Dla Putina wojna sama w sobie stała się celem

- Rosja może zwiększyć liczebność wojsk walczących przeciwko Ukrainie o kolejne 300–400 tys. ludzi, choć nie jest przesądzone, że Kreml ogłosi formalną nową falę mobilizacji.
- Analitycy wskazują, że zakończenie wojny bez wyraźnego sukcesu może być dla Putina ryzykowne politycznie, m.in. ze względu na oczekiwania środowisk ultranacjonalistycznych i powrót dużej liczby weteranów.
- Autor uważa, że rosyjski system polityczny, gospodarka i propaganda zostały już tak silnie podporządkowane wojnie, że jej przedłużanie może służyć utrzymaniu obecnego modelu władzy.
Może zabrzmi to złowrogo, ale wszystko wskazuje na to, że dopóki Rosją rządził będzie Władimir Putin, dopóty Rosja będzie prowadzić wojnę. Jak nie z Ukrainą, to z kimś innym. Jak nie konwencjonalną, to hybrydową. I nawet nie jest pewne, że po śmierci Putina jego następca to zmieni.
Rosja przeszła na tryb wojenny w każdym aspekcie funkcjonowania państwa: od aktywności sił zbrojnych i służb specjalnych, przez dyplomację i gospodarkę, po naukę, szkolnictwo i kulturę masową. Powinniśmy w końcu przyjąć do wiadomości, że tylko kompletna klęska militarna i/lub gospodarcza Rosjan może zatrzymać agresję ich państwa.
Putin przygotowuje się do eskalacji
Władimir Putin uważa, że zakończenie wojny przeciwko Ukrainie bez osiągnięcia choćby minimalnego celu – zajęcia całego Donbasu – stanowi zagrożenie dla jego osobistego bezpieczeństwa, napisał „The Economist”. Według anonimowego źródła cytowanego przez „The Economist” Putin miał powiedzieć swoim współpracownikom: „Powieszą mnie” (nie ma niezależnego potwierdzenia, że taka wypowiedź rzeczywiście padła). Dlatego, w obliczu impasu na Ukrainie, rosyjski prezydent zdecydował się na eskalację i przygotowuje się do mobilizacji 300–400 tysięcy osób. Czy takie słowa faktycznie padły? Wątpliwe.
Bez wątpienia natomiast Putin boi się o stabilność reżimu w razie zamrożenia wojny. I nie dlatego, że boi się buntu jakiejś części elity, co raczej destabilizacji społecznej wynikającej z powrotu do domów setek tysięcy weteranów. W tym wielu bardzo radykalnie nastawionych i zdemoralizowanych. To będzie oznaczać nie tylko gwałtowny wzrost przestępczości, ale też problemy na rynku pracy – teraz z racji na deficyt siły roboczej to pracownik dyktuje warunki, w tym płacowe, a nie pracodawca. Do tego dojdą oczekiwania polityczne weteranów, czujących się oszukanymi zakończeniem wojny bez wyraźnego zwycięstwa. Dotyczy to zresztą też rosnących w siłę środowisk prowojennych, szowinistycznych, wielkoruskich.
W marcu 2025 roku „The Washington Post” pisał, że w przypadku zawarcia porozumienia pokojowego Putin będzie musiał uważnie obserwować „głośne i dobrze uzbrojone” środowisko Z — korespondentów wojskowych, ochotników i ultranacjonalistów, którzy wzmocnili się w czasie wojny. Wysoki rangą urzędnik Kremla przyznał gazecie, że wśród nich „z pewnością znajdą się niezadowoleni” z ewentualnego zbliżenia ze Stanami Zjednoczonymi, i nazwał tę część społeczeństwa „bardzo przekonaną”. W maju tego samego roku trzy źródła agencji Reuters, bliskie Kremlowi, twierdziły, że Putin i rosyjskie służby specjalne muszą „kontrolować” radykalnych patriotów z ruchu „Z”, aby nie przeszkadzali w realizacji planów Kremla, choć nie uznają ich za samodzielne zagrożenie dla władzy Putina.
Dlaczego Putin chce eskalacji?
To być może kluczowy powód, dla którego Putin zamierza prowadzić wojnę najdłużej jak się da. Żaden z problemów gospodarczych ani politycznych Rosji nie stanowi bowiem obecnie śmiertelnego zagrożenia dla Putina: dysponuje on zasobami gospodarczymi i aparatem represji, które pozwalają mu kontynuować wojnę. To sprawia, że eskalacja konfliktu staje się atrakcyjna. Zarówno w starciu z Ukrainą (mobilizacja i rzucenie na front świeżego mięsa armatniego, zmiana taktyki ataków dronowo-rakietowych na cele ukraińskie), jak i z Zachodem (nasilenie wojny hybrydowej, otwarte groźby pod adresem Londynu, narastająca liczba akcji sabotażowych). Wizytę dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a Putin prawdopodobnie odebrał jako oznakę słabości USA – uważa długoletni znajomy Putina. Według tego źródła właśnie w ten sposób rosyjski prezydent ocenił wizytę w Moskwie w listopadzie 2021 roku dyrektora CIA za kadencji Joe Bidena, Williama Burnsa, który przybył, by ostrzec Putina przed niedopuszczalnością inwazji na Ukrainę. Trzy miesiące później Putin i tak rozpoczął inwazję.
Teraz Putin, według rosyjskich źródeł cytowanych przez "Economist", zamierza wysłać na wojnę kolejne 300–400 tysięcy osób. Nie musi ogłaszać nowej fali mobilizacji: nigdy nie uchylił swojego pierwotnego dekretu o mobilizacji. Dodatkowych ludzi prawdopodobnie będzie się rekrutować przy użyciu przymusu ze strony władz regionalnych, aby stłumić wszelkie niezadowolenie polityczne. O tym, że w Kremlu doszli do wniosku, iż negocjacje w sprawie Ukrainy znalazły się w impasie, i zaczęli przygotowywać eskalację ataków, pisał w zeszłym tygodniu Bloomberg. Według rozmówców agencji w Moskwie coraz więcej rosyjskich urzędników dochodzi do wniosku, że Władimir Putin może użyć taktycznej broni jądrowej. Dyktator zdołał w ostatnich latach przestawić gospodarkę rosyjską na tory wojenne – co więcej, czerpie z tego korzyści duża część elit, ale też zwykli Rosjanie. No i najważniejsze: ćwierć wieku rządów Putina sformatowało umysły dużej części społeczeństwa. Rosjanie są dziś nieporównanie bardziej gotowi nawet do otwartej wojny z Zachodem, niż społeczeństwa zachodnie. I to jest najbardziej niepokojące…
[Lead, sekcja "Co musisz wiedzieć" i śródtytuły od Redakcji]
Komentarze
Mjr Spencer dla Tysol.pl: „Atak na Polskę byłby dla Putina najbardziej korzystny”

Strach przed mobilizacją wraca do Rosji. Tłok na granicy z Gruzją

Trump po rozmowach z Putinem: Rosja nie zaatakuje NATO

Rosja grozi Paryżowi i Londynowi. „Konsekwencje mogą być całkowicie nieprzewidywalne”

Putin szykuje eskalację wojny? Rosyjscy urzędnicy mówią o broni jądrowej
