Szukaj
Konto

Biesy, czyli Wildstein o śmierci Pyjasa i "Ketmanie" Maleszce. Historyczny wywiad

Biesy, czyli Wildstein o śmierci Pyjasa i "Ketmanie" Maleszce. Historyczny wywiad
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Tygodnik Solidarność | Licencja: Tygodnik Solidarność | Strona gazety
– Jestem winien memu przyjacielowi przynajmniej tyle, aby wyświetlić okoliczności jego śmierci – mówił Bronisław Wildstein w rozmowie z Antonim Zambrowskim opublikowanej w nr. 47 (688) „TS” 23 listopada 2001 roku. Właśnie wtedy, gdy ujawniono, że Lesław Maleszka krył się pod pseudonimem „Ketman” i przez lata współpracował z SB. Historia zamordowanego Stanisława Pyjasa, tajnego współpracownika wśród jego przyjaciół i ludzi, którzy przez lata próbowali dociec prawdy, stała się jedną z najbardziej wstrząsających historii polskiej opozycji. Rozmowę przypominamy z okazji 45-lecia „Tygodnika Solidarność”.
Co musisz wiedzieć:
  • Bronisław Wildstein wspomina walkę o ujawnienie prawdy o śmierci Stanisława Pyjasa.
  • W rozmowie opisuje, jak doszedł do ustalenia, że Lesław Maleszka był tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie „Ketman”.
  • Wywiad pokazuje również konflikt Wildsteina z częścią dawnego środowiska opozycyjnego wokół ujawniania agentury.

Antoni Zambrowski ("Tygodnik Solidarność"): Wczesnym rankiem 7 maja 1977 roku w Krakowie znaleziono zwłoki studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego Stanisława Pyjasa. Władze podały, że spadł on ze schodów i zachłynął się własną krwią. Pan jednak oglądał zwłoki kolegi.

Dalsza część artykułu przeznaczona jest dla osób z subskrypcją premium

Bronisław Wildstein: Przybiegli do mnie wczesnym popołudniem moi przyjaciele z akademika i powiedzieli, że Staszek został zabity. Pierwsze, co zrobiłem, to z moją narzeczoną Iwoną i jeszcze jednym kolegą poszliśmy do prosektorium. Uprzednio byłem w Zakładzie Medycyny Sądowej, ale zostałem spławiony. Powiedziano mi, że zwłoki są w prosektorium, ale tam nie ma wstępu. Znałem warunki życia codziennego w PRL, więc udałem się tam i powiedziałem cieciowi, że jestem najbliższym krewnym Staszka. Dałem cieciowi sto złotych w łapę (pół litra kosztowało znacznie mniej) i on nas wpuścił, otworzył szufladę i pokazał zwłoki Staszka. Zobaczyłem zwłoki człowieka zmasakrowanego.

 

– Miał zmasakrowaną twarz?

– Zwłaszcza lewą stronę, co jest wynikiem bicia prawą ręką. Dokładniej mówiąc, zmasakrowano mu całą twarz, ale silniej prawą stronę. Łuk brwiowy rozbity jak od ciosu kastetem.

– Z tego wynika, że nie był to skutek zbyt mocnego uderzenia podczas przesłuchania?

– Nie, to był napad. Chcieli go pobić. A gdy bije się zbyt ostro, to można i zabić. To było celowe działanie ubecji. Pamiętam, że trafili wtedy do mnie dziennikarze z Warszawy i jeden z nich, nazwiskiem Roliński, zaczął podchwytliwie: „To co, naczytało się kodeksu Nieczajewa?”. A Nieczajew to był rosyjski nihilista, którego towarzysze zabili jednego ze swoich, jako kapusia, żeby w ten sposób scementować grupę spiskową. (Dostojewski napisał „Biesy” pod wrażeniem tej sprawy). Pomyślałem od razu, że facet jest poinstruowany przez SB. Miano przedstawić nas jako morderców – niby zabiliśmy Staszka, ponieważ kapował. Wyglądało, że esbecja zaplanowała obrzydliwą prowokację. Ta wersja nie była wprawdzie później podtrzymywana, ale mimo to wspomniany wątek kilkakrotnie pojawiał się w tle. Myślę, że spontanicznie ten pomysł nikomu w SB by do głowy nie przyszedł.

Zresztą pobito wtedy parę osób z Komitetu Obrony Robotników, m.in. Mirka Chojeckiego. Po naszych majowych manifestacjach pyjasowskich w Krakowie aresztowano i zamknięto z sankcją prokuratorską cały tzw. młody KOR i wypuszczono dopiero na amnestię 22 lipca: być może tej prowokacji ukręcono odgórnie łeb, gdyż uznano to za zbyt ryzykowne. Po pierwsze – mogło to wywołać zbyt duże protesty w kraju, a po drugie – mogło zaszkodzić reputacji Edwarda Gierka na Zachodzie. Jest to oczywiście hipoteza. Wciąż zbieram dane i usiłuję układać je w całościowy obraz.

 

– Dotarcie do prawdy stało się dla Pana ważnym motywem działalności publicznej na resztę życia?

– Jestem winien memu przyjacielowi przynajmniej tyle, aby wyświetlić okoliczności jego śmierci i starać się dotrzeć do zabójców. Rozwikłanie sprawy śmierci Staszka Pyjasa uważam za swój absolutny obowiązek. Moje możliwości są nader ograniczone, ale jeśli tylko mam jakiekolwiek przesłanki działania, próbuję coś robić w tym kierunku.

 

– Wszystko, co wyszło na jaw, stało się głównie staraniami Pana i Pana kolegów, mimo przeciwdziałania niektórych dawnych przyjaciół z KOR.

– Nie da się ukryć, że niektórzy dawni członkowie KOR dziś sprzeciwiają się naszym działaniom w tej sprawie.

 

Śmierć Pietraszki

– Oprócz Staszka Pyjasa zabito wówczas jeszcze Staszka Pietraszkę?

– Za mało się o tym mówi, a było to takie samo morderstwo, jak i w pierwszym przypadku. Taka sama obrzydliwa zbrodnia. Słabo Pietraszkę znałem, tylko przelotnie z akademika, natomiast Pyjas był jego przyjacielem. Pietraszko był ostatnim z grona przyjaciół Pyjasa, który go widział za życia i był w stanie sporządzić portret pamięciowy człowieka, który towarzyszył Pyjasowi. Wkrótce po jego oświadczeniu w tej sprawie znaleziono go utopionego w Zalewie Solińskim. Myśmy wiedzieli, że miał on hydrofobię i wobec tego unikał wody, a znaleziono jego zwłoki w... czepku pływackim.

Do nas zwrócili się ludzie, z którymi grał on w karty w namiocie nad Zalewem. W pewnej chwili wyszedł na moment się przejść i już nie wrócił. Sekcja zwłok wykazała, że nie utonął sam, lecz go utopiono. Z Bogusiem Sonikiem spotkaliśmy się z tymi ludźmi od kart i oni gotowi byli świadczyć o okolicznościach śmierci Staszka Pietraszki, ale nie przyszli na umówione spotkanie. Boguś Sonik odnalazł jednego z nich, ale on mu powiedział: „Odczepcie się od nas. My nie chcemy mieć nic wspólnego z polityką”. Widać było, że ubecja już ich namierzyła i zdołała postraszyć.

 

– A po co pojechał on nad Zalew?

– Staszek Pietraszko poznał już po śmierci Pyjasa dziewczynę w Żaczku i ona umówiła się z nim nad Zalewem Solińskim. I nie przyjechała. Szukaliśmy jej później, ale ona się rozpłynęła. Kamień w wodę.

 

– SB zapewne wystawiła ją na wabia.

– Wszystko na to wskazuje. W dodatku w przeddzień śmierci Staszkowi zaginął portfel z dokumentami. Wyraźnie ustalano tożsamość przyszłej ofiary.

 

– Czy ta historia ma jakieś przełożenie na sprawę Lesława Maleszki, naszego kolegi z SKS?

– Nie. Został on złamany przez SB i zmuszony do współpracy w kwietniu 1976 roku, kiedy bezpieka wzięła się poważnie za nasze środowisko. Tak on mówi i wszystko wskazuje, że to prawda. Postawy Leszka nie chcę komentować. Ona mówi sama za siebie.

 

Zdemaskowanie Maleszki

– A jak Pan wpadł na pomysł, że to on jest tajnym współpracownikiem SB?

– Przeczytałem na łamach „Tygodnika Powszechnego” z 15 lipca br. fragmenty pracy magisterskiej ubola, który nas inwigilował. Napisał on tę pracę w latach 80. na jakiejś uczelni MSW. Była to praca naukowa z dziedziny inwigilacji. Jako funkcjonariusz SB miał wgląd w tajne dokumenty do użytku wewnętrznego. Gdy przeczytałem te fragmenty, uderzyła mnie nieobecność wśród inwigilowanego grona Maleszki, który był osobą znaczącą w tym środowisku. Praca zawierała sylwetki najbardziej aktywnych osób z SKS, ale znów bez Maleszki. Wniosek sam się nasuwał – Maleszki nie inwigilowano.

 

– Niemniej w swej spowiedzi na łamach „Gazety Wyborczej” opowiada on, iż był traktowany przez SB na równi z innymi działaczami SKS: przeszukania, zamykanie na dołku na 48 itp.

– A mimo to w dokumentach do użytku służbowego nie traktowano go jako zagrożenia. Choć z drugiej strony zapłacił on cenę za działalność polityczną taką samą jak my. Był bardzo zdolnym studentem, a nie otrzymał po studiach asystentury na uczelni, wyrzucono go nawet z Jagiellonki czyli biblioteki uczelnianej. A przecież cały czas był tajnym współpracownikiem SB.

 

– I ubecja nie broniła go przed takimi szykanami?

– W administracji uniwersyteckiej byli ludzie, którzy uważali, że na uczelni nie powinni pracować przeciwnicy ustroju. Gdyby kogoś z nas zatrudniono na uczelni, SB niechybnie by interweniowała i protestowała. Natomiast dla niepoznaki nie podejmowano kroków promujących współpracownika. Prowadzący Maleszkę ubole zachowywali tajemnicę służbową o jego postawie nawet wobec nadzorujących uczelnię funkcjonariuszy. Dzięki temu wiadomość o współpracy Maleszki z SB nie wypłynęła na zewnątrz. Miał kłopoty ze znalezieniem pracy, ale otrzymywał pieniądze od SB na przeżycie.

 

– Zauważył Pan brak Leszka w inwigilowanym gronie. I co dalej?

– Uderzyło mnie tam parę rzeczy wskazujących na niego. Przede wszystkim sylwetka „Ketmana” pasowała jak ulał do Maleszki. Zadzwoniłem więc do niego i powiedziałem: „Wiem, kto to «Ketman». Czy chcesz o tym porozmawiać?”. Spotkaliśmy się i on mi się przyznał do wszystkiego.

 

– Od razu się przyznał?

– Tak. Pytałem go o różne szczegóły. W swym tekście w „Gazecie Wyborczej” wspominał, że przyznał się prokuratorowi i jednemu z sygnatariuszy listu działaczy SKS do władz PRL, czyli mnie. Prokurator Krzysztof Urbaniak prowadził sprawę mordu na Staszku Pyjasie i doprowadził do oskarżenia o utrudnianie śledztwa trzech funkcjonariuszy SB. Dwóch z nich skazano.

 

Widacki, Kozłowski i inni

– Bronił ich Jan Widacki.

– Oczywiście. Widacki z zamiłowania broni ubeków. Broni ich dobrego imienia. Co więcej, Jan Widacki był świadkiem prof. Zdzisława Marka w procesie, w którym zostałem skazany za jego zniesławienie. Chodziło o to, że prof. Marek sporządził ekspertyzę dla władz, z której wynikało, iż Pyjas był ofiarą nieszczęśliwego wypadku (choć sam przyznał dziennikarkom z radia krakowskiego, iż jest sprawą jasną, że Pyjasowi ktoś dał w gębę). Napisałem list otwarty, w którym domagałem się wyrzucenia go z pracy, i zostałem skazany za zniesławienie, Jan Widacki zaś stanął po jego stronie. Opowiadał w sądzie, że jest to osoba o nieposzlakowanej opinii i bezwzględnej uczciwości. Tak mówił o zawołanym ekspercie ubeckim, który był zawsze na skinienie SB, m.in. w Radomiu, w Krakowie zaś zniszczył dokumenty obdukcji pobitych studentów.

 

– Jan Widacki jest osobą publiczną, związaną politycznie z Unią Wolności.

– Jest on czołowym ekspertem „Tygodnika Powszechnego”. Jego postawa nie wymaga komentarzy. W pierwszym rozdaniu ministerialnym w III RP był on zastępcą m.in. Krzysztofa Kozłowskiego w MSW.

 

– Sądząc z tego, co Krzysztof Kozłowski napisał teraz w sprawie Lesława Maleszki w „Gazecie Krakowskiej” i na co tak ostro odpowiedział na łamach „Rzeczpospolitej” Józef Ruszar, można powiedzieć, że wart Pac pałaca.

– Dokładnie. To, co napisał senator Kozłowski, przekracza wszelkie granice. I to oświadcza redaktor „Tygodnika Powszechnego”, na łamach którego głoszone są słowa Ojca Świętego Jana Pawła II, iż prawda nas wyzwoli. Tymczasem sam uważa, iż prawda jest sprawą paskudną. I że ci, którzy mówią ludziom prawdę, są donosicielami. Kozłowski oświadczył, iż to my napisaliśmy donos na Maleszkę. On stawia na głowie obowiązujące powszechnie normy dobra i zła. To pokazuje, dokąd zabrnęli obrońcy „grubej kreski”. Ci, którzy demaskują zło, sami zatem zło popełniają. Winny jest bowiem nie ten, kto przez długie lata donosił na przyjaciół, lecz ten, kto nazywa go donosicielem.

Proszę zresztą zwrócić uwagę na swoistą logikę Kozłowskiego. Zamieścił on w swym tygodniku dokument, z którego wynikało, iż w naszym gronie był donosiciel. Wszyscy wskutek tej publikacji byliśmy podejrzani. Gdy teraz wskazujemy po nazwisku tego donosiciela, oczyszczając resztę naszego środowiska od podejrzenia rzuconego przez red. Krzysztofa Kozłowskiego, on oskarża nas o donos. Zachowuje się nikczemnie, gdyż mówi na czarne białe, a przy tym insynuuje coś pod naszym adresem.

 

– Czy jest Pan usatysfakcjonowany wypowiedzią Leszka Maleszki w „GW”?

– Nie jestem. Oburza mnie szczególnie końcówka jego artykułu, gdzie napomina moralnie społeczeństwo. Chce dwóch rzeczy: aby jego teczka była ostatnią z ujawnionych oraz aby nie było więcej stawiania donosicieli pod pręgierzem. Maleszka nie ma tytułów moralnych do wypowiadania takich apeli. Nie mówię już o dwuznaczności tego, do czego wzywa.

[Tytuł, śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 22.09.2026 06:00
Źródło: Tygodnik Solidarność 38/2026, oprac. Ludwik Pęzioł