Szukaj
Konto

Marcin Bąk: Dień Pabiedy

Władimir Putin przemawia na paradzie wojskowej w Moskwie
Źródło: PAP/EPA | Autor: ALEXANDER KAZAKOV / SPUTNIK / KREMLIN POOL | Licencja: Umowa licencyjna | Moskwa. Władimir Putin na paradzie wojskowej z okazji Dnia Zwycięstwa
Istnieje taki, kursujący w internecie od paru lat mem. Kilku poranionych partyzantów z NSZ i AK stoi za drutami obozu NKWD, wszyscy pilnowani przez strażnika z czerwona gwiazdką. Podpis głosi „Polacy w obozie zwycięzców”. Mało który obrazek potrafi oddać rzeczywistość i rozśmieszyć, choć to śmiech przez łzy.
Co musisz wiedzieć:
  • Wg autora tekstu, obchodzony w PRL 9 maja był elementem komunistycznej propagandy budującej mit wspólnego zwycięstwa Polski i ZSRR nad III Rzeszą.
  • Narracja o „polskich zwycięzcach wojny” była fałszywa, ponieważ po 1945 roku wielu żołnierzy AK, NSZ i Polskich Sił Zbrojnych trafiało do więzień UB lub było represjonowanych.
  • Publicysta zwraca uwagę, że alianci zachodni po wojnie porzucili polski rząd na emigracji, a sami Polacy zostali pozbawieni realnej suwerenności na rzecz Związku Sowieckiego.
  • Zdaniem autora 9 maja nie jest dla Polski dniem zwycięstwa, lecz symbolem rozpoczęcia wieloletniego podporządkowania kraju komunistycznej dominacji.

„Świętowanie” w Polsce ludowej

Ja sam, a myślę, że i wielu czytelników, pamiętam doskonale czasy, gdy w Polsce Ludowej obchodzono z wielką pompą Dzień Zwycięstwa przypadający na 9 maja. Ulice zakwitały flagami dwóch zwycięskich narodów – kolory białe i czerwone (tych drugich całkiem sporo) były widoczne wszędzie. Telewizja państwowa, a innej przecież nie było, emitowała wieczorem filmy wojenne. Najczęściej były to „Kierunek Berlin” i „Ostatnie Dni” Jerzego Passendorfera, bywały też produkcje radzieckie. Trzeba przyznać, kino wojenne, czy to polskie czy radzieckie, stało w tamtych czasach bardzo wysoko pod względem warsztatowym. Było też zręcznym narzędziem propagandy, jednym z wielu stosowanych przez władzę, by utrwalić mit polskiego zwycięstwa nad faszyzmem odniesionego wraz z bratnią Armią Czerwoną. Dień Pabiedy, Prazdnik Pabiedy. Fakty, delikatnie mówiąc, nie przystawały za bardzo do tej narracji.

Załgana data

Już sama data była łgarstwem. Druga wojna światowa nie zakończyła się dziewiątego dnia maja 1945 roku. Ósmego maja Trzecia Rzesza skapitulowała przed aliantami zachodnimi. Sowieci zażądali powtórnej kapitulacji przed nimi następnego dnia i tak się też stało, ta właśnie data była uporczywie traktowana przez oficjalną historiografie i propagandę jako data końca wojny. Jednak wojna nadal trwała. Cesarstwo Japonii, wierny sojusznik Hitlera, nadal walczyło zarówno na kontynencie azjatyckim jak i na morzach. Musiało zginąć jeszcze wielu żołnierzy, jeszcze więcej japońskich cywilów, musiały wybuchnąć jądrowe ładunki nad Hiroszimą i Nagasaki, by Imperium Wschodzącego Słońca skapitulowało w sierpniu. W ostatnich dniach tej wojny Armia Czerwona aktywnie włączyła się do akcji, atakując japońską Armię Kwantuńską w Mandżurii. Zawsze mnie ciekawiło, czy radzieccy żołnierze polegli podczas tych działań, zaliczani byli ofiar Drugiej Wojny? Przecież zginęli po jej oficjalnym zakończeniu?

Czy rzeczywiście Polacy znaleźli się wśród zwycięzców? 

Druga sprawa, to kwestia polska po działań wojennych, przyjmijmy już ten maj 1945 roku. Czy rzeczywiście Polacy znaleźli się wśród zwycięzców? To prawda, że niewielkie oddziałki Wojska Polskiego (Ludowego) z 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki brały udział w szturmie Berlina. Były nawet jakieś biało czerwone flagi w paru miejscach, ponoć szybko ściągane przez sowietów. Jednak to „polskie wojsko” było dowodzone przez radzieckich generałów, kontrolowane przez komunistycznych politruków i w całości podporządkowane marionetkowemu rządowi moskiewskich kreatur. W tym samym czasie legalny rząd Rzeczpospolitej, przebywający na uchodźctwie w Londynie, tracił coraz bardziej grunt pod nogami. Alianci nie potrzebowali już tych kilkudziesięciu tysięcy polskich żołnierzy – tułaczy, potrzebowali milionów niewolników Stalina i nie chcieli go drażnić. W następnym roku odbyła się w Londynie Parada Zwycięstwa. Maszerowały różne oddziały, dumnie prężyli pierś waleczni żołnierze Holandii (Holandia skapitulowała przed Niemcami po trzech dniach...), byli Czesi, zabrakło jednak miejsca dla Polaków. Rząd Rzeczpospolitej tracił uznanie kolejnych państw, potem rozwiązane zostały Polskie Siły Zbrojne. „Zwycięzcy” mieli do wyboru – albo poniewierkę na obczyźnie, gdzie generałowie pracowali jako magazynierzy, lub powrót do kraju.

Dla „zwycięzców” – więzienia

W kraju natomiast czekały już na nich areszty UB, długie i bestialskie przesłuchania, pobyt w zimnych celach więziennych a w wielu wypadkach – kula wystrzelona w potylicę i bezimienny grób. Gorzkim paradoksem było to, że nie raz i nie dwa w jednej celi siedzieli ze sobą polscy patrioci, żołnierze Polskich Sił Zbrojnych, Armii Krajowej i NSZ wraz z autentycznymi niemieckimi zbrodniarzami.

Pamiętam, jak w końcówce PRL, w szarych i smutnych latach osiemdziesiątych, marzeniem było wyrwać się na trochę „na Zachód”. Choćby ten najbliższy, do Berlina Zachodniego. To było jak wyprawa na Marsa, gdzie pariasi zza Żelaznej Kurtyny patrzyli z wybałuszonymi oczami na bogactwo sklepów, wspaniałe samochody i zamożność mieszkańców. Pamiętam też, jak jeden z moich nauczycieli akademickich zadał takie pytanie - „Kto wygrał a kto przegrał II wojnę?” i udzielił na nie odpowiedzi – „Wystarczy przejść się po ulicach Warszawy, Hamburga, Londynu czy Brukseli, by mieć w tej sprawie jasne zdanie”.

Nie, Polacy nie wygrali II Wojny Światowej, dziewiąty maja to gorzkie przypomnienie o tym, jak nad Rzeczpospolitą zatrzaskiwało się wieko trumny. To nie jest dzień zwycięstwa...

Komentarzy: 0
Data publikacji: 09.05.2026 21:30
Źródło: Tysol.pl