Szukaj
Konto

Prywatne zbiórki charytatywne to plasterek na raka

Prywatne zbiórki charytatywne to plasterek na raka
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Barbara Sadowska | Licencja: Tygodnik Solidarność | Magdalena Okraska
Polska pieje z zachwytu nad środkami, które udało się zdobyć celebrytom i influencerom „na leczenie raka”. Przyjrzyjmy się bliżej tej sprawie.
Co musisz wiedzieć:
  • Autorka krytykuje popularność charytatywnych zbiórek na leczenie, uznając je za zastępczy mechanizm, który pozwala państwu uchylać się od odpowiedzialności za system ochrony zdrowia.
  • Wskazuje, że pieniądze na leczenie powinny być zapewniane systemowo.
  • Teza tekstu jest taka, że obecna polityka prowadzi do niedofinansowania służby zdrowia, a prywatne zbiórki są jedynie niewystarczającym „plasterkiem na ranę”.

Wiadomo, że polskie gwałtowne porywy serca i milionowe zbiórki z prywatnej kieszeni, przy jednoczesnym unikaniu opodatkowania i opłacania wyższej składki zdrowotnej, uwielbiają głównie liberałowie. Mają oni poczucie, że aukcje starych gaci znanego aktora, performatywne akcje typu golenie sobie głowy na wizji czy wrzucenie dychy do kolorowej puszki na ulicy robią z nich prawdziwie zaangażowanych obywateli. Nie dostrzegają, że tym samym państwo radośnie abdykuje ze swoich psich obowiązków – ale nawet, o zgrozo, w to mu graj, bo – wiadomo – państwowe to podobno zawsze gorsze.

Prawica za zbiórkami nie przepada, choć częściowo popiera wolny rynek – kojarzą się jej one jednak z Łukaszem Litewką czy Jerzym Owsiakiem, przystankiem Woodstock, TVN-em i tymi wszystkimi pseudokolorowymi ludźmi, których prawica nienawidzi. Lewica, jeśli jest nieliberalna, także od zbiórek stroni, wspiera bowiem silną rękę państwa. Ciężko jej jednak wyjaśnić to swoim wyborcom, którzy w dużej mierze w państwo i jego sprawczość wcale nie wierzą, a nawet kojarzy im się ono z dentystą bez znieczulenia i lamperiami w kolorze sraczkowatym na korytarzu przychodni.
Każdą dyskusję ma kończyć dobitne sformułowanie: „Na to nie ma pieniędzy”. Tymczasem wykładnia jest jedna: pieniędzy na leczenie nie może zabraknąć. Co to znaczy, że „nie ma” pieniędzy na onkologię? Jak leczenie powszechnych schorzeń może być „nierentowne”? U kogo szpital się niby zadłuża? Dlaczego pozwalamy, by tak o tym myślano i mówiono?

 

Głodzenie służby zdrowia

To ZUS jest stabilizatorem systemu zapewniającym leczenie na przyzwoitym poziomie, także schorzeń rzadkich i kosztownych zabiegów. Opowieści o jego „sypaniu się”, „pękaniu” słychać od bez mała trzydziestu lat, chociaż to właśnie on (czyli składki innych obywateli) ratuje nas w najtrudniejszych sytuacjach. Nie zbiórka, nie fundacja, nie prywatne ubezpieczenie, którego i tak większość z nas nie ma.
Zostawmy na boku fonetyzację zbiórki, wyrabianie sobie nazwiska na wspieraniu chorych i temu podobne tematy zastępcze. Prawda jest taka, że słowa „budżet nie jest z gumy” to największe kłamstwo polityczne i ekonomiczne dziejów nowożytnych. Budżet jest z takiej gumy, że ona nigdy nie pęknie, o ile będzie wola polityczna, by trwała – jednocześnie zarówno trwałej, jak i rozciągliwej. Wszystko jest kwestią przeznaczania, alokacji i przesuwania środków – o ile ma się chęć i realną potrzebę, by odpowiednie środki się znalazły (i operuje się własną walutą, co Polska na szczęście nadal robi).

Koalicja rządząca głodzi służbę zdrowia. Drastycznie, szybko, celowo. Charytatywne zrywy to plasterek na ranę. Najtańszy, ze słabym klejem.

[Tytuł, śródtytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 05.05.2026 19:33
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 18/2026, oprac. Ludwik Pęzioł