jednostronnym. Przestrzegał przed powstawaniem izolowanych enklaw, pisząc wprost, że jeśli imigranci skupiają się we własnym środowisku, tworząc getta i izolując się od otoczenia, może to budzić w nich
„pragnienie stopniowego «podboju» terytorium”.
To mocne słowa, które dziś na przedmieściach zachodnich metropolii brzmią jak precyzyjna diagnoza.
Kościół naucza, że gościnność ma swoje granice wyznaczone przez dobro wspólne, ład i pokój społeczny. Jan Paweł II apelował do imigrantów, aby
„uznali, że mają obowiązek odnosić się z szacunkiem do przyjmujących ich krajów i respektować prawa, kulturę i tradycje narodu, który ich gości”.
Podkreślał również, że należy
„stanowczo zwalczać działalność przestępczą, która czerpie zyski z nielegalnej emigracji”.
Nie ma tu miejsca na relatywizm kulturowy. Papież przypominał, że Kościół potępia praktyki pozbawiające kobiety ich praw, z którymi wciąż można się zetknąć w kulturach pozaeuropejskich. Integracja musi opierać się na uniwersalnych prawach człowieka, które wyrosły na chrześcijańskiej glebie.
Polska stoi dziś przed ważną decyzją. Możemy podążyć drogą, którą poszła Europa Zachodnia – ignorując głos obywateli, tłumiąc nasze naturalne, kulturowe instynkty i zgadzając się na powolną dekonstrukcję naszego społecznego ładu. Możemy też wybrać drogę nowoczesnego konserwatyzmu. Drogę, która docenia siłę naszego zakorzenienia, chroni rdzenną kulturę i prowadzi politykę migracyjną w sposób ściśle kontrolowany, oparty na demokratycznym mandacie. Mamy prawo do własnego domu. I mamy obowiązek przekazać go następnym pokoleniom w stanie nie gorszym, niż sami go odziedziczyliśmy.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Leon XIV modlił się w miejscu zamachu na Jana Pawła II

Doradca prezydenta: Może to jest konieczne, stwierdzić, że nie jesteśmy państwem suwerennym

Konferencja: “Polityka migracyjna: wyzwania, rozwiązania i suwerenność”

Milion bezrobotnych. Czy na polski rynek pracy wracają lata 90.?

To już wyraźny trend. Co piąty Niemiec rozważa emigrację






