Szukaj
Konto

O upadku religii klimatycznej i jego konsekwencjach

O upadku religii klimatycznej i jego konsekwencjach
Źródło: tysol.pl | Autor: Proj. L. P. | Licencja: Tygodnik Solidarność | Zniszczona farma wiatrowa
Krajowy Plan w dziedzinie Energii i Klimatu (KPEiK), przyjęty przez rząd 8 czerwca 2026 roku, można podsumować jednym słowem: zbędny. Szczegółowe dane za ostatnie dwie dekady wskazują, że wyrzeczenia, jakich podejmuje się UE w celu zredukowania emisji CO2, albo nie mają znaczenia, albo wręcz prowadzą do zwiększenia poziomu globalnych emisji tego gazu. Gdy emisje UE spadają o „X” to emisje reszty świata rosną o prawie „10 X”, a najbardziej rosną emisje w krajach, do których wyprowadza się przemysł uciekający z UE. Polityki klimatyczne UE doprowadzają więc jedynie do geograficznego przeniesienia przemysłu i miejsc pracy poza UE, a na klimat nie mają one wpływu.
Co musisz wiedzieć:
  • Autor twierdzi, że unijna polityka klimatyczna nie zmniejsza globalnych emisji CO₂, lecz przenosi przemysł i miejsca pracy poza Europę, jednocześnie osłabiając konkurencyjność gospodarki UE.
  • System ETS sztucznie podnosi ceny energii, sprzyja spekulacji finansowej i uderza wyłącznie w europejski przemysł.
  • Według autora obecny model polityki klimatycznej UE przeżywa głęboki kryzys.

KPEiK mógłby być dokumentem ciekawym, gdyby pochylał się nad realnymi zagadnieniami, takimi jak koszty energii oraz bezpieczeństwo dostaw i stabilność systemu, choćby obok zajmowania się „zmniejszaniem emisji”. Niestety: plan, który redukcji emisji poświęca 100 pierwszych stron, bardzo szczegółowo je analizując i wymiarując, w zakresach naprawdę istotnych ogranicza się do ogólników i sformułowań-wytrychów. Jedno jest pewne – realizacja planu ma kosztować nawet 3500 mld zł. Mamy więc zbędny plan dotarcia donikąd: kilkusetstronicowy program wydatkowania niewyobrażalnych kwot pieniędzy, który doprowadzić ma nas tylko do „zmniejszenia emisji”, czyli donikąd, bo cel ten nie ma żadnej gospodarczej ani społecznej wartości.

Od wejścia w życie traktatu lizbońskiego w 2008 roku strefa euro jest w zasadzie w permanentnej stagnacji. Kto nie wierzy, niech spojrzy na wykres mierzonego w dolarach amerykańskich PKB dla USA, strefy euro i Chin za okres 2008–2024. W ciągu tych 16 lat USA urosły prawie o 95%, Chiny o 301%, a strefa euro… o 15%. To średnioroczny wzrost gospodarczy o mniej niż 1% podczas długiego okresu.

Tabela 1. Skumulowany wzrost gospodarczy w latach 2008–2024

Chiny  301%
Stany Zjednoczone  95%
Strefa euro  15%

 

 

Strefa euro daleko w tyle

W 2008 roku gospodarka strefy euro była porównywalna wielkością do gospodarki USA i trzykrotnie większa od chińskiej. Jednak od traktatu lizbońskiego zaledwie 10 lat wdrażania kierunków określanych przez Komisję Europejską wystarczyło, aby rządzone przez partię komunistyczną Chiny wyprzedziły strefę euro w 2018 roku pod względem wielkości gospodarki. Gospodarka Chin urosła z poziomu 33% strefy euro w 2008 roku do 114% wielkości gospodarki strefy euro w 2024 roku. USA z poziomu 103% strefy euro w 2008 roku urosły do poziomu 174% strefy euro w 2024 roku. 

Szesnaście lat to długi okres w ekonomii. Nie można mówić, że to efekt nadzwyczajnych zdarzeń, że mieliśmy pecha, że wystąpiły niezależne od nas czynniki zewnętrzne… Nie, w takim czasie dla jednej z wiodących globalnych sił ekonomicznych wzrost gospodarczy jest rezultatem przyjętej polityki, zwłaszcza wzrost relatywny, w porównaniu do innych wiodących gospodarek, które tu opisałem.

 

Ekstaza zeroemisyjnej religii

Wystarczy zdroworozsądkowo pochylić się nad stosowanymi przez UE instrumentami polityki klimatycznej – weźmy sam ETS jako jej symbol. ETS w energetyce ma sprawiać, że cena energii emisyjnej stanie się w sztuczny sposób droższa, aby energia zeroemisyjna stała się opłacalna. W praktyce jednak oznacza to po prostu energię droższą dla odbiorcy. W przyjętym w Polsce sposobie rozliczania energii na Towarowej Giełdzie Energii cenę energii wyznacza źródło najdroższe w danym momencie, czyli jakiś blok węglowy z potężnym narzutem ETS. W ten sposób cena energii w całej gospodarce zależy wprost od ETS.

Pójdźmy dalej: od 2018 roku instrument ten jest oficjalnie uznany za instrument finansowy i można spekulacyjnie windować jego wartość na rynku finansowym. Autorzy tej decyzji, najwyraźniej pogrążeni w ekstazie zeroemisyjnej religii, chyba nie przemyśleli dwóch kontekstów: po pierwsze ETS podbija cenę energii tylko w UE, dla innych obszarów świata jest obojętny. Skoro przypomnieliśmy sobie już w ostatnich latach, że kapitał ma narodowość, to czy nie uważamy, że kapitał o narodowości pozaunijnej ma niemoralną pokusę, aby podbijać ceny ETS i w tej sposób obniżać konkurencyjność europejskiej gospodarki względem swoich pozaunijnych gospodarek? Daliśmy funduszom z krajów, które konkurują z nami o dobrobyt, miejsca pracy i wzrost gospodarczy – narzędzie, którym mogą bezkarnie pogarszać naszą pozycję konkurencyjną. Wzrost globalnych cen ropy, gazu czy stali – dotyczy wszystkich, choć nie w równym stopniu. Wzrost cen ETS – uderza wyłącznie w gospodarkę europejską.

 

Euro-żerowisko

Druga sprawa: cenę ETS mogą windować te same instytucje finansowe, które finansują zeroemisyjne projekty energetyczne w Europie. Z punktu widzenia ekonomii to oczywista pokusa nadużycia: maksymalizująca swój zwrot z inwestycji w energetykę instytucja ma proste narzędzie do podbijania ceny na rynku, w który inwestuje. Domykająca rynek na Polskiej Towarowej Giełdzie Energii wysoka cena „emisyjnej” energii – z narzutem ETS przekraczającym 200 zł – jest ceną, która zapłacona zostanie każdemu wytwórcy, także temu, który ma znacznie korzystniejszy profil „emisyjności”, i wszystko, co ponad koszt, stanowi dla niego wprost zysk, bez konieczności zapłaty ETS. Emisyjny wytwórca zapłaci ETS, nieemisyjny zaksięguje nieproporcjonalnie wysokie zyski. Czemu więc inwestor – właściciel nieemisyjnego źródła energii – nie miałby poświęcić trochę środków na to, żeby wywindować cenę ETS jeszcze wyżej?

Te dwa kłopoty nakładają się na siebie i wzajemnie wzmacniają sprzężeniem zwrotnym: pozaunijny kapitał ma z jednej strony motywację do podbijania cen ETS, aby zmniejszyć konkurencyjność europejskiego przemysłu względem przemysłu swojego kraju, a z drugiej strony ten sam kapitał może dzięki podbijaniu cen ETS osiągać nierynkowo wysokie zwroty z inwestycji w nieemisyjną energetykę w Europie. Z punktu widzenia zabezpieczenia gospodarki przed wpływami państw nieprzyjaznych czy nawet tylko z nami konkurujących – to istny koszmar. Decyzje z przeszłości – zgoda na uczynienie z ETS instrumentu finansowego – niosą za sobą odpowiedzialność. Obecnie Komisja Europejska wydaje się zakładnikiem wielkich pieniędzy spoza UE, które posługując się ETS, urządziły sobie w Europie żerowisko.

 

Cena będzie wysoka

Kiedy przywódcy wiodących gospodarek przemysłowych UE, w tym kanclerz Friedrich Merz i premier Giorgia Meloni, nawołują do głębokiej reformy, a nawet zawieszenia ETS – KE napotyka złowrogie pomruki instytucji finansowych, które bronią swoich „inwestycji w ten instrument finansowy”. Jednak energia elektryczna to krwioobieg gospodarki: ETS odcina dopływ transportowanego przez „krew” tlenu, którym dla przemysłu jest tania energia elektryczna – i przemysł w Europie się dusi. Dusi się na naszych oczach, miesiąc po miesiącu.

Nie ma czasu do stracenia: opór pozaunijnych instytucji finansowych nie może nas powstrzymać od przywrócenia dopływu tlenu do gospodarki. W ciągu kilku tygodni KE ma zaprezentować program „reformy” ETS. W wydaniu KE będzie to zapewne nieśmiała próba pudrowania trupa, z góry skazana na porażkę: ta czaszka się już nie uśmiechnie. Stworzony przez KE problem ETS trzeba będzie rozwiązać zdecydowanie, niezależnie od ceny, jaką przyjdzie Komisji zapłacić za błędy z przeszłości.

A cena będzie wysoka. Patrząc z odpowiedniego dystansu, widać, że instytucje UE uczyniły z polityki klimatycznej urzędową religię, która miała spajać zunifikowany kontynent pod ich władzą. Cuius regio, eius religio podniesione zostało do wymiaru kontynentalnego i religia klimatyczna stała się dominującym wymiarem wszystkich przejawów działalności UE. Jednak polityka klimatyczna skończyła się potężnym fiaskiem, którego rozmiary mierzone są dwoma dekadami stagnacji zachodniej Europy zrzeszonej w strefie euro.

Kompromitacja tej ideologii będzie oznaczała nie tylko koniec kariery poszczególnych europejskich polityków, jak Ursula von der Leyen, lecz także kompromitację najważniejszych instytucji UE, które z religii klimatycznej uczyniły sens swojego istnienia. Czekają nas głębokie zmiany w UE, prawdopodobnie odwracające dotychczasowy kurs na zacieśnianie integracji. Polska w okresie tych zmian będzie musiała bardzo pilnować swoich interesów, bo w takich momentach można dużo zyskać, ale też dużo stracić.

 

Nadchodząca szansa

Należy mieć nadzieję, że upadek religii klimatycznej i proces rozluźnienia żelaznych uścisków brukselskiej biurokracji nad krajami członkowskimi przebiegnie pokojowo. Wina za upadek tego projektu spoczywać będzie na tych, którzy sprzeniewierzyli Wspólnotę Europejską, stworzoną przez jej szlachetnych ojców założycieli, na rzecz biurokratycznej unii, ufundowanej na piasku klimatycznych zabobonów. Krajowe Plany wydawania bilionów pod dyktando lobbystów wylądują na śmietniku historii wraz z ich autorami i ministrami ustawiającymi się dziś rządkami do zdjęć na lobbystycznych branżowych spędach.

To stanie się niezależnie od nas. Gdy narodowe egoizmy przestaną być maskowane pod postacią dyrektyw płynących rzekomo z Brukseli, choć ich autorzy są w innych europejskich stolicach, w polskiej polityce nastanie potrzeba prawdziwego przywództwa. Od nas zależeć będzie, czy wykorzystamy nadarzającą się w okresie globalnych politycznych przełomów dziejową szansę dla Polski.

[Tytuł, śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 28.06.2026 09:13
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 25/2026, oprac. Ludwik Pęzioł