Szukaj
Konto

Nowe prawo uderzy w dietetyków i zielarzy

Nowe prawo uderzy w dietetyków i zielarzy
Źródło: pexels.com | Autor: Beyzahzah | Licencja: Pexels License | Kobieta w fartuchu, jabłko, laptop
Projekt ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, która ma rzekomo uderzyć w oszustów medycznych i osoby bez kwalifikacji, może okazać się fatalny w skutkach dla tych, którzy pomagają ludziom z problemami zdrowotnymi, takich jak dietetycy, zielarze, naturopaci. Wiele wskazuje na to, że to nie pierwsza taka próba, w której obecny rząd pod przykrywką szlachetnych idei przemyca działanie, które może przynieść więcej szkód niż pożytku. Wystarczy przypomnieć choćby casus wprowadzania do szkół edukacji zdrowotnej, kiedy mieliśmy do czynienia z bardzo podobnym mechanizmem. Projekt ustawy niedawno został przyjęty przez Sejm, trafił do Senatu, w którym prawdopodobnie zostanie przepchnięty. Cała nadzieja w głosie rozsądku z Pałacu Prezydenckiego.
Co musisz wiedzieć:
  • Projekt określany jako „lex szarlatan” ma według rządu chronić pacjentów przed oszustwami i dezinformacją medyczną.
  • Jego krytycy uważają, że może uderzyć również w dietetyków, zielarzy, naturopatów i inne osoby stosujące metody niekonwencjonalne.
  • Po uchwaleniu ustawy przez Sejm i rozpatrzeniu jej przez Senat ostateczna decyzja będzie należała do prezydenta.

W kogo uderzy lex szarlatan?

Od przyszłego roku edukacja zdrowotna (w nieco zmienionym kształcie) ma być przedmiotem obowiązkowym w polskich szkołach. Pamiętamy doskonale, że Barbara Nowacka pod przykrywką ładniej brzmiącej nazwy chciała wprowadzić to, o co bezskutecznie walczyła lewica, czyli edukację seksualną w duchu lewicowo-liberalnym. Przez 8 lat rządów PiS nie było na to szans, ale kiedy do władzy doszła KO, wreszcie otworzyła się na to szansa, choć Nowacka zdawała sobie sprawę, że prawo nie pozwala jej na wprowadzenie edukacji seksualnej jako odrębnego przedmiotu. Trzeba więc było wymyślić zajęcia, w których znalazłoby się miejsce dla edukacji seksualnej. Tak powstała edukacja zdrowotna. To miało zapewnić Barbarze Nowackiej bezproblemowe wprowadzenie lewicowej ideologii do polskich szkół.

Dziś na podobnej zasadzie rząd podejmuje próbę przeforsowania ustawy, która według oficjalnej wersji ma uderzyć w oszustwa, dezinformację i praktyki pseudomedyczne, a w istocie może dotknąć osoby, które naprawdę pomagają innym ludziom, ale w oparciu o metody niekonwencjonalne, często mniej znane i rzadziej stosowane w naszym kraju, albo w te osoby, które zamiast aplikować pacjentom chemiczne leki, próbują zadziałać mniej inwazyjnymi ziołami.

 

Słowa zmieniają rzeczywistość

Nie do końca wiadomo, kto wprowadził do publicznego obiegu nazwę „lex szarlatan”, ale można sądzić, że nie stało się to przez przypadek. Język ma wielkie znaczenie w kształtowaniu opinii publicznej. A skoro w nazwie lansowanego przez rząd projektu jest słowo „szarlatan”, to od razu ustawia debatę publiczną w taki sposób, aby w praktyce zablokować możliwość dyskutowania nad jej sensownością. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby sprzeciwić się walce z medycznymi szarlatanami? Chyba tylko szaleniec. Słownik języka polskiego podaje, że szarlatan to

„oszust i manipulator, który udaje eksperta w jakiejś dziedzinie i wykorzystuje łatwowierność ludzi do czerpania korzyści majątkowych”.

A skoro tak, to nie ma żadnego powodu, aby nad ustawą w ogóle dyskutować. Problem polega na tym, że już na poziomie potocznej nazwy mamy do czynienia z manipulacją, bo ustawa wcale nie jest skierowana tylko przeciw szarlatanom i znachorom.

 

Ochrona przed oszustwami medycznymi?

Problem proponowanych przez koalicję rządową zmian nie sprowadza się oczywiście tylko do kwestii terminologicznych. Ustawa ma być odpowiedzią na problem niesprawdzonych terapii, które mogą odciągać pacjenta od tradycyjnego leczenia. Głównym założeniem jest ochrona zdrowia i życia pacjenta przed oszustwami medycznymi i dezinformacją zdrowotną. Pozornie nie ma się do czego przyczepić. Ustawa wprowadza definicję dezinformacji medycznej jako publiczne rozpowszechnianie lub promowanie (w celu osiągnięcia korzyści) informacji o metodach ⁠„niezgodnych z aktualną wiedzą medyczną, zagrażających życiu lub zdrowiu”.

Już tu pojawiają się wątpliwości, czy na przykład niektóre metody, jak biorezonans magnetyczny, też będą ścigane jako propagowanie dezinformacji i szkodzenie pacjentowi. Nowe przepisy mają również chronić pacjentów przed zniechęcaniem do leczenia, co na przykład w przypadku leczenia onkologicznego może przynieść tragiczne dla pacjenta skutki. Ponadto projekt znacznie rozszerza uprawnienia rzecznika praw pacjenta, który m.in. zyska prawo do wydawania natychmiastowych nakazów wstrzymania szkodliwej działalności jeszcze przed zakończeniem postępowania. Zakłada też olbrzymie kary finansowe do 1 miliona złotych za „naruszanie zbiorowych praw pacjenta”.

 

Czy lex szarlatan zniszczy medycynę naturalną?

Co nie jest specjalnie zaskakujące, projekt zyskał poparcie niemal całej koalicji rządzącej. Jedynie 5 posłów PSL-u było przeciw jej przyjęciu. Przeciw zagłosowali posłowie Konfederacji. Posłowie PiS w większości wstrzymali się od głosu, choć w debacie publicznej wielu z nich w istocie krytykuje założenia projektu. Warto przyjrzeć się najważniejszym zastrzeżeniom i wątpliwościom krytyków projektu, aby zrozumieć, w czym tkwi istota problemu. Podstawowy zarzut wobec projektu ustawy opiera się na przekonaniu, że pod pretekstem szlachetnych intencji nowy pomysł rządu dąży do zniszczenia medycyny naturalnej, ziołolecznictwa, naturopatii i zjawisk pokrewnych.  Potwierdzają to słowa dr. Piotra Rubasa, kaliskiego lekarza praktykującego w Niemczech:

„Jest to ewidentnie próba zablokowania medycyny naturalnej, na czym oczywiście będą korzystać wielkie korporacje farmaceutyczne. Są to rozwiązania nieznane w żadnym innym kraju europejskim”.

Przeciw proponowanym zmianom mocno protestuje Polska Izba Gospodarcza Naturopatów. Jej zdaniem projekt ustawy jest zagrożeniem nie tylko dla tysięcy specjalistów, ale też milionów pacjentów, którzy poszukują alternatyw dla konwencjonalnego leczenia. Sprzeciw budzi fakt, że urzędnicy będą mogli nakładać bardzo wysokie kary na praktyków medycyny naturalnej, jeśli uznają, że „naruszają oni zbiorowe prawa pacjentów”. Pytanie tylko, w jaki sposób mogą oni stwierdzić, że te działania naruszają ów interes.

 

Nieprecyzyjna definicja pseudomedycyny

Poseł Konfederacji Krzysztof Bosak podkreśla, że definicja praktyk pseudomedycznych jest zbyt szeroka, niejasna i nieprecyzyjna:

„Pod pretekstem walki z oszustwami (co jest oczywiście słusznym i szczytnym celem), Ministerstwo Zdrowia chce zniszczyć cały sektor medycyny naturalnej i alternatywnej. W bardzo szerokiej i niejasnej definicji «praktyk pseudomedycznych» zmieści się każdy zielarz, a nawet dietetyk, masażysta czy autor internetowego artykułu o domowych sposobach leczenia. Wyłącznie od rozsądku i dobrej woli rzecznika praw pacjenta będzie zależało, jak bardzo rozszerzy interpretację tej definicji i których zawodów zakaże”.

Nawet jeśli uznamy słowa posła za nieco na wyrost, nie można zamknąć oczu na jego zastrzeżenia.

Środowiska krytyczne wobec projektu ustawy często podnoszą argument olbrzymich kompetencji, które dzięki niej zyskuje rzecznik praw pacjenta. Jeśli prawo weszłoby w życie, mógłby on prowadzić postępowania nie tylko wobec zarejestrowanych placówek medycznych, ale też wobec podmiotów i osób niewykonujących zawodu medycznego. Zyskuje on też prawo do ścigania medycznej dezinformacji. Pytanie, czym jest owa dezinformacja medyczna i kto ma decydować, co jest, a co nie jest dezinformacją. Wystarczy przypomnieć okres pandemii, kiedy za dezinformację była uważana każda narracja, która odbiegała od oficjalnej. Często z rzekomą ochroną przed dezinformacją kryje się kneblowanie debaty publicznej. Nie wiadomo, czy stałoby się tak w przypadku przyjęcia lex szarlatan, ale jest to prawdopodobne.

 

Co zrobi prezydent Karol Nawrocki?

Ustawa o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta została na początku lipca przyjęta przez Sejm. Teraz projekt został przekazany do Senatu, który ma 30 dni na zajęcie stanowiska, czyli prace nad nim w wyższej izbie parlamentu powinny się zakończyć na początku sierpnia. Po zakończeniu etapu senackiego trafi ona na biurko prezydenta, który może ją podpisać, zawetować albo skierować do Trybunału Konstytucyjnego. Na pytanie o ruch w tej sprawie ze strony prezydenta z Kancelarii otrzymałem dość ogólnikową odpowiedź, że

„zgodnie z art. 122 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej prezydent RP podejmuje decyzję w sprawie ustawy po jej uchwaleniu przez parlament i przekazaniu do podpisu przez marszałka Sejmu”.

Nie ma wątpliwości, że ochrona pacjentów przed różnej maści hochsztaplerami, którzy nie mają żadnej wiedzy medycznej bezpodstawnie obiecują szybkie efekty swoich cudownych kuracji, wymaga uporządkowania. Jednak lex szarlatan pod przykrywką szlachetnych intencji może okazać się batem na środowisko medycyny naturalnej również przez oddanie zbyt dużej władzy rzecznikowi praw pacjenta. Dla jego krytyków, którzy określają go też mianem „Lex Big Pharma”, jest on kolejnym krokiem faworyzowania wielkich koncernów farmaceutycznych.

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 28.07.2026 12:38
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 30/2026, oprac. Ludwik Pęzioł