Szukaj
Konto

Rafał Woś: Antypisowcy pytani o dzisiejsze TVP wiją się w męczarniach

Rafał Woś: Antypisowcy pytani o dzisiejsze TVP wiją się w męczarniach
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Barbara Sadowska | Licencja: Tygodnik Solidarność | Rafał Woś
„Ja to – powiem ci szczerze – w ogóle tego nie oglądam” albo „W zasadzie tam nie chodzę, no dwa razy byłem, bo mnie poprosili”, albo „Przecież to już nikogo nie interesuje…”.
Co musisz wiedzieć:
  • Krytycy „TVP PiS” dziś często udają, że TVP w ogóle ich nie interesuje.
  • Autor przekonuje, że przejęcie mediów publicznych służyło przede wszystkim zmianie ich przekazu i obsadzeniu stanowisk swoimi ludźmi.
  • Mimo przejęcia TVP środowiska nieliberalne wciąż pozostają celem walki o medialny wpływ.

To pierwsze trzy odpowiedzi, które słyszę najczęściej, prowadząc moje nieoficjalne badania stosunku polskich antypisowców do aktualnej kondycji Telewizji Polskiej (w likwidacji). Najbardziej smakowite są oczywiście rozmowy z tymi wszystkimi, którzy przed grudniem 2023 r. kładli się i wstawali z posmakiem odrazy wobec „TVP PiS” na podniebieniu. Dobrze pamiętam tamte czasy. Pamiętam łamanie rąk nad zawłaszczeniem mediów publicznych przez władzę. Pamiętam okładki opiniotwórczych tygodników z prezenterami „Wiadomości” TVP, których wystylizowano na lektorów „Dziennika Telewizyjnego” z czasów stanu wojennego. Pamiętam aptekarskie liczenie i notowanie, ile czasu na odpowiedź dostał polityk opozycji, a ile przedstawiciel obozu władzy. Pamiętam śmieszkowe konto „Oglądam Wiadomości, bo nie stać mnie na dopalacze”. I pamiętam skądinąd sympatycznego Marka Czyża, który wygłosił pamiętne exposé, że w nowym programie „19.30”, który zastąpił „Wiadomości” po siłowym przejęciu gmachu TVP przez bojówkę ludzi ministra Bartłomieja Sienkiewicza, będzie odtąd królowała „czysta woda”, a nie propaganda.

Dalsza część artykułu przeznaczona jest dla osób z subskrypcją premium

Ja pamiętam, ale oni wszyscy jakby mniej. Pytani o porównanie wiją się w straszliwych męczarniach i chwytają się wspomnianych formułek w nadziei na zmiłowanie. „Bo wiesz, ja to tego w ogóle nie oglądam, a poza tym to już nikogo nie interesuje”. Bardzo ciekawe, bo wtedy jakoś nie mogli przestać oglądać. I wtedy stan mediów publicznych urastał do najważniejszego probierza stanu polskiej demokracji.

 

Zasłona dymna

Nie piszę o tym dlatego, że mnie to dziwi. Bo nie dziwi. Piszę dlatego, że nie widzę najmniejszego powodu, by przechodzić nad tą piramidalną hipokryzją do porządku dziennego. Mam też nadzieję, że dziś jest już jasne jak słońce i że każde dziecko w Polsce rozumie, iż piękne hasło troski o los „medium publicznego” zostało użyte jako zasłona dymna do osiągnięcia dwóch celów. Pierwszym było odebranie politycznemu przeciwnikowi jakiejkolwiek możliwości kształtowania narracji medialnej. Z telewizji, radia i agencji prasowej zniknąć musieli ludzie z perspektywy uśmiechniętej władzy niepewni oraz niesterowalni. Właśnie po to, by nie było – tak jak przez wiele lat przed rokiem 2015 – przeciwwagi dla publicystycznego monopolu Polski liberalnej. Drugim celem przejęcia mediów publicznych było odzyskanie lub zdobycie własnych programów, etatów i zleceń w dobrze dofinansowanych mediach państwowych.

W ciągu trzech lat od przejęcia władzy ten drugi cel udało się funkcjonariuszom i sympatykom uśmiechniętej Polski zrealizować. Mają swoje synekury i mocno się ich trzymają. Ale tego pierwszego – Bogu dzięki – (jeszcze) nie zrealizowali. Choć nie ustają w wysiłkach, próbując na wszelkie sposoby zniszczyć media nieliberalne. Ta walka wciąż trwa. I dobrze, by jak najwięcej rodaków było świadomych, co się tutaj dzieje.

[Tytuł, śródtytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą do redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 22.09.2026 06:00
Źródło: Tygodnik Solidarność 38/2026, oprac. Ludwik Pęzioł