Marcin Bąk: Biada pokonanym!

Pierwszego września znów będziemy wspominać rocznicę napaści Niemiec na Polskę, będącą zarazem początkiem II wojny światowej. Rocznica to tragiczna, skutki kataklizmu jaki dotknął naszą ojczyznę są odczuwalne właściwie do dzisiaj. Jak doszło do tego, że państwo mieniące się „Siódmym mocarstwem świata” mimo posiadanej nie najgorszej armii, mimo sojuszy zdawać by się mogło solidnych, zostało zaatakowane przez dwóch sąsiadów i padło po paru tygodniach? Jak każde tego rodzaju zjawisko w dziejach, również upadek II Rzeczpospolitej nie miał tylko jednej przyczyny.
Okres dwudziestolecia międzywojennego bywał przez ludzi żyjących w siermiężnej rzeczywistości PRL nadmiernie idealizowany. W rzeczywistości Polska powstała w wyniku I wojny światowej borykała się przez cały ten czas z ogromnymi problemami. Różnice wynikające połączenia ziem należących do trzech zaborców, mozaika etniczna i wyznaniowa, zacofana infrastruktura, ogromne obszary biedy, to tylko niektóre z bolączek młodego państwa. Pisząc o przedwojennej Polsce często zapominamy, jak bardzo były zniszczone ziemie, które weszły w jej skład a zniszczenia te wynikały zarówno z działań wojennych jak i kolejnych grabieży czy rekwizycji przeprowadzanych przez wojska okupacyjne. Dość powiedzieć, że w niektórych dziedzinach gospodarka nie zdołała osiągnąć wyników z roku 1913. Była więc Polska krajem biednym ,wciąż na dorobku, wstrząsanym dodatkowo przez bardzo poważne napięcia wewnętrzne, ostrze konflikty polityczne i narodowościowe. Mieliśmy silną armię a w każdym razie tak mogło się wydawać. Obraz silnego Wojska Polskiego w znacznej mierze ukształtowany został pod wpływem sukcesu w walce z bolszewikami w roku 1920. W istocie, młoda Polska nadludzkim wysiłkiem pokonała wtedy czerwoną Rosję, co dawało podstawy do mniemania o własnej potędze militarnej. Wyobrażenie nie zawsze jest zgodne z rzeczywistością, o czym przekonali się boleśnie Polacy we wrześniu 1939 roku.
Faktyczna słabość armii
Wojsko Polskie było, przynajmniej na papierze, dość silne w porównaniu do innych armii światowych. Trzydzieści dywizji piechoty, dziesięć brygad kawalerii, zdolność do wystawienia kolejnych wielkich jednostek w trakcie mobilizacji – to wyglądało nie najgorzej. Niestety, nie była to armia zdolna oprzeć się dwóm, agresywnym sąsiadom. Sowieci rozwijali w kolejnych pięciolatkach swoje siły zbrojne a będąc państwem totalitarnym nie musieli liczyć się z niczym, na pewno nie z kosztami. Podobnie rzecz wyglądała w Niemczech po dojściu Hitlera do władzy. Ogromny niemiecki potencjał przemysłowy był w stanie w bardzo krótkim czasie przemienić stosunkowo słabą Reichswerę w groźną, nowoczesną machinę wojenną. No właśnie, ta nowoczesność... Budżet polskich sił zbrojnych był dość znaczny. Problem w tym, że znaczna jego część była budżetem wegetatywnym, przeznaczonym na utrzymywanie już istniejących, bardzo rozbudowanych struktur. Na rozwój i modernizację środków brakowało. Przykładowo, nasza kawaleria traktowana całkiem słusznie jako elita armii, pochłaniała ogromne sumy na zakup i utrzymanie koni. Plany modernizacji poprzez częściową przynajmniej motoryzację jednostek kawaleryjskich pozostawały w fazie przygotowań. Podobnie rzecz miała się z innymi rodzajami broni, lotnictwem, bronią pancerną, artylerią czy łącznością. W większości prac współczesnych historyków powtarza się ten sam motyw – były plany modernizacji w każdej chyba dziedzinie, były świetne konstrukcje, już nawet zaczęto je produkować, niestety zabrakło czasu.
Błędna polityka
Słabość armii to jedno, drugą natomiast kwestią pozostaje polityka prowadzona przez władze Rzeczpospolitej, która mimo najlepszych chęci doprowadziła ostatecznie do katastrofy. Do dzisiaj, mimo upływu kilku dekad, nie ustają spory między historykami o to czy dało by się uniknąć klęski albo przynajmniej ograniczyć jej skutki. Czy należało pokładać, przesadne jak się miało okazać nadzieje, w sojuszu z Francją i Anglią? Czy może lepiej było związać się taktycznie z III Rzeszą, przynajmniej na początku wojny a potem w odpowiednim momencie zmienić strony, podobnie jak zrobiło to wiele innych państw, uczestników II wojny. Żadne z nich, nawiasem mówiąc nie wyszło na tym tak katastrofalnie, jak Polska... To jest wszystko kwestia otwarta i raczej już nierozstrzygnięta, gdyż dotyczy historii alternatywnej, w której króluje pytanie „Co by było gdyby”. Mój mistrz akademicki, śp. profesor Paweł Wieczorkiewicz, gorąco zachęcał nas do stawiania takiego pytania. Myślę że politycy, którzy na poważnie traktują swoją rolę, winni zadawać sobie pytania o różne, alternatywne warianty rozwoju sytuacji.
Ciężar klęski wrześniowej pozostaje wciąż duży i w naszym myśleniu o polityce daje o sobie od czasu do czasu znać. Strach przed wojną jest obecny w naszej zbiorowej świadomości i wykorzystywany przez publicystów czy polityków, czasem bardzo cynicznie. Wystarczy tylko wspomnieć o słynnej frazie sprzed lat, wypowiedzianej przez Donalda Tuska, przytoczmy ją zresztą w oryginale – „Te wybory europejskie być może są o tym, czy w Polsce dzieci 1 września w ogóle pójdą do szkoły. Te wybory są o tym, czy Europa - zintegrowana i zjednoczona, NATO świadome powagi sytuacji będą zdolne do realizacji tej fundamentalnej idei, jaka legła u podstaw i NATO, i UE, czyli solidarności w chwilach najcięższych „.
Tyle że samo straszenie wojną nic nie daje dobrego. Żyjemy w takim a nie innym miejscu świata, mamy dwóch wielce niebezpiecznych sąsiadów, których powinniśmy się obawiać najbardziej wtedy, „gdy podają sobie ręce” jak śpiewał Kazik Staszewski. Wprawdzie teraz większość polityków, zwłaszcza strony lewicowo liberalnej, jest przekonana sojusz z Niemcami w ramach NATO jest wieczny ale to świadczy tylko o ich poczciwości. Notowania AfD rosną...
Cóż powinniśmy robić – wyciągać wnioski z przeszłości, zachowywać spokój i nie wypuszczać miecza z ręki!
Komentarze
Niemiecki przemysł traci cierpliwość. Mercedes, BMW i Siemens alarmują
Spór o przyszłość cieśniny Ormuz po amerykańskiej wojnie z Iranem

Eurostat: Ceny paliw w Polsce wzrosły najmocniej w całej UE

Historycznie niskie zapasy gazu w Niemczech. Tak źle nie było od 15 lat

IPN bije na alarm. Na terenie byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego powstaje supermarket








