Rząd Tuska nie ma żadnych własnych pomysłów

- Zdaniem autora, rząd Donalda Tuska najpierw krytykuje strategiczne projekty rozpoczęte przez PiS, by po czasie wracać do nich pod własnym szyldem.
- Autor przekonuje, że obecna ekipa zamiast inicjować nowe przedsięwzięcia stawia na polityczny PR.
- Według tekstu największe straty dotyczą najbardziej innowacyjnych sektorów.
Mechanizm postępowania jest zawsze taki sam. Najpierw jest frontalna krytyka realizowanych przez PiS inwestycji, wytykanie gigantomanii, nierealnych wycen i perspektyw. Później pojawia się próba rozliczania odpowiedzialnych za projekty, które po szumnych zapowiedziach, z powodu braku dowodów, okazują się tylko medialną papką. Kolejny etap to zapowiedź realizacji tego samego przedsięwzięcia, tylko lepiej. Wreszcie powrót do pierwotnej lub lekko tylko zmienionej koncepcji. W najlepszym wypadku ta metoda działania oznacza opóźnienia.
Tak było z budową terminala LNG w Świnoujściu, CPK, zapory na granicy, portu kontenerowego, elektrowni atomowej, konsolidacji Orlenu i Lotosu, fabryki Olefiny III czy rozwojem sieci kolejowej. Scenariusz ten powtarza się teraz z rozwojem projektu polskiego samochodu elektrycznego „Izara”. Donald Tusk wyśmiewał inwestycję w czasie kampanii i po wyborach, a teraz zapowiada powrót do niej, ale oczywiście w lepszej wersji.
Intelektualna pustka
Można by powiedzieć, że realizując pisowskie pomysły, mimowolnie premier zapewnia ciągłość funkcjonowania państwa. To jednak w żadnym momencie nie jest jego celem. Istota techniki rządów Tuska nie polega na prawdziwym budowaniu – no chyba że, jak w przypadku muru na granicy z Białorusią, naciskają Niemcy i Bruksela – ale stwarzaniu dobrego wrażenia.
Realizowanie dużych projektów infrastrukturalnych go nudzi, gdyż wymaga mozolnej, systematycznej pracy, a nie brutalnej walki z politycznymi przeciwnikami i sojusznikami. Brakuje elementów darwinowskiej rywalizacji, która napędza szefa rządu. Zamiast wymyślania intryg, zastawiania sideł i budowania piętrowych kłamstw potrzebne jest pilnowanie, by decyzje zapadały na czas, urzędy realizowały swoje zadania, a ministrowie ze sobą współpracowali.
Tyle tylko że Polaków ta polityczna mydlana opera nudzi, a często odrzuca. Przynajmniej raz na jakiś czas Tusk musi więc pokazać, że nie sprawuje władzy dla samej władzy, ale odpowiada na aspiracje bogacącego się i coraz bardziej wymagającego społeczeństwa. Nie wystarczy już ściganie PiS, bo – co było zresztą do przewidzenia – nie uda się udowodnić wielkich przekrętów.
Poza tym prawica, przy wszystkich swoich kłótniach i niedomaganiach, nie bała się wyzwań. Stawiała na najnowsze technologie i potrafiła działać z rozmachem. Dlatego miały w Polsce powstać – jako jednym z pierwszych krajów na świecie – małe reaktory atomowe SMR czy nowoczesna fabryka chemiczna, którą stawiał Orlen.
Uchwycić nowoczesność
W okresie rządów prawicy chęć uczestniczenia w czymś wielkim i nowoczesnym napędzała raczej większość ministrów i działających w spółkach Skarbu Państwa menedżerów, niż wywoływała w nich strach. Czasem rywalizacja o pierwszeństwo w tym wyścigu przybierała formy bardzo ostrej walki. Zdarzało się, że minister, by wspomóc prezesa kontrolowanej przez siebie spółki, utrudniał realizację inwestycji menedżerowi podległemu innemu resortowi. Nawet jeśli czasem działało to destrukcyjnie, to punktem honoru było wyprzedzenie konkurenta, a nie ciągnięcie wysokich pensji za administrowanie firmą tak, by nikt się nie czepiał. Innymi słowy, chęć wykazywania się inicjatywą zastąpiło unikanie ryzyka i odpowiedzialności. I to za wszelką cenę.
Donald Tusk powiedział kiedyś:
„Jeśli ktoś ma wizje, to niech idzie do psychiatry”.
Zasada ta obowiązuje w jego sposobie zarządzania do dziś – lepiej się nie wychylać, bo każda głowa, która przejawia zbyt duże ambicje, prędzej czy później zostanie ścięta. Bierność, zachowawczość i minimalizm stały się w jego ekipie największymi zaletami. To jednak prowadzi do zastoju, z którego trudno potem wyrwać urzędników i prezesów kontrolowanych przez rząd firm.
W takiej atmosferze nowe projekty się nie pojawiają. Nie mogą, gdyż nikt nad nimi nie pracuje. Nawet nie próbuje się starać, bo to oznaczałoby przejawianie ambicji, które w ekipie obecnego premiera są uznawane za zagrożenie.
Gdy więc pojawia się potrzeba pokazania jakichś planów, Tusk musi sięgnąć po pomysły PiS. Innych nie ma i nie będzie. Chwalił się na przykład przywróceniem połączenia kolejowego do Łomży, choć projekt został zaprojektowany i przygotowany przez poprzedników. To prawica rozpoczęła jego realizację w ramach szerszego programu rozbudowy sieci kolejowej, który także szef rządu przypisuje sobie. Podobnie było z Dworcem Zachodnim w Warszawie. Premier nagrywał filmiki i opowiadał o sukcesie, nie wspominał jednak, że to osiągnięcie ekipy Mateusza Morawieckiego. W ostatnich dniach z pompą ogłoszono, że powstanie nowy terminal gazowy w Gdańsku, ale to przecież także inicjatywa rządów prawicy.
Efekt spóźnienia
Jednak przerywanie wielkich, innowacyjnych projektów, a następnie wracanie do nich pod nowymi hasłami – poza efektem politycznej schizofrenii – wywołuje także bardzo istotne skutki gospodarcze. Zaniechania powodują, że część pozwoleń i innych dokumentów się zdezaktualizuje – jak na przykład decyzja środowiskowa wydana w sprawie budowy elektrowni atomowej – a przeprowadzenie procedury po raz kolejny oznacza stratę wielu miesięcy, a często lat.
Równie istotne jest zakłócenie cyklu rozwoju. Wielkie inwestycje infrastrukturalne czy przemysłowe mają ogromny wpływ na plany mniejszych podmiotów. Wiele z nich ponosi koszty, przygotowując się do udziału w dużym projekcie, uzależnia od tego zatrudnianie fachowców czy zakup maszyn. Państwo, które traci ciągłość, staje się nieprzewidywalne, a współpraca z nim ryzykowna.
Być może jednak najistotniejszym elementem jest pogłębianie zapóźnienia. Autorzy planujący wielkie przedsięwzięcia podejmują decyzje w oparciu o obecne i przewidywane zapotrzebowanie rynku. Jeśli zatem ukończenie projektu przesuwa się o kilka lat, to nie dość, że utracone zostają zyski wynikające z możliwości szybszego korzystania z infrastruktury czy uruchomienia produkcji w przypadku fabryki, ale jeszcze powstałą na rynku lukę zapełnia ktoś inny. Najczęściej z zagranicy.
Konkurencja najpierw dostaje sygnał o polskich planach, a następnie czas, by na nie zareagować. W biznesie menedżer tak zarządzający firmą wyleciałby na zbity pysk, w polityce cieszy się poparciem jednej trzeciej społeczeństwa.
Permanentna ślepota
W szybko zmieniającym się świecie szybkość realizowania nowoczesnych przedsięwzięć jest wyznacznikiem sprawczości i atrakcyjności. W tym przypadku władzy politycznej, ale przecież w równej mierze dotyczy to szefów spółek Skarbu Państwa czy rządowych agencji.
Jeśli więc energia polityków, menedżerów, urzędników i PR-owców jest wykorzystywana najpierw do ośmieszania projektów, następnie do szukania haków na poprzedników, potem do reaktywacji pomysłów i ich wdrażania, to umykają nowe wyzwania. Nie ma na nie ani czasu, ani możliwości ich dostrzegania.
Najbardziej dotkliwym tego przykładem jest rozwój w Polsce sztucznej inteligencji. Ta najbardziej dynamicznie rosnąca branża na świecie może być dla naszego kraju drogą do znalezienia się w technologicznej czołówce. Polacy są świetnymi matematykami i programistami, a wielu z nich już jest zaangażowanych w projekty AI.
Stracone lata
W ramach likwidowania „pisowskich złogów” obecna władza zaorała jednak spółkę IDEAS NCBR, w której pracowali najlepsi fachowcy z całego świata. Próba wkręcenia wybitnych naukowców w aferę skończyła się tym, że znaleźli pracę w innych częściach świata. Okno szans się przymknęło, choć IDEAS NCBR właśnie nabierało rozpędu. Ciasnota umysłowa obecnej ekipy rządzącej nie pozwoliła im na zaakceptowanie sensowności projektu rozpoczętego przez PiS.
Otworzenie firmy w innej już formie nie spowodowało, że najbardziej kreatywni ludzie od AI wrócili. Przynajmniej nie wszyscy. Polska straciła przynajmniej dwa lata w wyścigu, w którym liczą się miesiące. Opóźnienia mają jednak jeszcze jeden praktyczny wymiar – władza nie jest w stanie odpowiedzieć na zapotrzebowanie nowej branży. Najpierw przecież ośmieszała jedno z najbardziej innowacyjnych przedsięwzięć w Europie, a gdy poszła po rozum do głowy, musiała się skupić na wyciszaniu skandalu. Tymczasem jak dwadzieścia lat temu potrzebowaliśmy autostrad, tak dziś do szybkiego rozwoju konieczne są ogromne moce obliczeniowe. Bez nich firmy zajmujące się AI się nie rozwiną.
Niewiarygodny partner
Podobnie było przecież z także bardzo innowacyjną branżą lotniczą. Kierujący Instytutem Lotnictwa bezpartyjny ekspert musiał ustąpić miejsca działaczowi Koalicji Obywatelskiej. Kacyk zajął ten fotel mimo faktu, że zdecydowana większość Rady Instytutu głosowała przeciwko niemu. W efekcie skandalu część fachowców zrezygnowała z pracy i bez problemu znalazła zajęcie gdzie indziej.
Co ważniejsze jednak, Polska jako partner – przedstawicieli w tej instytucji mają największe koncerny z branży lotniczej i kosmicznej – stała się niewiarygodna. Rząd pokazał, jak niepoważnie traktuje własne państwo.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Coraz lepsze wyniki prawicy. Notowania KO spadają

Afera w Szpitalu Południowym. Prof. Ryba: "Tusk jest chytry lis, ale tego zasypać się nie da"

Afera w Szpitalu Południowym. Gdyby to się działo za PiS…

Roman od ciemnej roboty

Rekordowy wynik Karola Nawrockiego. Takiego zaufania nie miał jeszcze żaden polityk







