Szukaj
Konto

Marcin Bąk: Nienawidzą defilad

Marcin Bąk: Nienawidzą defilad
Źródło: Archiwum foto PAP | Autor: Leszek Szymański | Licencja: PAP | Defilada wojskowa na warszawskiej Wisłostradzie, w ramach obchodów Święta Wojska Polskiego
Jak co roku, defilada z okazji Święta Wojska Polskiego, wywołała masę mniej lub bardziej agresywnych głosów krytyki ze strony części lewicowo – liberalnych celebrytów. Jak zwykle, dała o sobie znać ich skrajna naiwność i brak kontaktu z otaczająca rzeczywistością.

„Nienawidzę defilad (ta będzie wyjątkowo męcząca bo towarzyszyć jej będzie ryk Nawrockiego), bo defilady to ekshibicjonistyczne chwalenie się narzędziami mordu. W epoce państw narodowych  (która mam nadzieję przeminie) państwa zapewne muszą mieć gotowość do mordowania bliźnich ale stanowczo nie powinny się tym tak ostentacyjnie chwalić.”

To część wpisu, jaki możemy przeczytać na oficjalnej stronie FB pani profesor Magdaleny Środy, zamieszczonego z okazji Dnia Wojska Polskiego. Pani profesor po raz kolejny w swojej karierze publicystycznej dała wyraz niechęci do wojska i żołnierzy. Dała zarazem wyraz całkowitego niezrozumienia czym jest wojna w ludzkiej kulturze, jaką rolę pełni wojsko oraz na czym polega polityka międzynarodowa. Postawa pani profesor jest wyrazem skrajnej naiwności, co może trochę dziwić w przypadku osoby, posiadającej tytuł profesora filozofii a więc kogoś, kto w teorii powinien rozumieć nieco więcej z otaczającego nas świata. Żeby było jasne – ja mam świadomość, że wojna jest zjawiskiem co do swej zasady straszliwym. Niesie ze sobą ogrom cierpień, płacz wdów i sierot, zniszczenia i nędzę.  Swoją najmroczniejsza formę przybiera wojna szczególnie wtedy, gdy ma charakter masowy, totalny oraz gdy jest długotrwała. Oba największe konflikty XX wieku właśnie takie były i dostarczyły milionom ludzi na całej Ziemi ogromnych cierpień. Z drugiej strony daleki jestem od naiwnego postrzegania Ludzkości i od wiary w świat, który mógłby istnieć bez wojen. Taka wiara przewija się przez wieki i daje znać od czasu do czasu, jest jednak przykładem skrajnej naiwności, przyjmującej w swej najgłupszej formie postać bezmyślnego pacyfizmu. „Zrezygnujmy z armii i broni, to nie będzie wojen”, „Dajmy jako pierwsi dobry przykład” – to głoszą skrajnie naiwni pacyfiści.

Biada słabym i bezbronnym!

Zapomnieli, lub może nigdy nie czytali, co na ten temat miał do powiedzenia pruski generał i teoretyk wojny, Carl von Clausewitz, gdy pytał o to, kto ponosi winę za wybuch zbrojnego konfliktu – napastnik czy napadnięty? Sam zresztą szybko udzielił na to pytanie odpowiedzi – napadnięty, bo własną słabością zachęcił napastnika do ataku.  Brutalne postawienie sprawy? Zapewne, niemniej ciężko oprzeć się wrażeniu, że dość dobrze opisuje ono relacje między ludźmi od zarania dziejów. Nie jest bowiem prawdą, co w swoim wpisie zasugerowała pani profesor, jakoby to fakt istnienia państw narodowych był przyczyną wojen. Państwa narodowe to stosunkowo nowa rzeczywistość, w naszej europejskiej cywilizacji można mówić o jakiś ostatnich dwóch stuleciach. Wojny wybuchały znacznie wcześniej i będą wybuchały także później, nawet wtedy gdy spełni się nadzieja pani profesor i państwa narodowe znikną. Nie znikną bowiem podstawowe przyczyny wojen w ogóle a można je ująć lapidarnie – „Posiadasz coś, czego ja nie mam a bardzo pragnę mieć”.  Wojna jest zorganizowaną, grupową formą rabunku – mienia, zasobów, ludzi, terytorium, natomiast rabunek jest to forma zdobywania dóbr najbardziej wydajna z punktu widzenia wydatkowanej energii. Inny musi się narobić żeby coś wyprodukować a napastnik rabuś przychodzi na gotowe. Wiem, upraszczam trochę zagadnienie ale z grubsza tak to wygląda. Ludzie będą prowadzić wojny tak długo, jak długo będą jako wspólnota pożądać dóbr będących w posiadaniu innych ludzi. No, chyba że uda się stworzyć jedno wielkie, światowe państwo z jednym rządem. O tym marzyli różni myśliciele ale na stworzenia takiego wszechświatowego państwa, które nawiasem mówiąc musiało by funkcjonować jako upiorny totalitarny reżim, nie ma co w najbliższym czasie liczyć.

 

Armia jest emanacją siły narodu

Pozostaje nam więc rzeczywistość, w której wojny wybuchają co jakiś czas, raz bliżej raz dalej od naszych domów. Polska nie leży w najbezpieczniejszym miejscu na Ziemi, choć niektórzy geopolitycy twierdzą, że za sprawą Ukrainy środkowo europejska „strefa zgniotu” przesunęła się na wschód. Może tak jest, może mamy dzięki temu parę lat wytchnienia, żeby się przygotować. Armia jest emanacją zdolności narodu do obrony swoich interesów, często do obrony bytu biologicznego. Im jest silniejsza, lepiej przygotowana do walki, tym wyższa cena jaką potencjalny wróg musiałby zapłacić za wtargnięcie w nasze granice. Mówiąc o sile armii w pierwszej kolejności wymieniamy sprzęt bojowy, stopień wyszkolenia w jego obsłudze, łączność, logistykę, dowodzenie. To jednak nie wszystko. Istnieje również czynnik morale, któremu wspomniany już Clausewitz przypisywał niebagatelną rolę. Morale nie jest czynnikiem materialnym i nie daje się tak łatwo ująć w jakieś mierzalne ramy ale każdy oficer, zwłaszcza z doświadczeniem bojowym, powie bez wahania, że ono istnieje. Budowanie morale to złożony proces. Jednym z jego elementów jest między innymi rytuał wojskowy, musztra, uroczyste przemarsze i defilady, czyli wszystko to, co tak bardzo przeszkadza profesor Magdalenie Środzie. Krok defiladowy, orkiestra wojskowa, sztandary – to wszystko miało niegdyś znaczenie na polu bitwy a obecnie pozostaje częścią tradycji i służy między innymi budowaniu morale. Tłumy ludzi, obserwujących defiladę i bijących brawo żołnierzom, mają niebagatelne znaczenie dla ich poczucia misji. Wojsko ma wiedzieć i czuć, że jest częścią narodu, jego zbrojnym ramieniem a naród stoi za nimi i wspiera moralnie. Oczywiście, nie było wśród tłumów Polaków na ostatniej defiladzie pani profesor Magdaleny Środy ale jej braku chyba nikt nie zauważył.   I nikt się tym brakiem nie przejął.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 22.08.2026 18:23
Źródło: tysol.pl