Szukaj
Konto

Rosyjscy analitycy rozważają zbliżenie z Polską

Rosyjscy analitycy rozważają zbliżenie z Polską
Źródło: pexels.com | Autor: ArtHouse Studio | Licencja: Pexels License | Moskwa
Jak rosyjska strona rządowa reaguje na kryzys w relacjach polsko-ukraińskich? Z satysfakcją i nadzieją. Jak reaguje na ten kryzys rosyjska opozycja? Niemal wcale. To drugie nie dziwi, choć może powinno, zważywszy na absolutną centralność tematu wojny na Ukrainie dla całego rosyjskiego, antyputinowskiego światka. Ale po zastanowieniu się zdziwienie przechodzi.
Co musisz wiedzieć:
  • Rosyjska opozycja niemal milczy o kryzysie polsko-ukraińskim.
  • Rosyjska strona rządowa przeciwnie – z satysfakcją wykorzystuje napięcia Warszawy z Kijowem.
  • Część rosyjskich analityków już otwarcie rozważa próbę zbliżenia z Polską.

Po pierwsze – dlatego że uświadamiamy sobie, jak integralnie prozachodnia (nie w sensie abstrakcyjnym, tylko jak najbardziej konkretnym – jak dalece utożsamiająca się z obecnym, lewo-liberalnym, polityczno-kulturowym modelem zachodnioeuropejskim) jest rosyjska opozycja. Może trudno się temu bardzo dziwić – kiedy ma się strasznego, egzystencjalnego wroga i jednego jedynego sojusznika, którego kulturowa propozycja jest wobec tego przeciwnika alternatywą, to nie ma się tendencji do szukania dziury w całym i jakichś tego sojusznika niedostatków. Kiedy więc nagle objawia się taki niedostatek – a niedostatkiem jest i dopuszczenie do rozbratu między bohaterem własnej wyobraźni, czyli Ukrainą, i wspierającym ją krajem, rządzonym w dodatku przez herosa walki z prawicą o wolność, czyli Donalda Tuska – milczenie wydaje się tendencją naturalną. Sam fakt konfliktu w jakimś zakresie bowiem wykazuje, że na świecie zachodnim, rozumianym jako uniwersum doskonałości, pojawia się jakaś rysa, która sama w sobie stawia nad ową doskonałością znak zapytania.

Po drugie – dlatego że rosyjska opozycja jest nieprawdopodobnie ksobna i przekonana o tym, że nic poza nią samą nie ma znaczenia. I z tej perspektywy trudno zajmować się czymkolwiek poza samym sobą. A jeśli już sytuacja wymusiła na tak rozumującym konieczność poświęcania uwagi czemuś innemu, czyli agresji przeciw Ukrainie i samej Ukrainie, to tym trudniej poświęcić ją jeszcze czemukolwiek innemu.

Po trzecie zaś – dlatego że z wszystkich możliwych powodów opozycyjni Rosjanie mają wobec Ukrainy wyrzuty sumienia. I w związku z tym niechęć do podnoszenia jakichkolwiek tematów stawiających ją w mniej ciekawym świetle. A temat UPA i obecnego stosunku Kijowa do zbrodni popełnianych przez tę organizację stawiałby, więc ma się ochotę milczeć. Tym bardziej że chodzi o spór pomiędzy dwiema historycznymi ofiarami rosyjskiego imperializmu. Rosyjskiemu liberałowi głupio byłoby zajmować tu stanowisko.

 

Nadciąga wrzesień…

A strona rządowa? Tę oczywiście zaindukował Władimir Putin, mówiąc (i on, i bliscy mu funkcjonariusze sprzedawali tę narrację już wielokrotnie, ale polsko-ukraiński konflikt nawiał im wiatru w żagle), że

„prędzej czy później Ukraina utraci ziemie zachodnie”.

Bo

„to, co należało do Polski, co należało do Węgier, co należało do Rumunii – prędzej czy później, nie jutro, może pojutrze, za rok, dwa, dziesięć, 15 lat, ale wszystko historycznie się ułoży. Był tylko jeden gwarant integralności terytorialnej Ukrainy – Rosja”

– mówił Putin, który, przypomnijmy, jeszcze w 2008 roku, czyli długo przed Euromajdanem, proponował Donaldowi Tuskowi rozbiór Ukrainy, mając oczywistą nadzieję, że jeśli polski premier pójdzie choćby na milimetr w tę stronę, przerażony Kijów w panice rzuci się w ramiona dotychczasowego „jedynego gwaranta integralności”.

Przy czym ciekawym fenomenem jest, że wielu Rosjan naprawdę wierzy w taką możliwość, co jest wyrazem jednocześnie braku zrozumienia, że imperatyw powiększenia terytorium przestał określać polityczne myślenie w zasadzie wszędzie poza Rosją, jak i własnego myślenia życzeniowego

(„ci z Zachodu są tak naprawdę tacy jak my i tylko udają, że nie mają zaborczych intencji”).

 

"Polska inwazja"

Od początku „specjalnej operacji wojskowej” rozmaici patriotyczni rosyjscy eksperci (jak np. Igor Girkin-Striełkow) zapowiadali wkroczenie Polaków na Ukrainę, określając nawet dość konkretne daty, a potem dziwiąc się, dlaczego to, co dla nich jest tak logiczne, wciąż nie nastąpiło.

I dziś na przykład Oleg Hawicz w magazynie „Wzgliad” pisze o niewygasłych, rewanżystowskich (chodzi o wschodnią granicę) nastrojach Polaków, przy czym, aby uzasadnić tę tezę, ucieka się do naprawdę pomysłowych chwytów. Twierdząc na przykład, że kiedy minister Radosław Sikorski w zeszłym roku zasugerował, że Krym mógłby na 20 lat znaleźć się pod mandatem ONZ, a potem odbyłby się tam plebiscyt, tak naprawdę chciał w ten sposób przybliżyć perspektywę odebrania przez Polskę Lwowa – bo chytrze wymyślił, że najpierw zakwestionuje się granice Ukrainy na Krymie, a potem już będzie z górki…

Hawicz określa też, kiedy polska inwazja zacznie się urzeczywistniać.

„We wrześniu w Polsce mają się odbyć wojskowe ćwiczenia tzw. koalicji chętnych, a ich organizatorzy nie starają się specjalnie ukryć, że ich cel – to przygotowanie wprowadzenia europejskich wojsk na zachodnią Ukrainę”…

 

Stworzyć poufny kanał

Najdalej idzie jeden z ważniejszych ekspertów najbardziej prestiżowego periodyku „Rosja w polityce globalnej”, nienależący już do „starych słoni” rosyjskiej międzynarodowej analityki, Ilia Fabricznikow.

„Polsce, a także pozostałym «młodym Europejczykom» z mniej lub bardziej niezadłużoną gospodarką proponuje się, aby «zapłacili za ucztę» dalszego wspierania Ukrainy. W praktyce oznacza to wykorzystanie ich wiarygodności kredytowej w interesie Unii Europejskiej, dla realizacji celów polityki zagranicznej i wojskowej wyznaczonych przez Brukselę, Berlin, Paryż i Londyn”

– pisze i stwierdza, że

„budzi poważne wątpliwości, czy Polska, od dawna aspirująca do odgrywania szczególnej roli w Unii, zgodzi się na takie podejście”.

A przecież

„historyczne traumy Polski skłaniają ją do prowadzenia aktywnej polityki europejskiej, której celem jest zagwarantowanie sobie szczególnej roli bufora między Zachodem a Wschodem – niezależnie od tego, jak dalej potoczą się losy kontynentu. Czyż nie jest to okoliczność, z której Federacja Rosyjska mogłaby skorzystać?”.

Zwłaszcza

„na tle otwartego konfliktu prezydenta Nawrockiego z władzami w Kijowie w związku z gloryfikacją banderowców? Dla jednych Polaków może to być jedynie element gry politycznej, jednak część polskiego establishmentu może potraktować rozłam polsko-ukraiński całkiem poważnie. Podobnie jak perspektywę finansowania z własnej kieszeni ukraińskiej strategii Brukseli, Berlina i Paryża”.

 

"Nieformalny kanał komunikacji"

Autor polemizuje ze znanym ekspertem najstarszego pokolenia Siergiejem Karaganowem, który w ciągu ostatnich lat, periodycznie aż do granicy śmieszności, wzywa władze rosyjskie do użycia broni jądrowej – czy to wobec Ukrainy, czy Zachodu. Stwierdza, że Karaganow

„mówi o konieczności przeprowadzenia prewencyjnego uderzenia jądrowego na logistyczne centrum NATO w Rzeszowie. Załóżmy, że przyniosłoby ono efekt militarny. Być może jednak bardziej celowe byłoby podjęcie rozmów z wpływowymi polskimi partnerami w ramach całkowicie nieformalnego kanału komunikacji i przedyskutowanie powojennego kształtu Ukrainy oraz zapewnienia – między innymi – bezpieczeństwa Polski w zakresie przestępczości. W warunkach zapowiedzianej przez Unię Europejską degradacji statusu ukraińskich migrantów kwestia ta nabiera szczególnego znaczenia”.

Ów kanał Fabricznikow wyobraża sobie, przynajmniej na początkowym etapie, jako poufne spotkania

„pomiędzy rosyjskim i polskim środowiskiem eksperckim albo między specjalistami służb odpowiedzialnych za politykę zagraniczną. Można by omówić nie tylko kwestie powojennego urządzenia Ukrainy i przyszłości ukraińskiej części Kresów Wschodnich, lecz także kluczową rolę Polski w powojennej Unii Europejskiej”.

Autor „Rosji w polityce globalnej” ma nadzieję, że

„pomimo ostrego antagonizmu między Rosją a Polską doświadczenie historyczne oraz istniejąca, choć odległa w czasie, [polska – przyp. P.S.] tradycja mocarstwowa pozwalają przynajmniej przypuszczać, że w polskim kierownictwie państwa istnieje swoisty, lecz racjonalny, sposób myślenia, ukierunkowany na poszukiwanie długofalowych korzyści”.

Bo przecież

„trudno przypuszczać, aby polskie kierownictwo i naród były zachwycone perspektywą stania się – po Ukrainie – kolejną linią konfrontacji z Rosją, o czym często mówią europejskie media”

– pisze Fabricznikow. I kąśliwie konstatuje, że

„umiejętność «rzucania pod koła lokomotywy historii» innych państw, przy jednoczesnym unikaniu własnych kosztów, od zawsze była jedną z największych specjalności czołowych mocarstw europejskich”.

Po zawarciu ewentualnego porozumienia zaś

„w wyniku powojennego uregulowania konfliktu Polska mogłaby stać się naturalnym i wpływowym hubem dla dostaw towarów oraz surowców energetycznych z Eurazji do Europy Zachodniej. Mogłaby również stać się narzędziem wywierania wpływu na Brukselę, która lekceważy podstawowe interesy Polski oraz jej «politykę pamięci», wciągając Warszawę w nienaturalną współpracę z Kijowem”.

„Podczas takich hipotetycznych spotkań

– pisze Fabricznikow –

można by również omówić powojenny polityczny i gospodarczy porządek Europy oraz szczególną rolę Warszawy w kształtowaniu spraw Europy Zachodniej – rolę, która w długiej perspektywie mogłaby przynieść Polsce więcej korzyści niż coroczne dotacje z Brukseli”. 

 

Zbieżne interesy

W powietrzu zawisa pytanie, czy znaczy to, że w zamian za jakieś udzielone przez Moskwę korzyści Polska miałaby wziąć na siebie rolę rosyjskiego manewrowego konia w Europie?

„Znając głęboką, historycznie i psychologicznie zakorzenioną w świadomości Polaków niechęć do Rosji, a co gorsza – całkowity brak wzajemnego zaufania, wszyscy powiedzą, że taki pomysł jest utopijny. Jest w tym wiele racji, jednak należy uwzględnić jedną istotną okoliczność. Przeżywamy nie tylko okres geopolitycznej niestabilności, lecz czas tektonicznego przesunięcia światowego porządku, kiedy bardzo szybko kształtują się zupełnie nowe relacje, a dotychczasowe konstrukcje całkowicie tracą swoją funkcjonalność. W takich epokach mogą zbiegać się bardzo nieoczekiwane interesy i powstawać bardzo dziwne sojusze – choćby tylko doraźne. Narodowe interesy Polski i Rosji – jeśli obu stronom udałoby się uzgodnić ograniczenie działań wymierzonych przeciwko sobie – mogłyby okazać się znacznie bardziej zbieżne, niż mogłoby się wydawać przy pierwszym, zideologizowanym i emocjonalnym spojrzeniu”

– konkluduje Fabricznikow.

 

Tradycja nie znika

Naczelny „Rosji w globalnej polityce” Fiodor Łukjanow również ma pewne nadzieje dotyczące zmiany postawy Polski. Bo przecież, jak podsumowuje w wywiadzie z zajmującą się naszym krajem historyczką Marią Pawłową,

„tradycja wielkomocarstwowa, nawet jeśli należy już do dość odległej przeszłości, nie zanika bez śladu – zachowują się związane z nią umiejętności i nawyki”.

Łukjanow odnosi się do wypowiedzi Pawłowej stwierdzającej, iż

„historia pokazuje, że od XVII wieku wszystkie próby stworzenia sojuszu polsko-ukraińskiego lub jakiejś formy wspólnoty były motywowane wyłącznie wspólną konfrontacją z Rosją. Gdy tylko ta konfrontacja się kończyła, sojusz się rozpadał”.

Pawłowa konstatuje, że

„od lat 80. polskie elity kierowały się tezą, która zaczęła przypominać mantrę: nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy. Innymi słowy, polskie bezpieczeństwo narodowe uzależniano bezpośrednio od istnienia niepodległej Ukrainy. Dopiero w ciągu ostatnich kilku lat niektórzy polscy politolodzy podczas zamkniętych spotkań, nie przeznaczonych do upublicznienia, zaczęli nie tyle kwestionować tę tezę, ile zastanawiać się, czy rzeczywiście jest ona słuszna. Polska jest przecież państwem członkowskim Unii i NATO, które i tak graniczy zarówno z Rosją, jak i z Białorusią. Jeśli Ukraina utraci część terytorium albo znajdzie się w rosyjskiej strefie wpływów, czy rzeczywiście będzie to miało aż tak fatalne konsekwencje dla polskiej państwowości?”.

„Wydaje się

– ma nadzieję Pawłowa –

że takie pytanie może stać się początkiem naprawdę interesującej debaty w polskim społeczeństwie. Tym bardziej że wraz z postępem negocjacji dotyczących euroatlantyckiej integracji Ukrainy stosunki polsko-ukraińskie będą się nieuchronnie pogarszać”.

 

***

Rosyjscy analitycy krążą dookoła oceny, iż może być możliwe przekonanie Polski, że nie musi uznawać konfrontacji Rosji z Ukrainą za kluczowy element określający jej własne położenie, a obronienia Ukrainy – za kluczowy element swojego bezpieczeństwa. Można jednak odnieść wrażenie, że najczęściej mają nadzieję, iż mogłoby się to stać samo z siebie, na skutek naturalnych procesów oddalających od siebie Warszawę i Kijów. Wtedy Moskwa byłaby w komfortowym położeniu pozwalającym jej na cieszenie się uzyskanymi z takiego rozwoju sytuacji korzyściami bez większego własnego zaangażowania, bez większych konkretnych ustępstw czy gwarancji wobec polskiej strony. Innymi słowy Kreml miałby od Polski brać i nie kwitować.

Takie założenie wydaje się hurraoptymistyczne. Ale też, widząc, jak przekształca się w ostatnich miesiącach polska opinia publiczna, nie potrafiłbym z czystym sumieniem orzec, że całkowicie nierealne.

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 13.08.2026 20:39
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 32/2026, oprac. Ludwik Pęzioł