Szukaj
Konto

Wyciekły dane milionów Polaków. „Uśmiechnięta” amatorka z kartonu

Donald Tusk w łodzi z kartonu
Źródło: ChatGPT | Autor: ChatGPT. Ilustracja wygenerowana przez AI. Nie przedstawia prawdziwej sytuacji | Licencja: ChatGPT | Donald Tusk w łodzi z kartonu
Przez lata słyszeliśmy pełną fałszu melodię, że po tej stronie są profesjonaliści. Że państwo w końcu jest w dobrych rękach. W końcu „racjonalna”, nie bójmy się tego słowa „lepsza” Polska pokonała tę „przaśną” Polskę B. Propaganda osłaniająca „eksperyment nad Wisłą” powtarzała w kółko, że skończył się czas amatorszczyzny, a bezpieczeństwo będzie traktowane poważnie. Uwierzyliście?
Co musisz wiedzieć:
  • Z artykułu wynika, że autor ocenia wyciek danych z systemów MyDr jako jeden z najpoważniejszych incydentów cyberbezpieczeństwa w Polsce, twierdząc, że mógł objąć dane nawet 19 mln osób i stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa oraz prywatności obywateli.
  • Autor wiąże incydent z krytyką obecnego rządu i kierownictwa resortów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, zarzucając im brak kompetencji, osłabianie służb oraz niewłaściwe zarządzanie obszarem cyberbezpieczeństwa.
  • Tekst przywołuje także wcześniejsze przypadki związane z bezpieczeństwem państwa (m.in. sprawę szpiega w warszawskim ratuszu i obecność chińskiego robota w porcie wojskowym), przedstawiając je jako przykłady systemowych zaniedbań i argument na rzecz tezy o pogarszającym się poziomie bezpieczeństwa w Polsce.

 

Problem w tym, że jest totalnie odwrotnie, bo bezpieczeństwo nie polega na sprawianiu wrażenia profesjonalisty, tylko na wiedzy i doświadczeniu. Na pracy, przewidywaniu ryzyka, procedurach, kontroli dostępu i odpowiedzialności za decyzje.

Dziś mamy sytuację, w której służby i instytucje mierzą się z jednym z największych incydentów cyberbezpieczeństwa w historii Polski. Dane z systemów MyDr mogły zostać wykradzione na skalę sięgającą 19 milionów osób. Dla poważnych ludzi to potężny problem, w końcu dotyczy danych połowy Polaków, a dla nich? Kolejny temat do „odbębnienia” na konferencji prasowej, by jak najszybciej wrócić do politycznej i/lub ideologicznej młócki. Nie ma przypadku, że kluczowy resort, czyli ministerstwo cyfryzacji przypadło komu? Kawiorowej lewicy.

A temat jest wyjątkowo poważny, bo jest to potencjalny problem bezpieczeństwa milionów obywateli, a dane medyczne są jednymi z najbardziej wrażliwych informacji, jakie można posiadać. Jak i kiedy oraz przez kogo zostaną wykorzystane? Ciężko przewidzieć.

 

Polskie paszporty w rękach Kremla

Pamiętacie szpiega w warszawskim ratuszu? Tomasz L. pod okiem urzędników Rafała Trzaskowskiego przez pięć lat wynosił z archiwum dane i dokumenty, które umożliwiały rosyjskim służbom tworzenie tzw. nielegałów, czyli fałszywych tożsamości, które pozwalają uśpionym agentom działać na cudzych personaliach, z nowym życiorysem. Przez lata L. był nietykalny, tym bardziej, że wcześniej z nadania Radosława Sikorskiego znalazł się w komisji likwidacyjnej WSI. Ostatecznie po zmianie władzy, za rządów Prawa i Sprawiedliwości, dzięki systemowi Pegasus udało się namierzyć pracującego dla Rosji szpiega, ale że pod obserwacją byli również ludzie podejrzani w sprawach kryminalnych, a mający pośrednie lub wprost związki z partią Donalda Tuska, to Pegasusa wyrzucono do kosza.

Dlaczego wspominam o tym szpiegu? Ano dlatego, że do dziś w rękach Kremla znajdują się polskie paszporty i z pewnością nieraz już były i będą wykorzystane. Jak choćby stało się w marcu br., gdy złapano „turystę” Azerbejdżanina z polskim paszportem fotografującym tysiącami zdjęć bazę Souda na Krecie, czyli po prostu ruch okrętów NATO i USA.

Z każdym miesiącem jest coraz gorzej, bo po pierwsze służby są sukcesywnie rozmontowywane, a po drugie obsadzane partyjnymi pionkami. Wystarczy powiedzieć, że na ich czele na zmianę znajdował się jeden oficer polityczny Donalda Tuska (Tomasz Siemoniak) i drugi (Marcin Kierwiński). Amatorzy, których różni tylko tyle, że jeden jest sympatyczny, a w drugim kultury osobistej jest tyle co wiedzy i inteligencji.

 

Wykradzione dane to nie wszystko

W tym samym czasie oglądamy kolejny obrazek: chiński humanoidalny robot Unitree G1 pojawia się w porcie Marynarki Wojennej. Na filmiku opublikowanym dla „lajków”. I nie chodzi o byle jakiego robota, w końcu firma Unitree Robotics została w czerwcu 2026 r. wpisana przez amerykański Departament Obrony na listę Chinese Military Companies (Section 1260H), obejmującą podmioty uznawane przez USA za wspierające chińską strategię wojskowo-cywilnej fuzji.

Technologia nie musi z definicji oznaczać zagrożenia, a wręcz przeciwnie, dawać bezpieczeństwo obywatelom. Jednak do tego istotnego rozróżnienia potrzeba kompetentnych patriotów – nie „uśmiechniętych” amatorów. Chodzi o elementarną zasadę bezpieczeństwa: kto i na jakiej podstawie dopuścił obce urządzenie do przestrzeni wojskowej? Odpowiedzialnych brak, wpis z mediów społecznościowych pracownicy resortu skasowali i dla nich problem został rozwiązany. Można pójść pograć w CS’a.

A w Polsce mamy problem znacznie większy niż durny filmik promocyjny. W bezpieczeństwie najgroźniejsze nie są pojedyncze błędy. Najgroźniejsza jest kultura, w której błędy bezpieczeństwo jest tylko hasłem na PR-owym opakowaniu, a kolejne kompromitacje przestają kogokolwiek szokować. I właśnie dlatego tak groteskowo brzmią opowieści o „profesjonalistach”, którzy mieli przywrócić państwu standardy. Profesjonalizm poznaje się nie po groźnych minach, liczbie wojskowych w tle na konferencjach prasowych. pięknych słowach i deklaracjach, ale po tym, czy system wytrzymuje kontakt z rzeczywistością i przede wszystkim: czy obywatele mogą czuć się bezpiecznie.

 

Niebezpieczny cyrk

Bo jeżeli nie potrafisz ochronić danych milionów obywateli, a wrażliwa infrastruktura państwa wymaga ciągłego gaszenia pożarów, jeżeli procedury bezpieczeństwa w obiekcie wojskowym okazują się niewystarczające, a jednocześnie energia rządu idzie w polityczne polowania i medialne szopki, to trudno mówić o profesjonalizmie.

Można powiedzieć brutalnie: ci ludzie nie powinni odpowiadać nawet za bezpieczeństwo naleśnikarni. Bo tam również trzeba wiedzieć, kto może wejść na zaplecze, co znajduje się w kuchni i czy ktoś nie wyniesie danych klientów razem z rachunkiem. Polskie państwo jest jednak trochę bardziej skomplikowane niż naleśnikarnia, a bezpieczeństwo nie może być spektaklem na potrzeby Tik Toka. Albo pretekstem do kolejnych wojenek z prezydentem jak wtedy, gdy Donald Tusk próbował awansować swoich ludzi, których jedyną „zasługą” było uczestnictwo w operacji nielegalnych i wrogich wobec demokracji i kandydata opozycji (dziś prezydenta Karola Nawrockiego) działań. Ale to już na inny tekst. Przy okazji (oby nie, ale czy powinniśmy się łudzić?) ich następnej kompromitacji.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 12.08.2026 22:30
Źródło: Tysol.pl