PiS wzmacnia Tuska, czyniąc z niego „nadprzyrodzonego wroga”

- Zdaniem autora, PiS, przypisując Donaldowi Tuskowi cechy „nadprzyrodzonego wroga”, paradoksalnie wzmacnia jego pozycję i buduje jego polityczną legendę.
- W rzeczywistości Tusk jest przedstawiany w tekście jako polityk mało sprawczy, który jednak dobrze odnajduje się w sporze i polityce opartej na konflikcie zamiast na programie.
- Zwraca się też w nim uwagę, że polityka oparta na inwektywach i polaryzacji bardziej sprzyja Koalicji Obywatelskiej niż jej przeciwnikom.
Donaldowi Tuskowi właściwie nic nie wychodzi. Ściganie PiS-owców stanęło w miejscu, pacjenci odsyłani są z kwitkiem, bezrobocie rośnie podobnie jak ceny w sklepach. Nawet sojusznicy przyznają, że nie udało się przeprowadzić żadnego znaczącego projektu czy reformy. Głosy niezadowolenia ze sposobu sprawowania władzy oraz braku programu płyną już nie tylko z opozycji, lecz także z koalicji oraz środowisk stanowiących naturalne zaplecze obecnej władzy – mediów, wyższych uczelni oraz organizacji pracodawców.
Stało się jasne, że ekipa trzymająca władzę utraciła już zdolność do poprawy sytuacji gospodarczej i społecznej oraz realizacji planu rozwoju. Jest zdolna jedynie do wywoływania awantur, które pogłębiają podziały społeczne, ale mobilizują najbardziej radykalne światopoglądowo grupy fanatyków. Przykładem jest choćby próba pociągnięcia do odpowiedzialności współpracowników prezydenta, którzy mieli doradzać mu, by nie odbierał ślubowania od czworga – nielegalnie zdaniem głowy państwa – wybranych przez Sejm sędziów Trybunału Konstytucyjnego czy legalizowanie tylnymi drzwiami związków partnerskich.
W obu tych kwestiach nie chodzi o odpowiedź na oczekiwania elektoratu, ale raczej unurzanie politycznych przeciwników w jałowym sporze oraz sprowadzenie rywalizacji do bójki podpitych chuliganów na blokowisku. Polityka wyzuta z programu, a przede wszystkim z pojęcia dobra wspólnego, staje się tylko pojedynkiem łobuzów. W tej kategorii ukryty pod dobrymi garniturami Donald Tusk czuje się doskonale – nikt przecież nie pokona go w prymitywnych odzywkach, kłamstwach czy rzucaniu insynuacji.
Wielki i groźny Tusk
Jednym z fundamentalnych błędów, jaki popełnia PiS w sporze z obecną władzą, jest przypisywanie obecnemu premierowi cech wielkości i sprawczości. Politycy tej partii jak mantrę powtarzają, że Donald Tusk jest „niemieckim agentem”, „największym zagrożeniem dla demokracji” czy „filarem antyamerykańskiej polityki w Europie”. Zdają się nie rozumieć, że żadne obraźliwe określenia – trywialne czy błyskotliwe – nie powodują, że poparcie dla szefa rządu topnieje. Wręcz przeciwnie. Kreowanie go na sprawcę całego zła oraz demiurga sterującego mrocznymi mocami raczej buduje jego legendę. Kreuje go na postać wszechmocną, tajemniczą, posiadającą sieć tajnych powiązań z najsilniejszymi politykami w Europie.
Im bardziej PiS robi z niego współczesne wcielenie diabła, tym bardziej przekonuje swoich wyborców, szczególnie tych najradykalniejszych, że nie jest w stanie go pokonać. Skoro – stojąc na czele mocy ciemności – odebrał władzę konserwatystom oraz jest zdolny do sterowania nastrojami w polskiej polityce, to musi posiadać jakąś tajemną siłę.
Budowanie demoniczności i wszechwładzy Donalda Tuska jest więc odbierane jako przejaw strachu. Przy tak wykreowanym przeciwniku skutecznym narzędziem powinny być raczej egzorcyzmy niż zasady demokracji oraz zwykłej politycznej konkurencji. Do pokonania go potrzebny wydaje się więc sojusz sił światła, bo w pojedynkę nie da się wygrać z wcielonym złem.
W dużej mierze to samo PiS buduje więc obraz teflonowego premiera, który jest nie do ugryzienia. Nawet jeśli szef rządu nie cieszy się popularnością wśród Polaków – zdecydowana większość chce jego odejścia – to przeciwnicy, nadając mu cechy nadprzyrodzone, wyłączają go w pewnym sensie z politycznej konkurencji. Przenoszą go do osobnej kategorii postaci obdarzonych wyjątkową mocą.
Kim on jest naprawdę?
W rzeczywistości Tusk jest przecież kimś zupełnie innym. Jan Rokita celnie opisał go jako osobę, która do perfekcji opanowała metody zamieniania społeczeństwa w motłoch. Człowieka potrafiącego uaktywniać w ludziach najgorsze i najbardziej podłe cechy. To jednak nie świadczy o jego nadludzkiej mocy, ale jedynie zdolności do destrukcji.
Gdy odrzucimy na bok wizerunek polityka będącego ucieleśnieniem zła, dostrzeżemy, że jest po postać groteskowa. Nie wpuszcza na swoje konferencje niewygodnych dziennikarzy, gdyż boi się trudnych pytań. Unika udzielania wywiadów w mediach, które nie składają mu wiernopoddańczych hołdów, bo doskonale wie, że nie wytrzyma konfrontacji z faktami. Przekonał się o tym boleśnie podczas kampanii prezydenckiej, gdy próbując dotrzeć do wyborców umiarkowanych, wszedł do jednego studia z Bogdanem Rymanowskim. Kilka prostych pytań wprawiło Tuska w stan rozedrgania. Jąkanie i kompletne pogubienie się pieczętowało przegraną Rafała Trzaskowskiego, w której Tusk miał spory udział.
Krótkie filmy obnażające jego kłamstwa robią furorę w internecie, a sam premier stał się chodzącym memem. Niemal każda jego wypowiedź nadaje się do wykpienia, z czego zresztą coraz częściej korzystają stand-uperzy i kabareciarze.
Eksponując srogie miny, mrużąc oczy i cedząc słowa z udawanym przejęciem, Tusk zdaje się być raczej zwykłym kabotynem, który jest w stanie odgrywać swoją rolę wyłącznie w teatrzyku, w którym publiczność stanowią usłużne media. Gdy jego słowa – o przyspieszeniu, sukcesach gospodarczych, znajomości geopolityki, wartościach demokratycznych czy antyrosyjskości – zderzymy z faktami, z groźnego premiera pozostaje jedynie drobny cwaniaczek, którego atutem jest bezczelność i brak jakichkolwiek hamulców.
Pojedynek na wyzwiska
Politycy PiS zdają się jednak tego nie zauważać i toczą z nim spór na inwektywy, jakby sukces w wyborach zależał od tego, kto kogo celniej obrazi. Jałowość tej konfrontacji zawsze sprzyjała i będzie sprzyjać Koalicji Obywatelskiej, gdyż prostackie ataki i chamstwo są sposobami na uaktywnianie liberalnego i lewicowego elektoratu. Poza samym Tuskiem w ugrupowaniu tym są całe zastępy hejterów czy trolli, dla których nie istnieje granica dobrego smaku. Wymieńmy choćby Bartosza Arłukowicza, Romana Giertycha, Witolda Zembaczyńskiego, Konrada Frysztaka, Tomasza Grodzkiego, Dariusza Jońskiego, Adama Szłapkę czy Michała Szczerbę. Każdy z nich jest dowodem na to, że brak standardów może zapewnić sukces, ale jednocześnie sprowadza politykę do absurdu.
Prawica nie jest więc w stanie pokonać Koalicji Obywatelskiej na tym polu, nie tylko dlatego że nie ma swojego „Soku z Buraka” czy zastępów fanatyków z „Silnych Razem”, ale przede wszystkim z powodu innego profilu elektoratu. Nawet najbardziej zajadli konserwatywni wyborcy domagają się odbudowania wspólnoty narodowej. Pragną zgody czy choćby porozumienia, które obniżałoby polityczne napięcie. To fundamentalna różnica pojmowania polityki.
Dla lewicy i liberałów istotny jest podział na lepszych i gorszych, elitę i motłoch, umytych i śmierdzących, myślących i kretynów, Europejczyków i zaścianek. W takiej sytuacji chętniej powierzą rządy w Polsce Niemcom, Brukseli czy obcym agentom niż zatęchłym tępakom z prawicy. Niestraszna im utrata suwerenności, byleby tylko żyć w postępowym kraju, wolnym od prostackiego katolicyzmu i zapyziałych wartości. Dlatego Karol Nawrocki nigdy nie stanie się ich prezydentem i zawsze pozostanie Tadeuszem Batyrem, alfonsem i kibolem, a oskarżenia Tuska o realizację interesów Berlina trafiają w próżnię.
Dla prawicy, a przynajmniej znacznej jej części, każdego mówiącego po polsku łączą więzi silniejsze niż doraźne polityczne podziały. To coś w rodzaju dziejowego i kulturalnego pokrewieństwa każącego nam współdziałać w imię wspólnego dobra. Konserwatyści postrzegają zatem podziały w kraju jako coś w rodzaju kłótni w rodzinie, a lewica jako walkę nowoczesności z zacofaniem. Pierwsi pragną współpracy, drudzy gilotyny – jak ostatnio wyartykułował publicysta Tomasz Jastrun.
Próba sił
Dlatego też wyborcy PiS tak alergicznie reagują na otwarty konflikt w popieranym przez siebie ugrupowaniu. Nie rozumieją, dlaczego partia Jarosława Kaczyńskiego kłóci się o to, czy osiem lat rządów było sukcesem, czy klęską, skoro Polacy poczuli, że żyje im się lepiej, bezrobocie spadło do najniższego poziomu w historii, polscy emigranci zaczynali wracać do kraju oraz ruszały wielkie inwestycje. Dziś sytuacja wygląda tak, jakby zajęte sobą PiS bez walki oddawało władzy własne osiągnięcia. Nie zauważało, że Koalicja Obywatelska, nie mogąc pochwalić się własnymi sukcesami, bezkarnie zajmuje sfery zarezerwowane dla prawicy: od powstrzymania migracji, przez podniesienie świadczeń socjalnych, po modernizację armii.
Politycy PiS sami przekonują swoich wyborców – zarówno tych, którzy odeszli na prawo, jak i do centrum – że popełnili tyle fundamentalnych błędów, że dziś potrzebne jest im katharsis. Nawet nie zrobienia rachunku zysków i strat, wyciągnięcia wniosków z dotychczasowej polityki oraz dokonania korekt, ale przeistoczenia się w coś nowego.
To samobiczowanie jest zwycięstwem tuskowej propagandy, która w części konserwatywnych wyborców, ale też polityków, wzbudziła poczucie wstydu. Dlatego liderzy PiS zamiast prowadzić dialog ze społeczeństwem, ciągle odreagowują przegraną i odpowiadają na rzucane wyzwiska.
Osobą, która wydaje się najlepiej wyczuwać potrzeby prawicowych wyborców, zdaje się dziś Szef Kancelarii prezydenta Zbigniew Bogucki. Bez cienia kompleksów, ze spokojem, ale determinacją i zdecydowaniem obnaża bezsens polityki obecnego rządu i pokazuje, że Donald Tusk jest tylko tym nagim królem, który tak zastraszył klakierów, że boją się to przyznać.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Najgorsi ministrowie Tuska

„Salonik VIP” w szpitalu pogrąża KO. Gigantyczny zasięg afery

Lasek odwołany. Tusk wybrał nowego pełnomocnika ds. CPK

Tusk po aferze w Szpitalu Południowym: "Będę zdeterminowany i bezwzględny"

VIP room widmo w Szpitalu Południowym. Meble wynoszone po cichu






