Szukaj
Konto

Gdy władza nie chce pamiętać

Gdy władza nie chce pamiętać
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Krzysztof Karnkowski | Licencja: Tygodnik Solidarność | Drzewo i piła
Stwierdzenie, że działania przedstawicieli obecnej władzy bardzo często wykraczają poza schemat najbardziej nawet brutalnej bieżącej walki politycznej nie jest przesadnie odkrywcze. Dodanie, że wiele decyzji i zaniechań, wypowiedzi i przemilczeń premiera i jego współpracowników można uznać za antypolskie, jest publicystycznie nośne, lecz przez to przez wielu odbierane jako propagandowe. Niestety jednak, w bardzo wielu aspektach polityki ekipy Donalda Tuska uprawomocnia tak mocne sądy, a ostatnie dni przyniosły kolejną porcję argumentów i uzasadnień – zarówno w podejściu do historii, jak i teraźniejszości. O współczesności piszemy bardzo dużo, więc tym razem skupmy się na polityce historycznej w jej najbardziej obecnie palącym aspekcie.
Co musisz wiedzieć:
  • Autor zarzuca obecnym władzom, że w sporach o pamięć historyczną przyjmują postawę relatywizującą polskie racje.
  • Tekst wskazuje na liczne przykłady ograniczania wsparcia dla instytucji i projektów związanych z polską historią.
  • Zdaniem autora polityka historyczna rządu Donalda Tuska cechuje się brakiem troski o polskie dziedzictwo.

11 lipca obchodziliśmy kolejną rocznicę masakry polskiej ludności Wołynia dokonanej rękami ich zatrutych nienawistną ideologią UPA ukraińskich sąsiadów. Ta zbrodnia powróciła na dobre do polskiej pamięci narodowej. Zauważmy, że działo się to często wbrew politykom, a czasem w wyniku działań grup, którym tak naprawdę wołyńska tragedia przestała być obojętna dopiero wtedy, gdy Ukraina zaczęła uwalniać się z postsowieckich wpływów. Mało kto lub zgoła nikt z tych ludzi nie wspominał o krwawej niedzieli, gdy Polska wspólnie z Ukrainą, rządzoną jeszcze przez Wiktora Janukowycza, organizowała radosne, wspólne święto piłki nożnej – Euro 2012. O Wołyń nie upominali się wówczas również rządzący.

Agresja Rosji na naszego wschodniego sąsiada uczyniła temat jeszcze bardziej niewygodnym, a jednak stopniowo zyskiwał on należną pozycję w społecznej świadomości. Choć dziś wielu radykałów zarzuca PiS uciekanie od tematu, trzeba przypomnieć, że choćby dokończenie kultowego dla nich filmu Wojciecha Smarzowskiego nie byłoby możliwe, gdyby swoim mecenatem nie objęła go rządzona wówczas przez Jacka Kurskiego TVP.

Intensyfikacja putinowskiej agresji dla wielu polskich polityków była sygnałem, że temat należy odłożyć na lepsze czasy, ponieważ Ukraina staje się żywym i krwawiącym buforem między Zachodem i Polską a wielkorosyjskim imperializmem. Inni uważali, że skoro dochodzi do bezprecedensowego zbliżenia między naszymi narodami, należy przekuć je w trwalszą współpracę, może nawet przyjaźń, jednak ta oparta musi być na fundamencie prawdy. Niestety po drugiej stronie narastał zupełnie inny problem: w poszukiwaniu nowych bohaterów i symboli narodowej tożsamości tak podziwiane w Polsce władze w Kijowie zaczęły sięgać po najgorsze, najciemniejsze postacie ze swojej historii. Zaczęły jednoczyć naród wokół Stefana Bandery i jego akolitów.

 

Zewnętrzni arbitrzy

W ostatnich tygodniach zjawisko to przybrało rozmiary wręcz niszczące dla naszych wzajemnych relacji. Ponieważ jednak ten tekst ma opowiadać o polityce krajowej, nie będę kontynuował opisu działań i motywacji strony ukraińskiej, skupiając się na specyficznej reakcji przedstawicieli polskiego obozu rządowego. Choć – i tu ostatni raz spójrzmy na samą Ukrainę – wiele tłumaczyć może fakt, że polityka Kijowa jest dziś zorientowana przede wszystkim na Niemcy, więc i dla Niemiec, kosztem Polski, bardzo wygodna.

Od początku wojny politycy Platformy oskarżali PiS o prorosyjskość, a Radosław Sikorski wraz z Romanem Giertychem szli najdalej, powielając rosyjskie przekazy o aspirowaniu rządu Mateusza Morawieckiego do udziału, wraz z Rosją i Węgrami, w rozbiorze Ukrainy. Jednak, gdy prezydent Karol Nawrocki ostro sprzeciwił się upamiętnieniu przez Wołodymira Zełenskiego „bohaterów UPA”, a politycy PiS i otoczenie Nawrockiego nagłośniło i skrytykowało przekazanie Kijowowi rakiet „Patriot”, politycy KO zaczęli powielać przekaz o nadmiernej „proukraińskości” poprzedników. Równocześnie jednak w swoich wypowiedziach premier i szef MSZ postawili znak równości między akcją prezydenta Ukrainy i reakcją jego polskiego odpowiednika, honorowanie zbrodniarzy i obronę polskiej pamięci sprowadzając do niepoważnej kłótni niepoważnych polityków, do której obaj (i Tusk, i Sikorski) mają zdrowy i równy, „europejski” dystans.

„Radosław Sikorski wbił szpilę prezydentom Polski i Ukrainy”

– donosi, jak się zdaje, z satysfakcją, Onet.

– Dziękuję prezydentom Polski i Ukrainy za to, że podczas szczytu NATO w Ankarze tak intensywnie starają się rozwiązać problem, który sami stworzyli

– komentował Sikorski spotkanie obu głów państw w Turcji.

– Mieliśmy świadomość od samego początku, że aktywni tu będą nacjonalistyczni wariaci po obu stronach

– stwierdza Donald Tusk, odnosząc się do sporu o UPA. Nominalnie i formalnie polski premier ustawia się poza sporem, w którym jego państwo jest stroną, a pamięć historyczna zobowiązaniem.

 

Szukanie symetrii

Tegoroczne obchody rocznicy rzezi wołyńskiej przypadły na bardzo trudny i wrażliwy moment naszych reakcji wzajemnych. Reprezentujący nasz kraj w Kijowie Piotr Łukasiewicz w swoim przemówieniu nie uciekał od przypomnienia powodu obchodów, w których uczestniczył, jednak jego słowa bardziej chyba uszanować chciały wrażliwość ukraińską niż polską. Jak inaczej rozumieć ten fałszywy, świadomy swojej asymetryczności symetryzm?

– Pochylając głowę nad polskimi ofiarami przemocy ukraińskiej na Wołyniu, nie mogę nie wspomnieć o ukraińskich ofiarach przemocy państwa polskiego na terenach dawnej II Rzeczypospolitej, przed wojną i w jej trakcie. To wszystko, co działo się w trakcie II wojny światowej, było straszne i niepotrzebne. Nie tworzę jednak symetrii ani nie stawiam znaku równości między liczbami i jakością cierpień. Mówię po prostu, że pamiętamy i musimy pamiętać o przeszłości, i o tym, co w tej przeszłości było wstydliwe i niegodne. Nie wynosimy na sztandary sprawców tamtej przemocy

– powiedział. Może więc za wcześnie, by przedstawiciel nawet tej władzy pouczył Polaków, że byli sami sobie winni, ale już zaczyna szukać w nich winy. Jakby przedwojenne napięcia narodowościowe uzasadniały tak wynaturzony poziom przemocy, z którym polska ludność zderzyła się latem 1943 roku. Ten przekaz oderwany od emocji społecznych rezonuje i powiela się jeszcze radykalniej w wypowiedziach osób z intelektualnego zaplecza władzy. I tak Sławomir Sierakowski po raz kolejny odmawia uznania zbrodni UPA za ludobójstwo, a Magdalena Środa wraz z Adamem Michnikiem protestują przeciwko ekshumacjom na Wołyniu.

Jednak kłopoty zaczęły się wcześniej. Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów wycofania państwowego wsparcia dla projektu związanego z polską pamięcią historyczną jest Muzeum Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej w Chełmie. Jeszcze w listopadzie 2023 roku resort kultury przyznał miastu 180 mln zł na budowę muzeum oraz Centrum Prawdy i Pojednania im. Lecha Kaczyńskiego. Po zmianie władzy decyzja została jednak cofnięta przez ministra Bartłomieja Sienkiewicza. Chełm wcześniej zaangażował już własne środki w przygotowanie inwestycji i rozpoczęcie pierwszych prac, ale utrata centralnego finansowania postawiła cały projekt pod znakiem zapytania. Późniejsze zapowiedzi stworzenia placówki jako filii Muzeum Wojska Polskiego nie rozwiązały podstawowego problemu, czyli braku zabezpieczonych pieniędzy na realizację inwestycji szacowanej na około 200 mln zł.

 

Nie tylko Wołyń

Oczywiście kłopoty władzy z historią to nie tylko Wołyń. Podobny charakter ma spór wokół Muzeum Polskiego w Rapperswilu. Państwo polskie za czasów ministra Piotra Glińskiego kupiło w 2022 roku hotel Schwanen za około 115 mln zł z zamiarem przeznaczenia go na stałą siedzibę muzeum działającego w Szwajcarii od 1870 roku. Po zmianie rządu odstąpiono jednak od realizacji tego planu. Budynek ma służyć Instytutowi Pileckiego, działalności wystawienniczej i komercyjnej, ale nie jako właściwa siedziba Muzeum Polskiego. W efekcie tysiące poloników nadal pozostają w magazynach, a nieruchomość kupiona specjalnie dla muzeum została pozbawiona swojej pierwotnej funkcji. Nie doszło więc do sprzedaży obiektu, lecz do faktycznej utraty szansy na stworzenie trwałego centrum polskiej pamięci historycznej w Szwajcarii.

Do tej samej kategorii można zaliczyć rezygnację z programu sprowadzania do kraju szczątków zasłużonych Polaków pochowanych za granicą. Przygotowywano między innymi repatriację generała Mariana Kukiela, byłego premiera Janusza Jędrzejewicza, dyplomaty Tytusa Filipowicza i oficera wywiadu Witolda Langenfelda. Po zmianie władzy Kancelaria Prezesa Rady Ministrów poinformowała jednak, że program nie będzie kontynuowany. Odpowiedzialność za opiekę nad grobami została rozproszona między kilka instytucji a IPN, choć może finansować renowacje i zabezpieczenie miejsc pochówku, nie ma kompetencji do samodzielnego prowadzenia repatriacji. W praktyce oznacza to, że groby postaci ważnych dla historii II Rzeczypospolitej i emigracji pozostają za granicą często bez pewności trwałej opieki.

 

Zaniechanie, zaoranie

W kraju przykładem ograniczenia wsparcia jest także Muzeum „Pamięć i Tożsamość” w Toruniu. W 2024 roku resort kultury odmówił przekazania dodatkowych ponad 13 mln zł potrzebnych do ukończenia siedziby i wystawy stałej. Nie jest to wprawdzie przypadek całkowitego odcięcia finansowania, ponieważ placówka wcześniej otrzymała znaczne środki publiczne, jednak decyzja zahamowała dokończenie konkretnego projektu i stała się elementem szerszego sporu o państwowe wspieranie instytucji zajmujących się polską historią i tożsamością.

Podobną politykę Tusk z Platformą prowadził również przed 2015 rokiem. Wśród przykładów z wcześniejszych rządów Donalda Tuska szczególne miejsce zajmuje Fawley Court w Wielkiej Brytanii. Posiadłość ta przez dziesięciolecia była jednym z najważniejszych ośrodków polskiej emigracji, mieściła szkołę, internat, kościół oraz muzeum z cennymi dokumentami i pamiątkami historycznymi. W 2009 roku została sprzedana przez księży marianów prywatnemu nabywcy. Państwo polskie nie było właścicielem obiektu i formalnie go nie sprzedało, ale nie zdecydowało się również na jego przejęcie ani uratowanie. W rezultacie Polonia utraciła ważny materialny symbol swojej obecności w Wielkiej Brytanii, a historyczny ośrodek przestał pełnić swoją dotychczasową funkcję.

Do katalogu zaniechań z okresu rządów PO – PSL można również włączyć problemy z finansowaniem Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce oraz wieloletnie odwlekanie budowy siedziby Muzeum Historii Polski. Projekt ostrołęcki nie otrzymał w 2014 roku dofinansowania z funduszy norweskich, a ministerialny zespół zakwestionował nawet zapotrzebowanie na powstanie takiej placówki. Z kolei Muzeum Historii Polski, choć formalnie działało od 2006 roku, przez lata nie mogło doczekać się własnej siedziby, ponieważ kolejne decyzje inwestycyjne odkładano z powodów finansowych. Mamy wreszcie spory o ekspozycję w Muzeum II WŚ i umniejszanie w nim roli polskich bohaterów, połączone ze spychaniem opowieści o naszym kraju na dalszy plan. Dodajmy do tego spory wokół Instytutu Pileckiego, przez pewien czas kierowanego przez skrajnie germanofilskiego prof. Krzysztofa Ruchniewicza.https://pl.wikipedia.org/wiki/Krzysztof_Ruchniewicz

 

Z historią nie po drodze

Wszystkie te przypadki różnią się pod względem prawnym i własnościowym. Czasem chodziło o cofnięcie wcześniej przyznanej dotacji, czasem o zmianę przeznaczenia kupionej nieruchomości, rezygnację z programu państwowego albo bierność wobec sprzedaży obiektu przez prywatnego właściciela. Łączy je jednak szerszy problem – za rządów Platformy państwo polskie niespecjalnie interesuje się swoją historią, często jest też obojętne wobec jej fałszowania i zakłamywania. 

Co gorsza, choć to już inny temat, wiele instytucji samorządowych opanowanych przez PO chętniej nawiązuje do obcych, przede wszystkim oczywiście niemieckich, tradycji niż polskiego dziedzictwa takich miast jak Wrocław czy Gdańsk. Równocześnie, choć ostatecznie nie podjęto próby przeforsowania tego pomysłu, Platforma od lat powraca do przejętego od postkomunistycznej lewicy planu likwidacji Instytutu Pamięci Narodowej, któremu zmniejszono budżet. IPN był też karany za start Karola Nawrockiego w wyborach – przez kilka miesięcy stał się głównym celem działań NIK paraliżujących częściowo prace Instytutu. Choć premier jest historykiem z wykształcenia, z historią jest mu wybitnie nie po drodze.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 01.08.2026 20:12
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 30/2026, oprac. Ludwik Pęzioł