Szukaj
Konto

Zdzisław Krasnodębski: Dlaczego Unia Europejska tak bardzo nas rozczarowała?

Zdzisław Krasnodębski: Dlaczego Unia Europejska tak bardzo nas rozczarowała?
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Barbara Sadowska | Licencja: Tygodnik Solidarność | Zdzisław Krasnodębski
„Nas” nie znaczy oczywiście wszystkich Polaków. Wielu naszych współrodaków rozczarowanych nie jest. Nie są już chyba – w głębi serca – tak zachwyceni jak przed laty, ale nadal obdarzają Unię zaufaniem, nadal demonstrują swoje do niej przywiązanie, nadal jest ona dla nich punktem odniesienia. I nie chodzi tylko o osoby zafiksowane na unijnych dotacjach i dopłatach. Wielu Polaków po prostu uznaje nadrzędność politycznych struktur unijnych nad polskimi. Nie ceni własnego państwa na tyle, by im przeszkadzał fakt, że coraz więcej decyzji o podstawowym znaczeniu podejmowanych jest przez instancje zewnętrzne.
Co musisz wiedzieć:
  • Autor krytycznie ocenia polityki UE, zwłaszcza klimatyczną, migracyjną i energetyczną.
  • Część Polaków godzi się na Unię, będącą nadrzędną „nadpaństwową” strukturą, a część widzi w tym źródło zagrożenia.
  • Rozczarowanie UE wynika też – według tekstu – z ograniczonego wpływu Polski na decyzje w Unii.

Traktaty unijne – których zresztą nie znają – to dla nich rodzaj nadkonstytucji. Europejski Trybunał Sprawiedliwości pełni w ich przekonaniu rolę nad-Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego jednocześnie, a Komisja Europejska to rodzaj rządu federalnego. W gruncie rzeczy UE jest już dla nich półpaństwem i nie mają nic przeciw temu, by nim została w pełni. Zwolennicy Koalicji 13 grudnia zdają sobie przy tym sprawę, że bez pomocy Unii nie udałoby się odsunąć PiS od władzy; ci najbardziej radykalni cieszą się, że UE przeprowadza u nas rewolucję obyczajową i uczy nas praworządności.

Warto przypomnieć, że przed akcesją Polski do UE krążyły opinie o potrzebie „miękkiej kolonizacji”. Potrzebę tę głosili także ludzie o prawicowych poglądach argumentujący wówczas, że tylko taka miękka kolonizacja uniemożliwi trwanie postkomunistycznych struktur i ograniczy wpływy oligarchów, że dzięki wejściu do UE Polska będzie lepiej zarządzana, stanie się nowocześniejsza, bogatsza, bardziej demokratyczna. Członkostwo w UE miało być szansą na modernizację, na dobrobyt, na państwo prawa i realną demokrację.

Polska rzeczywiście stała się przez te wszystkie lata cywilizacyjnie innym krajem, choć wiemy, że obecne pochwały w mediach europejskich są przesadzone i mają zatrzeć zafałszowany czarny obraz Polski, który jeszcze do niedawna w nich dominował. Rozwój naszego kraju to w przekonaniu euroentuzjastów efekt członkostwa w UE, a jedyną alternatywą, jaką sobie są w stanie wyobrazić, jest ponura perspektywa znalezienia się znowu w sferze wpływów Rosji.

 

Polityka pobożnych życzeń

Rozczarowani są zaś ci, którzy widzą, że UE podejmuje decyzje nie tylko niezgodne z naszymi interesami, ale nawet ze zdrowym rozsądkiem, że jej polityka może staje się hamulcem naszego rozwoju i jednocześnie odbiera nam wolność. Najlepszym tego przykładem jest polityka klimatyczna. Od początku było oczywiste, że będzie się łączyła z ogromnymi kosztami i że zakładane cele są nierealistyczne, gdyż nie ma rozwiązań technicznych (zwanych dzisiaj technologicznymi), których wdrożenie mogłoby zapewnić ich osiągnięcie. Była więc to polityka oparta na pobożnych życzeniach, a nie na racjonalnej ocenie sytuacji. Nawet jeśli przyjąć, że ograniczenie emisji gazów cieplarnianych jest nie tylko wskazane, ale konieczne, nie było powodu, by zakładać, że to Europa ma stać się Mesjaszem Zielonego Ładu, który powiedzie świat ku zeroemisyjnemu rajowi. Było oczywiste, że skutki ciągle zaostrzanej polityki klimatycznej uderzą w europejski przemysł, że ogromne koszty nie ominą również zwykłych obywateli.

Była w tym jednak racjonalność polityczna. „Zielony Ład” pozwalał bowiem KE skupiać coraz więcej władzy w swoim ręku, legitymizować jej ingerencję w każdą niemal dziedzinę życia, od transportu, przez rolnictwo, po mieszkalnictwo. Długo wpisywała się także w nastroje zblazowanych społeczeństw Europy Zachodniej, dopóki i one nie zaczęły odczuwać jej finansowych skutków. Podobnie było z polityką migracyjną. Tania siła robocza wydawała się z początku tak potrzebna i przyjmowanie uchodźców tak humanitarne. Ściąganie ludzi z zagranicy, a potem spoza Europy, pozwalało łagodzić i maskować kryzys demograficzny. Ale utopijna wizja wielokulturowego, barwnego, tolerancyjnego społeczeństwa zamieniła się w koszmar, o czym wie dziś każdy przeciętny, rdzenny mieszkaniec Paryża czy Berlina. Partnerstwo z Rosją miało nie tylko z czystym sumieniem zapewniać tanią energię, lecz wzmacniać pozycję Europy wobec USA – pamiętamy przecież słynną oś ChiracSchröderPutin w czasie wojny w Iraku. Doprowadziło to zaś do penetracji Europy przez Rosję i dzisiejszej bezbronności.

 

Nie radzimy sobie

Ale przecież – jak powiadają zwolennicy UE – Unia to my. Dlaczego więc nie udało się nam w porę reagować na błędne decyzje, poprawiać je lub blokować tych najbardziej absurdalnych, najbardziej dla nas i dla Europy niekorzystnych. Czyż nie mieliśmy być pełnoprawnym członkiem „elitarnego klubu”, jak kiedyś zapewniał Aleksander Kwaśniewski? Tylko że UE to nie jest „klub”, to nie jest organizacja dobroczynna, w której zanikła władza polityczna, sprzeczności interesów i dążenie do dominacji. Nasze iluzje zderzyły się z twardą rzeczywistością. Także w Unii liczy się siła – siła gospodarcza, siła polityczna, potencjał demograficzny i (jak się okazało) militarny. Jeśli chcielibyśmy mieć udział w decyzjach, musielibyśmy wywalczyć sobie odpowiednią pozycję. My zaś byliśmy z początku za słabi, za biedni, za naiwni, czekaliśmy na pomoc i radę. Nie mieliśmy – i nie mamy do tej pory – żadnych ambicji w UE. Chcieliśmy się tylko znaleźć przy stole. Taka była, jak pamiętamy, filozofia Donalda Tuska w czasie jego pierwszych rządów. Nie bardzo wiadomo było, po co. Jednym naszym konkretnym celem było uzyskiwanie funduszy. Długo nie zauważaliśmy, że cena polityczna unijnych pieniędzy ciągle rośnie. Poza tym nie mieliśmy żadnego planu i żadnej szerszej strategii.

Obok „kasy”, „wyciskania brukselki” interesowały nas co najwyżej sprawy personalne. Mieliśmy swego „króla Europy”, przy którego osiągnięciach gaśnie nawet gloria Michała Korybuta Wiśniowieckiego; raz odważyliśmy się powiedzieć bezskuteczne, ale honorowe „nie”, gdy chodziło o drugą część kadencji Tuska. Innym razem stawiliśmy zaciekły opór, żeby Frans Timmermans nie został przewodniczącym Komisji, by dostać w zamian miłościwie nam panującą Ursulę von der Leyen. Nasz wpływ na unijną legislację był znikomy. Nie mamy żadnych wyższych urzędników w KE, żadnych znaczących polskich organizacji pozarządowych, fundacji czy think tanków działających na poziomie unijnym, nie mamy żadnych mediów oddziałujących na europejską opinię publiczną, nie mamy liczących się i nieprzekupnych specjalistów od prawa europejskiego itd. Nasze rozczarowanie Unią jest więc również rozczarowaniem się sobą, tym, że sobie w niej nie radzimy, że ona nami rządzi, a my niewiele mamy w niej do powiedzenia (oprócz krzyków niektórych europosłów lub przymilania się innych).

[Śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 05.06.2026 18:45
Źródło: Tygodnik Solidarność 22/2026, oprac. Ludwik Pęzioł