Szukaj
Konto

Rozliczenia PiS – analiza efektów i błędów strategii

Rozliczenia PiS – analiza efektów i błędów strategii
Źródło: tysol.pl | Autor: Proj. L. P. | Licencja: Tygodnik Solidarność | Oczy
Donald Tusk nie dopadł pisowców, nie powsadzał ich do więzień, nie odebrał majątków. Odwet się nie udał, ale dążenie do niego zatruło Koalicję Obywatelską, a właściwie cały obóz rządzący. Gdzie właściwie popełnili błąd?
Co musisz wiedzieć:
  • Według autora, strategia „rozliczeń” i odwetu zapowiadana przez rząd Donalda Tuska nie przyniosła zakładanych efektów.
  • Tekst twierdzi, że próba szeroko zakrojonej ofensywy przeciw byłym politykom PiS doprowadziła do ich konsolidacji.
  • Autor uważa, że polityka oparta na rewanżyzmie osłabia państwo.

Nawet zemsta nie wyszła

Teoretyk wojny Carl von Clausewitz – nawiasem mówiąc, wyjątkowo nienawidzący Polaków – pisał, że ofensywa nie może trwać wiecznie. Im dłużej rozciąga się w czasie, tym bardziej słabnie jej impet. Premier Tusk najwyraźniej nie zapamiętał tego fragmentu dzieła pruskiego generała, bo antypisowską kampanię zapowiedział na całą kadencję. Tymczasem już po pierwszych miesiącach było widać, że przynosi ona katastrofalne skutki – zarówno dla jego formacji, jak i dla państwa.

Początkowe sukcesy – siłowe zajęcie mediów publicznych i prokuratury, posłanie za kratki posłów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, pozbawianie kolejnych polityków immunitetów, wsadzenie do aresztów i torturowanie księdza Michała Olszewskiego oraz urzędniczek odpowiedzialnych za wydawanie pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości, szantażowanie Pawła Szopy czy próba złamania Anny Wójcik, byłej dyrektor biura Mateusza Morawieckiego – miały doprowadzić do zastraszenia i złamania wszelkiego oporu. Stało się jednak odwrotnie. Represje skonsolidowały nie tylko partię Jarosława Kaczyńskiego, ale całą prawicę. I to na tyle mocno, że przyniosły sukces wyborczy Karolowi Nawrockiemu. Cała konstrukcja odwetu, dla niepoznaki nazywanego rozliczeniami, okazała się z wielu powodów nieskuteczna.

 

Opór materii

Najistotniejszym elementem porażki były same zarzuty. Tusk i jego obóz wytworzyli wśród części wyborców obraz gigantycznych nadużyć dokonywanych przez polityków PiS. Mieli oni ukraść dziesiątki, a nawet ponad sto miliardów złotych. Zaufany premiera minister Maciej Berek mówił publicznie, że już tylko w pierwszych tygodniach doliczono się wyprowadzenia miliarda złotych, a to miał być dopiero początek. Bizancjum miał stworzyć prezes Orlenu Daniel Obajtek, a zaprzyjaźnione z PiS środowiska ciągnąć setki milionów bez żadnych procedur.

Aby sprostać temu obrazowi, prokuratorzy musieli stawiać zarzuty, choćby częściowo odpowiadające skali bezeceństw, których mieli dopuścić się pisowscy ministrowie. Starali się odpowiedzieć na stworzone wrażenie państwa mafijnego, gdzie kwitła korupcja i złodziejstwo na niespotykaną dotąd skalę. Obraz ten jaskrawo rysowały przyjazne rządzącym media, więc początkowo efekt był piorunujący. Jednak tu właśnie zabrakło refleksji von Clausewitza.

Ofensywa musiała ugrzęznąć w bagnie przepisów, procedur i ludzkich charakterów, które – mimo kampanii nienawiści sianej przez internetowe szwadrony Romana Giertycha – nie ugięły się pod presją woli wodza. Powoli, ale systematycznie w sądach przepadały kolejne stawiane zarzuty, wnioski o areszty czy europejskie nakazy aresztowania. W koszu lądowały wymuszone przez prokuraturę zeznania i bezzasadne wnioski o zajęcie majątków. Wrogowie Tuska wychodzili na wolność i śmiali mu się w twarz. Pokazywali, że nie jest wszechwładny, a nawet nie wydaje się specjalnie groźny.

Nie pomagało odsuwanie na boczny tor niewygodnych sędziów i prokuratorów. Ciągle pojawiają się nowi, na tyle przyzwoici, by prawo i własne sumienie traktować poważnie. Premier i jego kolejni ministrowie sprawiedliwości przeżywali więc kompromitacje, jedną za drugą. Stać ich było tylko na kolejne groźby, pohukiwania i zapowiedzi, których nikt już nie bierze poważnie. To zaś budzi frustrację wszystkich tych, którzy Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego, Zbigniewa Ziobrę i innych oczami wyobraźni widzieli już za kratkami. Ich wielkie marzenie się nie spełniło.

 

Pełne zepsucie

Chińskie przysłowie mówi:

„Ten kto szuka odwetu, powinien wykopać dwa groby”.

Zasada ta obowiązuje nie tylko w życiu prywatnym, ale też politycznym. Chwilowa satysfakcja z poniżenia kilku posłów nie przyniosła wcale trwałej radości tym, dla których życie społeczne nie ogranicza się do wendety. Co więcej, doprowadziło do kompletnej demobilizacji newralgicznego koalicjanta KO, czyli Trzecią Drogę.
Tylko jednostki absolutnie zdeprawowane i zdegenerowane czerpią rzeczywistą przyjemność z nieszczęścia innych osób. Nawet jeśli dotyczy to politycznych przeciwników. Czym innym jest ich pokonać, czym innym upodlić. Tego rodzaju patologiczne zachowania wśród sportowców są potępiane, a nawet karane. W korporacjach podobne osoby uznaje się za toksyczne i się usuwa, gdyż wprowadzając szkodliwe zasady, szkodzą całemu zespołowi.

Dla polityków Koalicji Obywatelskiej poniewieranie pisowców miało być szczytem satysfakcji. Radością, którą można by się upajać, a nawet upijać. W rzeczywistości jednak pozbawiło ich siły do realizacji zadań, których wymaga rządzenie. Dwa i pół roku sprawowania władzy to jedynie stagnacja i zadłużanie państwa. Szef rządu chwali się tylko tym, co zostało rozpoczęte jeszcze w czasie rządów PiS.

 

Wszystko się odkłada

Przyczyna demobilizacji tkwi w nielubianym w polityce pojęciu, czyli moralności. Stałe przekraczanie jej zasad prowadzi do zniszczenia. Immanuel Kant powiedziałby pewnie, że takim ludziom coraz trudniej żyć z samymi sobą. Być może zresztą jest to sedno sprawy.

Odpowiedzialność za cierpienia innych ludzi, często niewinnych, nie pozostają bez śladu. Trudno przejść do porządku dziennego z próbą samobójczą dziecka prześladowanej urzędniczki czy torturami stosowanymi wobec księdza, który chciał pomagać ofiarom przestępstw. Nawet jeśli zarzuty dotyczące niewłaściwego prowadzenia ksiąg są prawdziwe, to nie usprawiedliwia to traktowania go jak zbrodniarza czy gangstera. A już na pewno systemowego poniżania i odmawiania jedzenia. To wszystko gdzieś się odkłada i prowadzi do upadku.

 

Przemoc i propaganda

Do tej pory w polityce obowiązywał konsensus, zgodnie z którym najważniejsze jest prawo, a więc odpowiedzialność polityka jest tam, gdzie udowodniono mu winę. Aby go zatrzymać, trzeba było mieć twarde dowody. Jak choćby w przypadku Sławomira Nowaka czy Romana Giertycha.

Ekipa Tuska postanowiła całkowicie zerwać z tą zasadą. Przestępstwo nie musi być dowiedzione, ale domniemane. Chodzi o wrażenie, skandal, odarcie ludzi poprzedniej władzy z godności. Nie są istotne fakty, ale medialno-propagandowa machina, która ma ich przemielić, rozwałkować i złamać.

To patologiczne pojmowanie polityki przyniosło dwa główne, negatywne skutki. Pierwszy to efekt mrożący wśród pracowników administracji państwowej, menedżerów spółek skarbu państwa i części polityków obozu władzy. Żądza zemsty Donalda Tuska i jego zaplecza spowodowała paraliż działalności państwowych instytucji, także tych odpowiedzialnych za dostarczanie dowodów (prawdziwych lub spreparowanych) na polityków PiS. Ze strachu i przyzwoitości nie chcą uczestniczyć w procederze, który za jakiś czas może dotknąć także ich. Cnotą stało się więc niepodejmowanie decyzji, przeciąganie spraw, unikanie wszelkiej odpowiedzialności.

Drugi skutek był jeszcze bardziej dotkliwy dla rządzących. Prześladowani i poniewierani politycy zaczęli budzić więcej sympatii od tych, którzy dzierżą władzę. Utożsamiamy się raczej z tymi, którzy niesprawiedliwość cierpią, niż z tymi, którzy ją zadają.

Nieskuteczność wynikająca z absurdalności zarzutów, którą bez litości obnażają sądy i niezależne od władzy media, powoduje, że władza przestaje być groźna, a staje się groteskowa. Jej zapowiedzi przyspieszenia twardych rozliczeń nie robią już wrażenia ani na politykach opozycji, ani na elektoracie. Ot, kolejna propagandowa zagrywka.

 

Ścieżka w dół

Wbrew temu, co uwielbiają powtarzać specjaliści od marketingu, polityka nie jest grą pozbawioną zasad i moralności. Istotne jest zachowanie balansu między cynizmem i przestrzeganiem ustalonych reguł. Władza zawsze znacznie lepiej radzi sobie sama ze sobą, ale też łatwiej komunikuje się ze społeczeństwem, gdy realizuje program pozytywny. Jeśli stara się tworzyć, budować, reformować i odpowiadać na oczekiwania społeczne. Mniej czasu i energii musi wówczas spędzać na prowadzeniu działań destrukcyjnych, mających zdestabilizować szeregi przeciwnika.

Tusk wybrał ścieżkę prowadzącą zawsze w dół. Miał nadzieję, że wystarczy mu brutalności, by siłą podporządkować sobie wszystkie struktury państwa. Nawet te cieszące się względną niezależnością. I tu popełnił fundamentalny błąd. Niewielu ludzi opętała taka żądza zemsty, jak jego samego. Dodatkowo nie docenił siły polskiego państwa i tworzących go instytucji. Nawet fala przemocy i korzystanie z usług osiłków nie złamały niezależności myślenia i postępowania ludzi ukształtowanych według zasad wolności.

Nie docenił także przeciwnika. Jego zdolności mobilizacyjnych oraz poparcia zwykłych ludzi. Otoczony oficerami komunistycznych i postkomunistycznych służb zbyt mocno uwierzył w ich siłę i zdolności do dezintegracji przeciwnika. Jakby zapomniał, że komunizm w Polsce przegrał właśnie dlatego, że był pozbawiony wartości. Jego jałowość przestała być atrakcyjna i przyciągała karierowiczów pokroju Włodzimierza Czarzastego.

Żadne kolejne wnioski o uchylenie immunitetów nie przyniosą już zadowolenia fanatycznym zwolennikom Tuska i jego wendety. Dziś, dwa i pół roku po przejęciu władzy i uruchomieniu potężnej machiny nienawiści, są raczej dowodem, że i na tej płaszczyźnie premier poniósł klęskę.

[Tytuł, niektóre podtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 12.06.2026 21:44
Źródło: Tygodnik Solidarność 23/2026, oprac. Ludwik Pęzioł