„Ludzie skądkolwiek” kontra „ludzie skądś”

- Autor, odwołując się do koncepcji Davida Goodharta, przedstawia konflikt między „ludźmi skądkolwiek” (kosmopolitycznymi elitami) a „ludźmi skądś” (zakorzenionymi we wspólnocie i tradycji).
- Zdaniem autora polskie elity liberalne przejawiają szczególną odmianę postawy „skądkolwiek”, która wiąże się z kompleksem wobec Zachodu.
- Autor przekonuje, że odpowiedzią na dominację „ludzi skądkolwiek” powinno być odbudowywanie różnych oddolnych form współpracy.
Zdrajcy! Szuje! Ludzie nieprzyzwoici! Nasz wewnętrzny kanał komunikacji stał się niespodziewanie jednym z frontów wielkiego, międzynarodowego ruchu oporu przeciw brytyjskiej bezmyślności. Gdy w gąszczu komunikatów próbowałem doszukać się potrzebnych mi plików, jeden z moich współpracowników snuł opowieść o tym, co należałoby poczynić z tym parszywym Albionem (w skrócie: użyć francuskiego arsenału nuklearnego). Zapytany o powód wzmożenia odpowiedział, że bardzo chciał tam pojechać, „ale już nie może”. Gdy żachnąłem się, że Wielka Brytania i tak nie należała do strefy Schengen, uciął: „Tu chodzi o zasady”. Następnego dnia nie zalogował się do pracy – musiał przepracować polityczne emocje. Mój urlop opóźnił się o dobę.
W kolejnych dniach siedziałem cicho, robiłem swoje. Nie dawałem po sobie poznać, że też nie byłem wobec sprawy obojętny. Sęk w tym, że przeżywałem ją nieco inaczej niż reszta zespołu. Filtrowałem ją przez to, jak odbierał ją nasz salon. Oglądanie twarzy rodzimych komentatorów z przerażeniem odkrywających, że reakcyjny motłoch ma coś do powiedzenia „także na Zachodzie”, dostarczało mi złośliwej satysfakcji. Szczerzyłem zęby, gdy „Polityka” nazwała referendum „klęską demokracji”. W tym samym numerze Norman Davies wyliczał, gdzie wyprowadzać będą się jego znajomi (dwaj jego koledzy „załatwiali sobie paszporty unijne”). Opowiadał, że jego syn obudził go rano, by oznajmić, że ma paszport amerykański i może uciekać do Stanów. Daviesowie nie wiedzieli jeszcze, że cztery miesiące później Ameryka wybierze na urząd prezydencki Donalda Trumpa.
Do czasu, gdy rozpocząłem wreszcie urlop, brexitowa panika w dużej mierze przycichła. Media skupiły się na sprawach krajowych, gdzie rozkręcił się na dobre tzw. „kryzys praworządności” – choć trudno nazwać go sprawą czysto krajową, zważywszy na udział zbrojnego ramienia Komisji Europejskiej. Z tyłu głowy pozostała mi jednak mętna myśl, której nie potrafiłem doprecyzować ani nazwać. Myśl o tym, że zarówno brexit, jak i reakcja na niego, ujawniły nam wówczas coś ważnego.
Droga dokądś
Z pomocą przybył mi dopiero brytyjski publicysta David Goodhart, który w 2017 roku w książce „The Road to Somewhere” [Droga dokądś], precyzyjnie zdefiniował jedno z kluczowych pęknięć naszych czasów. Według Goodharta, społeczeństwo podzieliło się na dwie, nieprzystające do siebie grupy: „Anywheres” [ludzi skądkolwiek] oraz „Somewheres” [ludzi skądś] – by przyjąć tłumaczenie terminów zaproponowane przez redaktora Macieja Kożuszka.
„Ludzie skądkolwiek” to profesjonaliści, nowa klasa menedżerska. Mobilni, ambitni, niezainteresowani miejscami, z których pochodzą. Swoją tożsamość budują przez kolekcjonowanie dyplomów, wspinanie się po szczeblach kariery, rozbudowę osobistego portfolio – czyli przez to, co idealnie wpisuje się w wizję świata elit i korporacji (nawet gdy do tego świata nie należą). Szczególnie dobrze czują się na lotnisku, na hali odlotów. Zmiana miejsca zamieszkania z Oksfordu na Nowy Jork (a potem z powrotem, gdy Amerykanie wybiorą już „Pomarańczowego”) stanowi jedynie techniczną korektę w ich życiorysie, niepociągającą za sobą większych konsekwencji. Korzenie są dla nich ograniczeniem – chętnie więc je wyrywają.
„Ludzie skądś” opierają z kolei swoją tożsamość na tym, co odziedziczyli. Na rodzinie, dzielnicy, parafii, zakładzie pracy, języku, obyczaju, pamięci. Nie oznacza to braku ambicji. Człowiek jest dla nich po prostu czymś więcej niż projektem, który trzeba nieustannie rozwijać i modyfikować. Gdy świat wokół nich zmienia się zbyt szybko – oponują. Nie chcą, by znajome kody życia społecznego naruszane były bez ich zgody. Strach przed utratą ukochanego domu motywuje ich do oporu przeciwko zmianom, które inicjują „ludzie skądkolwiek”, patrzący na tych „skądś” z ledwie skrywaną pogardą: „Jak można być aż tak do czegoś przywiązanym?”.
Kultura dla "anywheres-ów"
Grupy te, wbrew pozorom, nie pokrywają się z tradycyjnym podziałem na prawicę i lewicę (tym bardziej że niemała część społeczeństwa zawieszona jest pomiędzy tymi kategoriami). Fundamentem tego starcia jest zderzenie dwóch typów dumy: dumy z tego, kim się jest, i dumy z tego, co się osiąga. Niektórzy odczuwają obie, w różnych proporcjach; inni – tylko jedną z nich. Choć współczesna kultura, dopasowana do potrzeb „ludzi skądkolwiek”, promuje głównie ten drugi typ, to ten pierwszy jest powszechniejszy. „Ludzi skądś” jest dużo więcej, choć posiadają o wiele mniej władzy.
Polski interes
Goodhart pisał o Wielkiej Brytanii, ale rozpoznany przez niego wzór pasuje także do innych społeczeństw zachodnich. Nie sposób nie dostrzec go też w Polsce – z pewną korektą. Dla Goodharta „ludzie skądkolwiek” wykazują się arogancją wobec „ludzi skądś”, ignorując ich podmiotowość – nie obsadza on ich jednak w roli szwarccharakterów. Naród wyspiarzy posiada odpowiednie rezerwy i strukturalną trwałość, by przetrwać pogoń za postępem i inne szaleństwa swojej elity. Nawet jeśli Brytyjczycy „skądś” ponosić będą konsekwencje tych decyzji – ostatecznie jakoś sobie poradzą.
Polska znajduje się w innym położeniu. W obliczu naszej historii i geografii zachowanie polskiej suwerenności – i sterowności, którą ta nam zapewnia – jest kwestią kluczową, warunkiem długoterminowego przetrwania. Nasze instytucje łatwo zepsuć. Nasi sąsiedzi zawsze wykorzystywali każdą naszą słabość. Nasz margines błędu jest lilipuci, a potencjalne konsekwencje potknięcia – olbrzymie. W polskim interesie, bardziej jeszcze niż brytyjskim, powinno być to, by uczestnicy naszego życia politycznego wiązali swoją przyszłość wyłącznie z naszą państwowością. By wierzyli, że nie są tu tylko przelotem, że zawsze mogą wyciągnąć jeszcze jeden paszport. Jest to tym ważniejsze, że nasze „skądkolwiek” jest nieco inne niż to zachodnie.
Skądkolwiek, byle nie stąd
Polski „człowiek skądkolwiek” jest uciekinierem. Nie ogłasza, że może żyć wszędzie. Krzyczy i błaga, by żyć gdziekolwiek, „byle nie tu”. Nawet gdy kurczowo trzyma się tutejszych synekur i zdobyczy, pogardza tym, że nie posiada takich możliwości, jak jego zachodni odpowiednicy. Wstydzi się – i jest w tym wstydzie autentyczny.
Wynika to być może z naszej historii, z jej postkolonialnym posmakiem i pamięcią o komunistycznej biedzie. Podobnie funkcjonuje to przecież w wielu krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Kosmopolityzm zamienia się tu w kompleks i potrzebę akceptacji, w egzamin składany przed kimś, kogo samemu wynosimy do roli egzaminatora. Widać to szczególnie wyraźnie we frakcji „europejskiej” naszej sceny politycznej. Polskie liberalne elity odczuwają nieustanną potrzebę tłumaczenia się zachodniej Europie. Europejskość w Polsce to podległość, bo tak wyrażają ją najbardziej europejscy polscy Europejczycy. Powtarzanie jak mantry, że „Europa to my” w żaden sposób nie zmienia tych zależności, przypominając raczej jakąś formę autoterapii.
Jednocześnie posługujący się tym hasłem „ludzie skądkolwiek” mają trochę racji. Bruksela to „oni”, bo jest jak „oni” – jest imperium bez ziemi władającym nad terytorium, które formalnie do niej nie należy (to coś, co często umyka naszej prawicy: eurokraci chcą władać, ale nie wykazują specjalnej potrzeby posiadania tego, nad czym władają). Gdziekolwiek Unia nie wkroczy, wprowadza kamienie milowe, certyfikaty, szkolenia, wdrożenia, kontrakty, ścieżki rozwojowe – pozwalając najwierniejszym eurofitom wchodzić w struktury tak głęboko, że nigdy nie trafią już do wyjścia. Przynosi im wielki dar: uniwersalizację, ostateczne wyzwolenie od bycia „skądś”.
Nade wszystko: „projekt europejski” jest projektem odgórnym, antypolitycznym, idealną strukturą menedżerską. Odgrywa demokratyczną pantomimę, ale większość jej uczestników wie przecież, że jego cele zostały określone już dawno temu. „États-Unis d'Europe” [Stany Zjednoczone Europy] – pisał Jean Monnet, pionier europejskiej „skądkolwiekości”. Teraz trzeba tylko dobrać odpowiednie środki, nie zmarnować żadnego z nadchodzących kryzysów i pilnować, by nikt niewłaściwy nie dorwał się do sterów – by nie nabruździł żaden „człowiek skądś”, zaborczy względem tego, co jego. Cały ten projekt wywodzi się z umysłów ludzi, którzy porzucili swoje korzenie. „Europa to my”? Tylko jeśli „my” to „ludzie skądkolwiek”.
Zatomizowani i zarządzani
„Ludzie skądś” żyją według innych zasad. Polityka jest dla nich czymś żywym, bo koszty pomyłek odczuwają na własnej skórze, niemal natychmiast. Dla „zakorzenionych” świat zawsze ostatecznie okazuje się grą o sumie zerowej, choć czasem też chcieliby wierzyć, że może być inaczej. Dostrzegają, że jeśli kapitał płynie do metropolii, to kosztem prowincji. Ich stosunek do tego, czy to dobrze, czy źle, ostatecznie wyznacza to, czy sami są z tej pierwszej, czy drugiej.
W teorii „ludzie stąd” powinni dążyć do tworzenia lokalnych koalicji przeciw „ludziom skądkolwiek” – uciekać od antypolityki w politykę prawdziwą, walczącą o twarde interesy poszczególnych grup społecznych. Skoro łączy ich chęć spędzenia życia na tym samym skrawku ziemi, logika podpowiada, by zapełniali go sprawnymi, solidarnymi strukturami. Powinni, innymi słowy, formować „małe plutony” – budować lokalne spółdzielnie, sieci samopomocy, dbać o tutejsze zasoby, wstępować do związków.
Z tym bywa jednak... nie najlepiej. Żyjemy w rzeczywistości zaprojektowanej przez „ludzi skądkolwiek” i pozwalamy, by ta definiowała nasze priorytety. Goodhart wskazywał, że „Anywheres” przejęli kod źródłowy nowoczesnego państwa i przepisali go tak, by systemowo nagradzał ich własne cechy, a karał cechy tych, którzy nie chcą się przystosować. Cała architektura społeczno-gospodarcza Zachodu zoptymalizowana została pod styl życia i wartości kognitywnej elity: od rynku pracy, przez edukację, po media, rynki kapitałowe i branżę nazywaną dla niepoznaki „społeczeństwem obywatelskim”.
Resztki lokalnej spontaniczności wtłaczane są dziś w system NGO-sów, gdzie trafiają pod but biurokracji, kontrolowane grantami, standardami i gąszczem przepisów. Organizacje żyją „od konkursu do konkursu”, kształtując swoją działalność nie według lokalnych potrzeb, ale oferty finansowej państwa i zagranicznych funduszy kupujących lojalność względem swojej agendy. Mechanizm przekazywania odpisu podatkowego wykreował przy tym tysiące organizacji-wydmuszek całkowicie ignorujących budowę jakiejkolwiek wspólnoty.
Potrzeba sprawczości
A nasza wspólnota... cóż. Zamiast przeć w kierunku zawiązywania lokalnych form współpracy, postrzegamy się nawzajem raczej jako przeszkody w drodze do sukcesu. Nasze zaufanie do własnego społeczeństwa szoruje po dnie: zaledwie 22 procent z nas uważa, że ludziom można ufać. Nie szukamy kontaktu, unikamy zobowiązań. Nie angażujemy się w wolontariat, coraz rzadziej uczestniczymy w życiu religijnym. Poziom uzwiązkowienia w Polsce pozostaje jednym z najniższych wśród rozwiniętych gospodarek.
Ten trend trzeba odwrócić. Jakkolwiek nie brzmiałoby to jak głos wołającego na puszczy: tylko wspólne, oddolne działanie pozwala tworzyć relacje i mechanizmy, które wzmacniają naszą sprawczość – sprawczość, której bardzo dziś potrzebujemy. Jedyną obroną przed całkowitą menedżeryzacją naszego życia jest powrót do twardych, lokalnych struktur i surowego kapitału społecznego. Polska powstała ze zgliszczy, bo przez wiek niewoli to budowane oddolnie sieci zaufania stały się nośnikiem naszych najważniejszych wartości. Pozwoliły nam przetrwać. Chroniły nas przed złą władzą. Były inspiracją dla Solidarności. Dziś mogłyby pomóc polskim „ludziom skądś” wzmocnić się politycznie w obliczu hegemonii „ludzi skądkolwiek”.
Dekadę później
Skąd, w 2026 roku, ten nagły powrót do wspomnień z tamtego brexitowego czerwca i objaśniającej go teorii Goodharta? Mija właśnie dekada od tamtego momentu. 56% Brytyjczyków uważa dziś decyzję o wyjściu z Unii Europejskiej za błąd – ich politycy zawiedli w nadaniu jej sensu. Liberalny autor Yascha Mounk ogłosił właśnie koniec ery Trumpa. Liczni liberałowie wierzą, że era populizmu – zemsty „dołów” – dogorywa. Biorąc pod uwagę nastroje w Europie i amerykańską redefinicję globalnej gospodarki, może być to diagnoza mocno na wyrost. Co jeśli jednak mają rację? Oznaczałoby to pełną marginalizację „ludzi skądś” i wszechwładzę „ludzi skądkolwiek”. Zabetonowanie systemu. Uciszenie zmarginalizowanych klas społecznych. Centralizacyjne przyspieszenie. Najprawdziwszą klęskę demokracji.
Jeśli, jak ja, jesteś „człowiekiem skądś” – stąd, z Polski – pogadaj dziś ze swoim sąsiadem. Dołącz do związku, do klubu strzeleckiego, koła gospodyń wiejskich, klubu książki. Idź do kościoła – i zapytaj, w czym możesz pomóc. Posprzątaj okoliczny staw i pójdź sąsiadce po leki. Zorganizuj na Signalu grupę znajomych i przejdź się na jakąś manifestację. To nie są łatwe czasy. W takich czasach dobrze byłoby trzymać się razem.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
22. rocznica przystąpienia Polski do UE. Obszary utraty suwerenności

Krótki przewodnik po gatunkach libków w Polsce

Unia Europejska dąży do cyfrowej suwerenności. Bruksela ma nowy plan

Wielka Brytania, której nie zobaczysz w telewizji

Tusk celowo zadłuża Polskę, by oddać suwerenność






