Szukaj
Konto

Czy Polska i Ukraina mogą uzgodnić wspólną wersję historii?

Czy Polska i Ukraina mogą uzgodnić wspólną wersję historii?
Źródło: Wikipedia | Autor: Fotograf nieznany | Licencja: Wikipedia | Ziemia, kości
Demonstracyjne sakryfikowanie UPA przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, odpowiedź w postaci odebrania mu Orderu Orła Białego i w ogóle wszystko, co nastąpiło pomiędzy Polską a Ukrainą, skłaniają do pytania: Czy uzgodnienie wspólnej wersji historii pomiędzy dwoma narodami jest w ogóle możliwe?
Co musisz wiedzieć:
  • Autor przekonuje, że uzgodnienie wspólnej wersji historii między narodami jest możliwe tylko w wyjątkowych warunkach.
  • Artykuł dowodzi, że spory historyczne nie znikają dzięki bieżącej współpracy politycznej.
  • Zdaniem autora państwo powinno prowadzić politykę historyczną nie tylko w oparciu o prawdę, lecz także z uwzględnieniem własnego interesu.

Historia, czyli dominacja

Kiedy ktoś podnosi tę kwestię, pojawia się z reguły dyżurny przykład Niemiec i Francji jako ilustracja tezy, że nie tylko jest to możliwe, ale też niezbędne – w ramach budowania wspólnej przyszłości. I rzeczywiście – biorąc pod uwagę dzieje obu narodów i mnogość konfliktów między nimi, z apogeum w postaci obu (a zwłaszcza pierwszej) wojen światowych, jest to osiągnięcie spektakularne.

Podobnie spektakularne jak niepowodzenie historycznego dialogu polsko-żydowskiego. Trwającego od lat co najmniej 70, ciągniętego najpierw przez kręgi najbardziej intelektualne i stopniowo się rozszerzającego. Dialogu, który – wydawało się długo – powoli przekształcał wzajemne postrzeganie się obu narodów. Czy może szerzej – obu narodów i obu grup pochodzeniowych, bo przecież ważną rolę odgrywają w nim również obywatele RP pochodzenia żydowskiego, czujący się od zawsze Polakami.

Złudność tych nadziei wykazał kryzys roku 2018 związany z (skądinąd kiepsko przemyślaną, zdradzającą niewiedzę jej twórców na temat i wrażliwości drugiej strony i jej możliwości propagandowo-narracyjne) nowelizacją ustawy o IPN. Nowelizacją wprowadzającą kary za przypisywanie narodowi polskiemu odpowiedzialności za Holocaust. To, co nastąpiło potem w przestrzeni publicznej, uwidoczniło ogromną różnicę wrażliwości i pamięci historycznej pomiędzy Polakami a Żydami. Różnicy istniejącej także wcześniej, ale słabo dostrzeganej chyba głównie dlatego, że po polskiej stronie bardzo nie chciano jej dostrzegać, a po żydowskiej (w sensie: izraelskiej i diaspory pozapolskiej) – wszystkie sprawy związane z Polską traktowano jako marginalne.

 

Wnioski z walca

Zauważmy przy tym, że fakt, iż między Polską a Izraelem w latach poprzedzających wybuch konfliktu panowała międzypaństwowa harmonia czy nawet więcej – współpraca, na przykład między służbami specjalnymi, zwiększała się wymiana gospodarcza i ruch turystyczny, nie zniwelował napięć historycznych ani nie wyeliminował możliwości ich eksplozji przy pierwszej okazji.

Z ustawy strona polska zdołała wycofać się z honorem w zamian za wspólną deklarację obu rządów, zrównującą antypolonizm z antysemityzmem. Jednak ówczesny konflikt, pamięć o propagandowej agresji ze strony Izraela i diaspory, na kształt walca prasującej wtedy Polskę w skali ogólnoświatowej, i przedostanie się do polskiej świadomości wiedzy o tym, że w Izraelu zajmowanie postawy antypolskiej jest wyborczo popłatne, spowodowały, iż w naszej opinii publicznej po raz pierwszy zaczęła – chyba – przeważać opinia „dialogosceptyczna”. Opinia, iż po pierwsze trzeba przyjąć do wiadomości, że wyidealizowane przez naszą pamięć wspomnienia o niegdysiejszym wspólnym bytowaniu są kompletnie niekompatybilne ze wspomnieniami Żydów, a po drugie – że uzgodnienie wspólnej wersji historii czy wręcz wspólnej pamięci jest po prostu niemożliwe. Że zawsze będą istnieć pamięć polska i pamięć żydowska, że zawsze będą one w dużym stopniu ze sobą sprzeczne, i trzeba uznać taką sytuację za trwałą.

Bardzo charakterystyczna sytuacja panuje pod tym względem na południowym Kaukazie. I Ormianie, i Azerowie uważają drugą stronę za oprawców, a siebie za ofiary, i obie gwałtownie nie chcą zaakceptować w żadnym stopniu odmiennej perspektywy. O ile w autorytatywnym Azerbejdżanie istnieje pod tym względem całkowita jedność wizji przeszłości, o tyle w demokratycznej Armenii możliwe są głosy bardziej zniuansowane, ale zasadniczo obraz też jest czarno-biały.
Podobnie jest pomiędzy Serbami a Albańczykami z Kosowa, a także poszczególnymi nacjami wchodzącymi w skład Bośni i Hercegowiny.

 

Znajdzie sobie ujście

Z drugiej jednak strony warto odnotować, że ranga sporów o historię pomiędzy na przykład Polską a Litwą, sporów niezwykle intensywnie wpływających na wzajemne postrzeganie się i kształt relacji jeszcze w latach 90., bardzo spadła. Praca historyków obu stron zredukowała może nie liczbę punktów, które strony postrzegają rozbieżnie, ile skalę tych rozbieżności. Odsetek ludzi po obu stronach (zwłaszcza litewskiej, gdzie niegdyś sporom z Polską udzielano większej społecznej uwagi niż w naszym kraju), dla których jest to ważny element tożsamości czy też jeden z ważnych pryzmatów, przez który postrzegają świat, zmniejszył się radykalnie.

Innymi słowy – możliwość uzgodnienia, do pewnego stopnia, wspólnej wersji historii nie jest oczywista, ale też nie zawsze jest utopią. W części przypadków tego rodzaju działanie udaje się, w części nie.

 

Ale kiedy?

Można tu pokusić się o postawienie pewnych tez.

Po pierwsze, możliwość takiej zmiany staje się bardziej prawdopodobna, kiedy oba kraje są – lub stają się – częścią jednej przestrzeni kulturowej. Ogólne upodobnianie się sprzyja również złagodzeniu spojrzenia na różnice historyczne.

Po drugie, sprzyja temu również redukcja znaczenia, jakie w objętych konfliktem społeczeństwach przywiązuje się w ogóle do historii jako takiej.

Po trzecie wreszcie, sprzyja temu także bardzo zauważalne zmniejszanie wagi samych tożsamości narodowych, charakterystyczne zwłaszcza dla Europy Zachodniej po II wojnie światowej. Tu przykład i model francusko-niemiecki jest najbardziej chyba poglądowy.

Analogiczne zjawisko nie jest natomiast możliwe, jeśli skonfliktowane historycznie narody nie należą do jednej przestrzeni kulturowej i/lub nie przechodzą procesu redukcji znaczenia narodowej tożsamości. Zauważmy przy tym, że w takim wypadku konflikt pamięci i wrażliwości historycznej nie jest skutecznie łagodzony, nawet jeśli dane państwa współpracują ze sobą (przykład Polski i Izraela czy Izraela i Turcji), czy wręcz jeśli ich rządom na wszechstronnej redukcji napięć między społeczeństwami zależy (jak między II RP a III Rzeszą w latach 30. czy do pewnego momentu między III RP a RFN). Gdy tylko okoliczności polityczne na to pozwolą, napięcia, nawet jeśli przedtem tłumione, znajdują sobie ujście i wybuchają z jeszcze większą siłą.

 

Żeby nie było gorzej

Można więc zaryzykować tezę, że jeśli oba skonfliktowane historycznie narody nie należą do wspólnej, większej i integrującej się przestrzeni cywilizacyjnej, to próby zniwelowania tego konfliktu są, niezależnie od stopnia usilności starań, skazane na bezskuteczność. Co nie znaczy, że nie można starać się ich nie eksponować, a może nawet łagodzić. Przede wszystkim – unikać jątrzących gestów, nie po to, żeby wierzyć, iż dzięki temu stanie się lepiej, tylko żeby nie zrobiło się gorzej. W Polsce nie buduje się pomników tych antykomunistycznych partyzantów, których zbyt łatwo można powiązać z mordowaniem Żydów, a w Izraelu, mimo wszystko, nie buduje się pomników ku czci Żydowskich Ubeków.

Przede wszystkim jednak – w takiej rzeczywistości, kształtując i realizując politykę historyczną, trzeba kierować się nie tylko dążeniem do naukowej prawdy. Trzeba też – choć absolwentowi studiów historycznych, a zarazem wyznawcy tezy Melchiora Wańkowicza o tym, że prawda bywa różna w zależności od tego, pod jakim kątem patrzeć na rzeczywistość, ciężko przechodzi to przez usta – kierować się wymogami gry.

Bo wtedy, kiedy druga strona nie uznaje paradygmatu prymatu obiektywnej prawdy nad mitem, mamy niestety do czynienia z używaniem historycznej narracji dla psychologicznego zdominowania partnera. A to jest swego rodzaju gra o sumie zerowej. W takiej grze współpraca nie popłaca, bo nie ma tu zastosowania formuła win-win. Wygrywa ten, kto jest bardziej konsekwentny i bezwzględny. Tę sytuację (filozofię) dobrze, jeszcze w 2017 roku, oddał publicysta Tomasz Gabiś:

„Wyznam szczerze, że odczuwam nawet pewien respekt, ba, podziw wobec Ukraińców (podobnie wobec Turków), że nie pozwalają sobie narzucić takiej wersji historii, w której obsadzeni zostają w roli sprawców «ludobójstwa», że nie mają zamiaru zaakceptować siebie jako «czarnych charakterów» w historycznym dramacie”

– pisał Gabiś.

„Świadczy to o jakiejś witalności narodu ukraińskiego (podobnie jak tureckiego), o zewnętrznej, ale i wewnętrznej (duchowej) suwerenności. Jedynie narody zwyciężone, niesuwerenne, podbite także w sensie duchowym (jak śpiewa w «Targu» Jacek Kaczmarski: «Na dachach naszych domów/ Posągi obcych bogów/ Przed nimi my w pokłonach/ Na naszym własnym progu»), narody z przetrąconym kręgosłupem moralnym i politycznym, z wypranymi mózgami i charakterami, wykastrowane duchowo, godzą się na to, żeby inni – niczym kapłani zwycięskiej religii – narzucali im swoją «prawdę», swoje «prawa», swoją «filozofię życiową», rozliczali ich ze zbrodni i win, żądali od nich, aby prosili o wybaczenie, co jest równoznaczne z dążeniem do osiągnięcia moralnej supremacji. Elita ukraińska, nie uznając polskiej narracji, w której Ukraińców obsadzono w roli «ludobójców», robi to, co każda dbająca o swój narodowy interes elita polityczna powinna czynić: nie dopuszcza, żeby obcy mieli sposobność przygniecenia jej głowy do ziemi, kiedy będzie się kajała za grzechy przodków. Podobnie czynią Turcy, nie chcąc uznać wersji historii, w której są «ludobójcami», czy japońscy patrioci pragnący prowadzić własną politykę pamięci, a nie tę narzucaną Japonii przez Waszyngton i Pekin”.

To jest powiedziane naprawdę ostro. Ale nie trzeba koniecznie godzić się z Gabisiową fascynacją, nazwijmy rzecz po imieniu – skutecznym i konsekwentnie powtarzanym kłamaniem, by stwierdzić, że w pewnej rzeczywistości, takiej, w której partner reprezentuje taką właśnie postawę, w jakimś zakresie tak trzeba.

 

Nie (tylko) o prawdę chodzi

Na przykład – naród, który da sobie narzucić wobec partnera postawę wyrzutów sumienia, spowodowanych swoimi rzekomymi winami, może łatwo osunąć się we wszechstronne i niekończące się zadośćuczynianie. W realizowanie paradygmatu zgodliwości za wszelką cenę. Ofiarowywanie partnerowi raz za razem kolejnych narracyjnych podarunków w nadziei, że w końcu on przecież, ujęty naszą wspaniałomyślnością, nas polubi i wreszcie uzna za brata. Tymczasem jest oczywiste, że taki partner każdy podarunek, złożony przez nas na ołtarzu przyszłej przyjaźni i pojednania, weźmie, nie pokwituje (nawet nie zauważy albo przynajmniej uda, że nie zauważył) i zażąda więcej.

A ponieważ człowiek jest jednością i trudno mu reagować zupełnie inaczej w sferze symboliki i emocji, a inaczej w tej najbardziej realnej, to postawa niekończących się i nieodwzajemnianych ustępstw w obszarze, mówiąc po marksistowsku, nadbudowy może bardzo łatwo skończyć się akceptacją statusu bytu zdominowanego również w obszarze bazy, czyli tym już jak najbardziej będącym domeną polityki realnej.
Dobrze wiedzą o tym architekci polityki izraelskiej. Dobrze wiedzą o tym również, jak wszystko na to wskazuje, ci, którzy kształtują strategię Kijowa.

Politykę pokuty, skruchy, symbolicznych ustępstw i stuprocentowej akceptacji niewygodnej prawdy można bezpiecznie prowadzić tylko w jednym wypadku. Mianowicie z pozycji podmiotu we wszelkich innych obszarach znacznie potężniejszego od partnerów, podmiotu, dla którego znalezienie się w relacjach z nimi w pozycji innej niż całkowicie dominującej jest po prostu czymś z dziedziny fantastyki. Na przykład – będąc Niemcami wobec krajów okupowanych w czasach II wojny.

A to nie jest pozycja Polski wobec Ukrainy.

[Tytuł, śródtytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 20.07.2026 10:23
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 28/2026, oprac. Ludwik Pęzioł