Szukaj
Konto

Temat numeru: Elity i ich saloniki VIP

Temat numeru: Elity i ich saloniki VIP
Źródło: pexels.com | Autor: Kampus | Licencja: Pexels License | Ludzie z kieliszkami
Liberalny mainstream jako jeden z głównych czynników stanowiący symboliczną legitymizację swojej władzy przedstawiał samego siebie jako reprezentanta „lepszej, zdolniejszej i mądrzejszej” części Polski, bardziej predestynowanej do rządzenia niż jego konkurenci. Dla klas aspirujących miał on formę niepisanej umowy: „Chcesz zgłosić akces do bycia elitą? Musisz popierać nas i naszą politykę”. Jednak rzeczywistość coraz częściej pokazuje, że w „saloniku VIP” III RP liczba miejsc jest ograniczona.
Co musisz wiedzieć:
  • Liberalny mainstream przez lata budował podział na „lepszą” i „gorszą” Polskę.
  • Afera z uprzywilejowanym dostępem do SOR dla polityków KO ma być dowodem erozji wiary w liberalne elity.
  • Autor interpretuje wypowiedź Ryszarda Petru o płacy minimalnej jako wyraz klasowego sposobu myślenia.

Zacznę od cytatu:

„Płaca minimalna to jest płaca minimalna. Ona bardzo mocno wzrosła i wydaje mi się, że tego wzrostu już wystarczy. Ważne, żeby nasze płace, tych, którzy pracują nie za płacę minimalną, lecz otrzymują wyższe wynagrodzenia, rosły”.

Autorem tych słów jest Ryszard Petru – polityk, który posiada rzadką w polskim życiu publicznym cechę: mówi na głos to, co wielu przedstawicieli liberalnego obozu myśli, lecz z powodów wizerunkowych lub taktycznych woli przemilczeć. Sam cytat będący swego rodzaju swoistym strumieniem świadomości jest niezwykle interesujący pod względem analitycznym. Nie chodzi tu nawet o to, że polityk, który chce uchodzić za eksperta od ekonomii, opowiada oczywiste nonsensy.

Jeśli rzeczywiście zależy nam na realnym, szeroko zakrojonym wzroście wynagrodzeń w całej gospodarce – a nie tylko na poprawie wskaźników makroekonomicznych przy jednoczesnym pogłębianiu rozwarstwienia – to podnoszenie płacy minimalnej jest jednym z najskuteczniejszych dostępnych mechanizmów. Działa on poprzez efekt presji płacowej (wage spillover) i kompresji dolnej części rozkładu wynagrodzeń. Pracodawcy, zmuszeni do podniesienia płac najniżej opłacanym, często muszą podnieść również stawki nieco wyżej w hierarchii, by zachować motywację i uniknąć rotacji. W warunkach polskiego rynku pracy po 2015 roku – charakteryzującego się rekordowo niskim bezrobociem, niedoborem rąk do pracy i relatywnie silną pozycją przetargową pracowników – kolejne podwyżki minimalnego wynagrodzenia nie wywołały ani problemów gospodarczych, ani masowego wzrostu bezrobocia, mimo wcześniejszych ostrzeżeń liberalnych ekonomistów. Zamiast katastrofy mieliśmy rozwój gospodarczy.

Sama zaś postulowana przez Petru sytuacja, w której płaca minimalna stałaby w miejscu, a rosłyby jedynie płace wyższe, prowadziłaby nieuchronnie do pogłębienia rozwarstwienia. A to, jak pokazują zarówno klasyczne analizy, jak i nowsze prace międzynarodowych instytucji, ma negatywne konsekwencje nie tylko społeczne, lecz również gospodarcze w dłuższej perspektywie.

Co jest radykalizmem?

Jednak nie merytoryczna strona analizy słów Ryszarda Petru wydaje się tu najciekawsza. Polityk ten niedawno ogłosił chęć utworzenia tzw. Konfederacji light, czyli ugrupowania, które byłoby czymś w rodzaju Konfederacji wolnej od radykalizmów. Bardzo znamienne jest, że w prezentowanej tu optyce „radykalizmem” jest wszelki sceptycyzm wobec polityk Unii Europejskiej, lecz nie jest już społecznie darwinistyczny program gospodarczy głoszony zwłaszcza przez część Konfederacji skupioną wokół Sławomira Mentzena. Według takiego właśnie modelu państwo, zdaniem Ryszarda Petru, powinno budować porządek społeczny? Tu dochodzimy do najciekawszej kwestii: jak rządzący Polską obóz polityczny, którego jednym z przedstawicieli jest Ryszard Petru, w ogóle postrzega społeczeństwo?

 

My i oni

Słynne zdanie:

„Granice mojego języka wyznaczają granice mojego świata”

pochodzące z Traktatu logiczno-filozoficznego austriackiego filozofa Ludwiga Wittgensteina można czytać poprzez różne jego wymiary. Dla mnie najważniejszym jego aspektem jest obserwacja, że to język jest naszym jedynym narzędziem do opisu i rozumienia rzeczywistości. Idąc dalej tym tropem, to, jak konkretny człowiek mówi, a więc jak przy pomocy języka porządkuje sobie świat i rzeczywistość, świadczy o tym, jak ją rozumie.

Ryszard Petru swoją niechęć do wzrostu płacy minimalnej kwituje stwierdzeniem:

„Ważne, by nasze pensje rosły”.

To wyraźne rozróżnienie na dwie społeczności: tą biedniejszą, gorzej uposażoną, której los jest w dużej mierze obojętny, i tą bogatszą, której czujemy się częścią („my” i „nasze”), stanowi fundament postrzegania społeczeństwa przez liberalny mainstream. To coś więcej niż zwykły egoizm klasowy – to specyficzna forma alienacji, w której elita symboliczna odmawia uznania części społeczeństwa za pełnoprawny podmiot współtworzący wspólnotę polityczną.

 

Gorsi, głupsi, mniej zaradni

Ten sposób widzenia nie jest wynalazkiem Petru. Stanowi kontynuację narracji, która dominowała w liberalnych mediach lat 90. i pierwszej dekady XXI wieku. Ta narracja widoczna była choćby w nieznośnej manierze, w jakiej liberalna prasa w latach 90. opisywała zjawisko wykluczenia społecznego i ekonomicznego w Polsce. Opisy biedy w byłych PGR-ach w wielu mediach przypominały reportaże z aborygeńskich rezerwatów. Nawet jeśli towarzyszyło im współczucie, to było nacechowane protekcjonalizmem i płytko kamuflowanym poczuciem wyższości. Ludzie wykluczeni, ofiary transformacji mogły być „obiektem społecznej troski”, nigdy zaś nie były postrzegane jako „część społeczeństwa”.

 W projektowanym przez liberalne media obrazie świata przedstawiano ich jako gorszych, głupszych, mniej zaradnych i niewyedukowanych. Posłanka Lewicy Anita Kucharska-Dziedzic mówiąca o prezydencie Nawrockim:

„Pan prezydent nie ma chyba złudzeń, kto na niego głosował... Pan prezydent słusznie wie, że inteligencja to nie jest jego elektorat”,

jedynie odtwarza ten obraz. Co warto podkreślić, jest to obraz nie tylko skrajnie klasistowski i antylewicowy, ale także, a może przede wszystkim, głęboko antydemokratyczny. Niestety, przez długi czas okazywał się też bardzo skuteczny.

 

Podział prestiżowy w miejsce politycznego

Istotą projektowanego przez liberalny mainstream obrazu świata był podział na społeczeństwo otwarte i zamknięte. Zaimplementowany z filozoficznej myśli Karla Poppera podział w polskich warunkach miał dzielić społeczeństwo na jego nowoczesną, postępową i proeuropejską część oraz na konserwatywną, zaściankową i roszczeniową. Pierwsza stanowiąca swoiste „społeczeństwo właściwe” była przedstawiana jako elita, druga zaś jako wstydliwy społeczny balast, którym można, a nawet należy pogardzać. Warunkiem przystąpienia do „lepszej części” było przyjęcie i internalizacja liberalnej narracji świata. Głoszenie poglądów promowanych przez liberalny mainstream, chwalenie tych, których on chwali, i pogardzanie wszystkimi, którymi on pogardza.

Nawet nie będąc człowiekiem zawodowo czy społecznie spełnionym, po przyjęciu tych zasad uzyskiwało się symboliczny glejt „bycia elitą”. To zaś mogło dawać poczucie bycia lepszym od wszystkich, którzy go nie posiadali. W ten sposób próbowano zastąpić klasyczne, obecne w każdym demokratycznym społeczeństwie podziały oparte na konfliktach interesów podziałem stricte abstrakcyjnym – prestiżowym. Na poziomie konfliktu politycznego służyło to do symbolicznej delegalizacji politycznych oponentów – ponieważ popiera ich ta „gorsza Polska”, nie będąca „społeczną elitą”, wobec tego nie mająca prawa rządzić. Dawało to też swoisty społeczny immunitet na działania wymierzone w ludzi reprezentujących tę „niewłaściwą Polskę” – nawet w przypadku ewidentnych nadużyć władzy i posunięć, w najlepszym wypadku, wątpliwych prawnie, rządzący mogli liczyć na przychylne spojrzenie własnego elektoratu.

Jednak klasa aspirująca mogła trwać przy liberalnym mainstreamie tylko tak długo, jak sama wierzyła, że po „symbolicznym” uznaniu jej za elitę z czasem też – za sprawą otwartych ścieżek awansu – stanie się nią również w sensie faktycznym. Pytanie, jak duża jej część nadal w to wierzy?

 

Kto na tym skorzysta?

Elektorat aspirujący od lat odpływał od KO. W ostatnich wyborach parlamentarnych jego znaczna większość poparła Trzecią Drogę oraz Konfederację. Partia kierowana przez Donalda Tuska, która w 2007 roku przedstawiała samą siebie jako formację „młodych, wykształconych z wielkich miast”, dziś jest ugrupowaniem z coraz bardziej starzejącym się elektoratem. Wychowany na elitarystycznej i indywidualistycznej narracji III RP elektorat ciągle nie podważa jeszcze w istotny sposób samej opowieści, ale wyraźnie wątpi już w to, że to Donald Tusk i jego partia są w stanie dotrzymać zaszytą w tej opowieści obietnicę.

Afera z „salonikiem VIP” dotycząca funkcjonowania uprzywilejowanej, nieoficjalnej ścieżki szybkich przyjęć na szpitalnym oddziale ratunkowym (SOR) w Warszawskim Szpitalu Południowym dla polityków Koalicji Obywatelskiej oraz członków ich rodzin może przyczynić się dodatkowo do kompletnej erozji resztek tej wiary. Ostatecznie żerujący na umierającej publicznej służbie zdrowia politycy partii rządzącej udowodnili, że przejawiają pychę i poczucie wyższości nie tylko względem politycznych przeciwników i ich wyborców, ale także… względem własnych wyborców.

Wykorzystać to politycznie może w naturalny sposób Konfederacja. Nie kwestionując indywidualistyczno-elitarystycznych kodów politycznych III RP, których Konfederacja jest mentalnym dzieckiem, partia ta może spróbować wpisać się w polityczną rolę, którą wcześniej pełniła PO i Trzecia Droga. To łatwa droga do politycznego skorzystania na tej aferze. Widzą to politycy w obrębie liberalnego obozu pokroju Ryszarda Petru, stąd pojawiające się coraz śmielej pomysły dotyczące Konfederacji light.

 

Zmiana kursu

Kwestie szans takiego politycznego projektu to temat na osobny tekst. Jednak jest jeszcze jedna ścieżka, z której w obecnej sytuacji skorzystać mogłoby ugrupowanie o solidarystycznym rysie społecznym. Polegałaby na zakwestionowaniu klasistowskiego wymiaru polskiej polityki po 1989 roku i zaproponowaniu nowej opowieści o wspólnocie. Partia Razem głosiła kiedyś, że „inna polityka jest możliwa”, później sama zdawała się porzucić to hasło. Teraz ma szansę do niego wrócić i taką politykę zaproponować.

PiS w czasie swoich rządów zrealizowało największą prospołeczną korektę systemu w historii III RP. Dziś będący kandydatem tej formacji na premiera Przemysław Czarnek zbyt rzadko sięga po to dziedzictwo i zbyt często dryfuje w kierunku konfederackiej wrażliwości. Po ponad dwóch latach antyspołecznych rządów obecnej ekipy Polska potrzebuje dziś przede wszystkim zmiany kursu w kierunku społecznego solidaryzmu. Budowanie polityki na klasowej pogardzie zawsze kończy się katastrofą społeczną dla większości i salonikami VIP dla nielicznych.

[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą  od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 30.06.2026 14:21
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 26/2026, oprac. Ludwik Pęzioł