Zdzisław Krasnodębski: Nauczycielka życia czy instrument władzy

- Autor argumentuje, że historia jest dziś przede wszystkim narzędziem polityki i „soft power”.
- Tekst opisuje, jak powojenne Niemcy zbudowały nową tożsamość poprzez rozliczanie nazistowskiej przeszłości.
- Zdaniem autora niemiecka polityka pamięci stosuje odmienne standardy wobec różnych narodów.
Nie jest rzeczą przypadku, że jedną z pierwszych instytucji finansowanych z „Zachodu”, które powstały w Polsce, był Niemiecki Instytut Historyczny. Miał on nie tylko kształcić niemieckich specjalistów od polskiej historii, ale i nauczyć polskich historyków – i Polaków w ogóle – właściwego stosunku do swojej oraz niemieckiej i europejskiej przeszłości.
Trudno się dziwić, że naród o takiej przeszłości jak Niemcy tak wielką wagę przypisywał polityce pamięci. Przeszłość była w Republice Federalnej Niemiec czymś, co koniecznie trzeba było „przezwyciężyć”, by znowu stać się suwerennym państwem. Jednym z charakterystycznych dla niemieckiej kultury politycznej Republiki Bońskiej było „Vergangenheitsbewältigung” – ciągła refleksja nad winą i odpowiedzialnością za zbrodnie III Rzeszy przy jednoczesnym silnym przeciw temu oporze i zatrzymaniu rozliczeń prawnych.
Początek tego procesu to eseje Tomasza Manna z okresu wojny i tużpowojennego czy słynna rozprawa Karla Jaspersa o problemie winy z 1946 roku. Potem regularnie toczyły się wielkie debaty publiczne na temat nazistowskiej przeszłości, począwszy od roku 1961 i tak zwanej „Fischer-Debatte”, przez słynny spór historyków „Historikerstreit”, rozpoczęty artykułem Ernsta Noltego „Przeszłość, która nie chce odejść”, oraz burzliwą dyskusję, którą w 1995 roku wywołała wystawa podważająca legendę „czystego Wehrmachtu”. Także książka Daniela Goldhagena z 1996 roku stawiająca na nowo pytanie o wyjątkowość niemieckiego antysemityzmu rozgrzała niemiecką publiczność. Ostatnią wielką historyczną debatą w Niemczech był w 1998 roku spór, który rozpoczęło przemówienie pisarza Martina Walsera w czasie uroczystości wręczenia prestiżowej nagrody księgarzy niemieckich, gdy skrytykował on rytualizację pamięci o Holokauście i traktowaniu go jako „maczugi moralnej”.
Transnarodowy Holocaust
W sporach tych wygrywali krytycy przeszłości, ale dzięki tej narodowej debacie zbudowano nową tożsamościową narrację, według której Niemcy wyznali i pokonali błędy, oczyścili się i stali się wzorem dla innych. Im bardziej Niemcy przezwyciężali przeszłość, tym bardziej rehabilitowali się jako naród – powoli lata 1933–1945 stały się incydentem.
Prezydent Richard von Weizsäcker, który był oficerem Wehrmachtu i brał udział w ataku na Polskę w 1939 roku, jako pierwszy zasugerował w przemówieniu w roku 1985, że klęskę III Rzeszy trzeba rozumieć jako wyzwolenie Niemiec. W roku 2005 kanclerz Gerhard Schröder poszedł jeszcze dalej, ogłaszając, że Niemcy zostały wyzwolone, zanim wyzwoliły się same. Frank-Walter Steinmeier w 2025 roku nie miał już wątpliwości:
„8 maja 1945 roku zostaliśmy wyzwoleni”,
choć zastrzegł, że dla wielu Niemców w 1945 roku była to klęska trudna do zniesienia, a wyzwolenie przyszło z zewnątrz, bo większość Niemców trwała przy reżimie do końca. Zgodził się z nim kanclerz Friedrich Merz:
„Wyzwolenie Niemiec i Europy spod nazistowskiej tyranii dało nam przyszłość. 8 maja jest dla nas dniem wdzięczności”.
Z pracy nad pamięcią wyłoniły się Niemcy jako moralny lider, jako państwo występujące przeciw militaryzmowi, nacjonalizmowi, partykularyzmowi, odwołujące się do filozofii Immanuela Kanta i prawa międzynarodowego. Przezwyciężanie przeszłości zmieniło się w dość mechaniczne rytuały ekspiacyjne, w których Niemcy stali się mistrzami, a potępienie nacjonalizmu pozwoliło im nie tylko odbudować dumę narodową, lecz także stworzyć nową formę ekspansjonistycznego nacjonalizmu – zgodnie z prawami dialektyki. W miarę, jak Niemcy coraz bardziej ukazywały się wyzwolone, a nie pokonane w 1945 roku, Holocaust stawał się coraz bardziej uniwersalnym zjawiskiem europejskim, a nie czymś wynikającym z niemieckiej historii. Aż w końcu doszli do „transnarodowego Holokaustu” dzięki przełomowemu dziełu, które powstało także w rezultacie badań, jakie jego autor prowadził w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie.
Usłużność polskich intelektualistów
Polacy, których zasługi w „wyzwalaniu” Niemiec pomijano, nie do końca zgodzili się na „przezwyciężanie” swojej przeszłości. Można było oczywiście liczyć na lewicę, która dziś dominuje na polskich uniwersytetach i w instytutach naukowych w stopniu o wiele większym niż w późnym PRL. Powstały placówki w rodzaju Centrum Badań nad Holocaustem PAN czy Centrum im. Willy’ego Brandta. Nad dialogiem polsko-niemieckim czuwał instytut w Darmstadcie i osławiona „Grupa Kopernik”. Także środowisko „Gazety Wyborczej”, które nie może otrząsnąć się po traumie 1968 roku, ochoczo włączyło się w proces uwalniania Polaków od narodowo-katolickich błędów przeszłości. Z zainteresowaniem przyjęto w Niemczech tezę, że w 1939 roku Polacy postąpili niemądrze, podejmując walkę z Hitlerem. W ogóle każda rewizja tradycyjnej polskiej narracji historycznej, heroizująco-romantycznej, była traktowana życzliwie.
Jednak badania, które dotyczyły postaci, zdarzeń i środowisk w Niemczech ocenianych pozytywnie, były po prostu ignorowane. I tak przeciętny Niemiec nigdy się nie dowiedział, dlaczego Andrzej Szczypiorski, kiedyś przywoływany w każdym niemal przemówieniu niemieckiego polityka dotyczącym Polski, nagle został „wygumkowany”, nie usłyszał nic o współpracy Lecha Wałęsy z SB itd. Niemiecka pamięć i wiedza dotycząca Polski zawsze wykazywała zadziwiające luki. Długo nie chciano wiedzieć o zbrodniach wojennych we wrześniu 1939 roku, o Katyniu, o polskich siłach zbrojnych na Zachodzie, o Powstaniu Warszawskim, o zniszczeniu Warszawy, o walce z komunizmem w latach 40. i 50. Zbrodnie na Polakach rzadko kiedy pobudzały emocjonalnie. Niemieccy krytycy polskich „mitów narodowych” mogli natomiast liczyć na zadziwiającą usłużność wielu polskich naukowców i intelektualistów, niezwykle skłonnych do usprawiedliwiania innych i niezwykle surowych dla Polski.
Łagodnie o ukraińskim faszyzmie
Wydawałoby się, że taki sam wysiłek pomocy w przebudowie świadomości historycznej zostanie podjęty w stosunku do Ukrainy, że każda próba relatywizowania zbrodni UPA spotka się z ostrą reakcją zawodowych „przezwyciężaczy przeszłości”. Tym bardziej że Ukraina miała szansę zbudować nową tożsamość na dzisiejszej bohaterskiej obronie przed Rosją, na swojej „prozachodniości” i „prounijności”. Wydawało się, że to Niemcy będą ich do tego zachęcały, że energicznie poprą Polskę w postulacie potępienia ludobójstwa UPA i odcięcia się od faszyzującego nacjonalizmu, że pod adresem prezydenta Wołodymyra Zełenskiego padną słowa krytyki. Tak się jednak nie dzieje.
Można to oczywiście tłumaczyć trwającą wojną i obawą, by nie powielać antyukraińskiej narracji Putina, by nie obniżać motywacji ukraińskiego społeczeństwa. Wojna niewątpliwie w całej Europie zwiększyła zapotrzebowanie na historię heroiczną, a nie krytyczną i na „rozliczenia”. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że faszystowski nacjonalizm ukraiński może liczyć na łagodne, zróżnicowane, a nawet empatyczne oceny, gdy jego ofiarami byli Polacy, a także że obecna ukraińska polityka pamięci wydaje się niektórym politykom użyteczna w budowaniu nowego ładu w Europie Środkowo-Wschodniej.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Ultimatum dla Zełenskiego. Pałac Prezydencki dał Ukrainie kilka dni

„Bandera był rzeźnikiem”. Niemiecka prasa ostro o decyzji Zełenskiego

Anna Wiejak: ABW powinna przyjrzeć się Ukraińcom mieszkającym w Polsce
Wóycicki nie odpuszcza ws. UPA: "To Polska powinna przeprosić Ukraińców"

Nowe ustalenia IPN w Hucie Pieniackiej. "To zbiorowy dół śmierci"







