Dlaczego płacimy za prąd dwa razy drożej, niż byśmy mogli?

- Autor twierdzi, że główną przyczyną wzrostu cen energii w Polsce są polityczne decyzje związane z transformacją energetyczną oraz rosnące opłaty towarzyszące rozwojowi OZE.
- Według przedstawionych wyliczeń najszybciej rosły dodatkowe opłaty i koszty sieciowe.
- Autor argumentuje, że obecny model transformacji energetycznej zwiększa koszty dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, osłabiając konkurencyjność polskiej gospodarki.
Postanowiłem porównać ceny z roku 2015, przed upowszechnieniem OZE, do cen obecnych, z roku 2026. U konkretnego przedsiębiorcy energochłonnego na początku 2026 roku rachunek za energię brutto w przeliczeniu na MWh wyglądał następująco (wszystkie kwoty zaokrąglone do pełnych złotych):
Koszt brutto za 1 MWh energii: 1 306 zł
VAT 244 złKoszt netto za 1 MWh energii: 1 062 zł
Akcyza 5 zł
Dystrybucja 330 zł
Dodatkowe opłaty 262 zł
Energia 465 zł
Suma energia + dodatkowe opłaty 727 zł
Jeszcze w 2015 roku rachunek energochłonnego przedsiębiorcy za energię kształtował się następująco:
Koszt brutto za 1 MWh energii: 456 zł
VAT 85 zł
Koszt netto za 1 MWh energii: 371 zł
Akcyza 20 zł
Dystrybucja 175 zł
Dodatkowe opłaty 20 zł
Energia (profil bazowy) 156 zł
Suma energia + dodatkowe opłaty 176 zł
Na tym w zasadzie można by zakończyć, bo przecież liczby mówią same za siebie, ale dodajmy kilka słów komentarza. W roku 2015 energia była w ok. 90% z węgla, a w roku 2026 cała masa „serwisów branżowych” (skąd mają przychody?) pieje z zachwytu nad kolejnymi rekordami udziału energii z OZE. Tylko że koszt energii dla przedsiębiorcy dziś stanowi 286% tego co w 2015… Inflacja za ten okres (od końca 2015 do początku 2026 roku) wynosi 47%. Koszty energii wzrosły o 186%, czyli 4 razy szybciej niż inflacja. Dla porządku dodajmy, że ceny węgla ARA (Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia), po których surowiec kupowała polska energetyka w latach 2015–2019, wynosiły średnio 75 USD za tonę, a dziś cena węgla wynosi 101 USD za tonę – wzrost o 35%. Podkreślmy: wzrost cen węgla w tym okresie był niższy niż inflacja. Był skok cen węgla po wybuchu wojny na Ukrainie, ale potem węgiel wrócił do niskich cen, a ceny energii w Polsce nie.
Gdyby energetyka w Polsce oparta była dalej na węglu, z dużym prawdopodobieństwem ceny energii od 2015 do 2026 roku wzrosłyby mniej niż inflacja, zamiast rosnąć 4 razy szybciej. Gdyby ceny energii rosły zgodnie z inflacją, to kosztowałaby ona dziś wspomnianego przedsiębiorcę 670 zł/MWh, a kosztuje 1306 zł/MWh, czyli praktycznie dwukrotność ceny, którą dawałby oparty na węglu system energetyczny z 2015 roku. Politycy mogliby po prostu nic nie robić w sprawie energetyki – i mielibyśmy dwukrotnie niższe ceny energii. Zdecydowali się jednak bardzo mocno ingerować w system energetyczny wieloma politycznymi decyzjami przez co ceny mamy dwukrotnie wyższe. To mówią liczby, bardzo mi przykro.
Dziejowa konieczność?
Niniejszy artykuł jest dla mnie bardzo ważny, ponieważ trzeba się z tym wreszcie raz a dobrze rozprawić: wykazać na twardych liczbach czy energia w Polsce mogłaby być tańsza, a jeśli tak, to o ile, oraz kto i z powodu jakich złych decyzji korzysta na drogiej energii, a kto traci. Co ciekawe, postulat niskich cen energii zjednoczyć może strony, które w Radzie Dialogu Społecznego siedzą naprzeciw siebie. Niskie ceny energii to nie tylko niższy koszt na rachunkach gospodarstw domowych, lecz także więcej miejsc pracy oraz więcej pieniędzy w kieszeniach polskich przedsiębiorców, aby mogli oni inwestować w rozwój i czerpać ze swojej działalności godziwe zyski, lecz także aby stać ich było na godziwe wynagradzanie pracy.
W zglobalizowanym świecie polski przedsiębiorca często za surowce, materiały i inne pozycje kosztów płaci tyle samo co francuski. Jeśli więc energia kosztuje go trzy razy więcej niż francuskiego konkurenta – pochłania to nie tylko zyski firmy, lecz także środki, które mogłyby być przeznaczone na wynagrodzenia pracowników. Tyle się przecież nasłuchaliśmy o tym, że Niemcy mają wyższe wynagrodzenia, bo są po prostu lepiej zorganizowani i mają wyższą produktywność. A kiedy tani gaz z Rosji się ulotnił, to wraz z nim wyparował mit wysokiej efektywności niemieckiego pracownika – bez preferencyjnych cen energii od Putina niemieckie firmy nie są w stanie utrzymać miejsc pracy w Niemczech. Ceny energii są kluczowe dla rynku pracy. Utrzymywanie wysokich cen energii w Polsce staje się w ten sposób narzędziem do utrzymywania różnic płacowych pomiędzy Polską a bogatszymi państwami UE.
Jednocześnie ta nowa energetyka oparta jest na imporcie: importowane panele fotowoltaiczne, importowane turbiny wiatrowe, importowane magazyny energii i importowany gaz do budowanych na importowanym osprzęcie nowych elektrowni gazowych. To wszystko finansowane jest przez globalne instytucje finansowe zapewniające sobie dobry procent w kontraktach gwarantowanych przez budżet państwa, a więc z naszych podatków. W ten sposób powstaje nowa, ogromna, liczona w setkach miliardów euro renta, którą przez kolejnych kilka dekad niektórzy chcieliby czerpać z polskiej gospodarki. Głównym wrogiem takiego projektu są oczywiście polskie elektrownie węglowe działające w oparciu o polski węgiel. Wydaje się więc, że pieniądze przeznaczane przez odpowiednie instytucje na lobbystów mających nas przekonać do dziejowej konieczności odejścia od węgla nie mają żadnych granic.
Utwardzanie Zielonego Ładu
Francuska Szkoła Wojny Ekonomicznej (École de guerre économique, szkoda, że w Polsce nie mamy takiej instytucji) w 2023 roku opublikowała raport opisujący, jak niemieckie fundacje uderzały we francuski przemysł jądrowy, aby poprzez zniszczenie stabilnej energetyki osłabić pozycję Francji względem Niemiec w UE (opisany w artykule pt. „Tak Niemcy zaatakują Polskę? Francuska Szkoła Wojny Ekonomicznej opublikowała raport” zamieszczonym na portalu Tysol.pl z dnia 02.07.2023 r.). W Polsce stabilna energetyka oparta jest na węglu, a działania przeciwko tej stabilnej i taniej energetyce bardzo przypominają te z Francji. I choć Zielony Ład nie ma chwilowo w Polsce dobrej prasy i niewielu polityków chce być z nim łączonych, to faktycznie ponad 90% wciąż głosuje za kolejnymi ustawami, które ten Zielony Ład dalej „utwardzają”. Taką ustawą jest dla przykładu Ustawa z dnia 9 października 2025 r. o zmianie ustawy o promowaniu wytwarzania energii elektrycznej w morskich farmach wiatrowych, za którą głosowało 418 posłów.
Mimo że nadal głosują za Zielonym Ładem, to większość naszych polityków stara się wytykać palcami innych, że odpowiedzialni są „oni”, nie „my”. Sytuacja pozwala na takie przerzucanie się odpowiedzialnością, bo choć mamy przeświadczenie, że „coś poszło nie tak”, to mało kto potrafi dokładnie nazwać i uzasadnić „co” to było. Biorąc pod uwagę „mętną wodę” naszych rachunków – nic w tym dziwnego.
Odpowiedź leży w cenach energii dla polskich rodzin i przedsiębiorstw. Rzetelna analiza cen, którą przeprowadzę w niniejszym artykule, wskazuje, że „społeczne poczucie” odpowiedzialności polskich rządów, szefów Urzędu Regulacji Energetyki, prezesów Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE) oraz innych państwowych spółek energetycznych z lat 2016–2026 jest całkowicie słuszne, nawet jeśli „społeczeństwo” nie potrafi tego podświadomego przekonania w pełni uzasadnić. Mam nadzieję, że poniższe obliczenia definitywnie rozstrzygną rzekomy spór o to, czy energia z węgla jest tańsza, czy droższa niż z „nowego” systemu opartego na OZE. Swoją drogą ciekawe, że jest jakikolwiek spór, choć wszyscy pamiętamy, jakie były ceny energii jeszcze kilka lat temu, i widzimy, jakie są obecnie.
Mętna woda rachunków
Pouczająca jest analiza tego, co wzrosło najbardziej, bo w ten sposób można wyklarować to, co w mętnej wodzie naszych rachunków jest niezrozumiałe. Suma kosztu dodatkowych opłat na rachunku wynosi dziś dla przedsiębiorcy 262 zł. W tej kwocie mieszczą się: opłata mocowa (219 zł), opłata jakościowa (33 zł), opłata OZE (7 zł) oraz opłata kogeneracyjna (3 zł). A jak to było w 2015 roku? Przedsiębiorca płacił wówczas dodatkowe opłaty w wysokości 20 zł za 1 MWh: jakościową (11 zł) i przejściową (9 zł). Wzrost dodatkowych opłat na rachunkach za energię przedsiębiorcy za lata 2015–2026 z 20 zł do 262 zł to wzrost o 1210%. Przypomnijmy, że inflacja za okres od końca 2015 roku do początku 2026 roku to 47%. Szanowni politycy, wprowadzane przez was dodatkowe opłaty na rachunkach przedsiębiorców rosły w tempie 26 razy wyższym niż inflacja. Nie 2,6 razy wyższym, ale 26 razy wyższym.
Wzrost dodatkowych opłat na rachunkach o 1210% to prosta konsekwencja wybranego przez polityków modelu rozwoju polskiej energetyki i konkretnych decyzji politycznych z tym związanych. Te opłaty były zatwierdzane przez wybieranych przez polityków prezesów Urzędu Regulacji Energetyki, a częściowo (opłata jakościowa, która wzrosła o 200% z 11 zł do 33 zł) postulowane przez wybieranych przez polityków prezesów PSE. Te opłaty to koszt integrowania tzw. źródeł zeroemisyjnych, czyli pogodozależnych OZE (słońce i wiatr) w systemie energetycznym – decyzjami politycznymi przerzucany na odbiorców energii, w największej mierze na polskich przedsiębiorców rozliczających się w oparciu o taryfy B i C. Przerzucenie kosztów „transformacji” tudzież „Zielonego Ładu” na odbiorców energii zamiast pozostawienia pełnych kosztów bilansowania i przyłącza przy inwestorach w dane źródło energii – to były decyzje polityczne.
Pokażmy to na przykładzie „opłaty mocowej” wynoszącej dziś horrendalne 219 zł/MWh, bo ta jedna opłata jest dziś wyższa niż całościowy koszt energii i dodatkowych opłat w 2015 roku. „Portale branżowe” i „eksperci” prawie klaskają uszami, że w słoneczny czerwcowy dzień OZE zapewniają już ponad 60% zapotrzebowania na energię, co dzieje się wówczas z elektrowniami węglowymi, które w taki sam dzień w 2015 roku zapewniały ponad 80% energii, a dziś zapewniają ledwie ok. 30%, trzy razy mniej? Otóż te elektrownie mają płacone postojowe. Przecież w okresie październik – luty na OZE nie będzie można polegać i system znów opierał się będzie w ponad 80% na elektrowniach węglowych i gazowych. Nie można więc ich zlikwidować. A wszystkich kosztów stałych, w tym kosztów wynagrodzeń załogi – nie da się ponosić przez pół roku, a przez drugie pół nie płacić.
Co zawierają dodatkowe opłaty?
W 2015 roku te elektrownie pracowały – i zarabiały – cały rok. Dziś mają w okresie wiosenno-letnim „wpuszczać” do sieci OZE i przymusowo nie pracować. Ale koszty trzeba pokryć. I na to idzie „opłata mocowa”. Jest to więc koszt utraconych przychodów elektrowni konwencjonalnych, przychodów, które utraciły one w wyniku decyzji polityków wymuszających, aby stały w miejscu i wpuszczały do sieci OZE.
To samo OZE, które nie może nam zapewnić energii zimą. Naturalne byłoby aby koszt utrzymania w lecie elektrowni, które zimą muszą ratować OZE – ponosili „inwestorzy” budujący niestabilne OZE. Ale politycznymi decyzjami płacić mają polscy przedsiębiorcy i gospodarstwa domowe, odbiorcy energii. Dlaczego? Czy płacący za energię przedsiębiorca lub gospodarstwo domowe ponosi jakąś winę za to, że politycy wymuszają postoje elektrowni konwencjonalnych i każą im płacić postojowe, aby wpuścić do sieci OZE? Może niewielką – odpowiedzialność za swój głos w wyborach. W 2015 roku opłaty mocowej nie było wcale, można powiedzieć, że wynosiła 0 zł. Dlaczego? Bo nikomu nie przychodziło do głowy, aby wymuszać postój elektrowni, które mogą dawać tanią energię i same na siebie przy tym zarabiać. Takie pomysły przyszły dopiero wraz z upowszechnieniem OZE. Gdyby nie one, to ta opłata wciąż wynosiłaby 0 zł.
"Opłata jakościowa" i koszty dystrybucji
Spójrzmy na opłatę jakościową, z której finansowane mają być liczone w dziesiątkach miliardów plany inwestycyjne ogłaszane przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne. Jak wspomniano, wzrosła ona o 200% z 11 do 33 zł, podczas gdy inflacja wyniosła 47%. Dlaczego rosła 4 razy szybciej niż inflacja? Bo do 2015 roku, kiedy np. Polska Grupa Energetyczna chciała przyłączyć nowy blok węglowy do sieci, to infrastrukturę 40 km przyłącza musiała budować sobie sama, na własny koszt. Natomiast kiedy dziś budowane mają być wiatraki na morzu, to licząca 700 km linia łącząca je z południową Polską, gdzie skoncentrowane jest zapotrzebowanie na energię – budowana ma być na koszt nasz, a nie inwestora w wiatraki.
Skąd ta zmiana? Można tylko wskazać, kto na niej korzysta – „inwestor” OZE, który dostaje od społeczeństwa przyłącze za darmo. Podobnie zresztą rzecz się ma z kosztami dystrybucji, które wzrosły o 89% ze 175 zł na 330 zł, czyli rosły prawie dwukrotnie szybciej niż inflacja. Czy to jakieś fatum, że koszty spółek dystrybucyjnych musiały tak rosnąć? Nie. Po prostu w zarządzanych przez Skarb Państwa spółkach dystrybucyjnych, w ich „planach rozwoju sieci”, w 2015 roku były tylko potrzebne wydatki na utrzymanie i naturalny rozwój sieci. Nie było tam natomiast szeroko zakrojonej rozbudowy sieci pod źródła OZE, aby oferować im przyłącza za darmo. Dzisiejsze plany przewidują i realizują taką rozbudowę – na koszt odbiorców energii, a nie na koszt „inwestorów” OZE.
"Darmowa" energia
Czego się nie dotknie widać więc, że decyzje polityczne kreowały wysokie zwroty z inwestycji dla „inwestorów” OZE, jednak te wysokie zwroty z inwestycji okupione były faktem, że faktyczne koszty integracji tych źródeł przerzucone zostały na polskich przedsiębiorców i gospodarstwa domowe w postaci puchnących bez umiaru dodatkowych opłat na rachunkach. Być może politycy „kupili” sobie w ten sposób przychylność wpływowej branży, zagranicznych funduszy, możnych lobbystów – jednak rachunek płacą polscy odbiorcy energii. Celowo piszę „inwestorów” OZE w cudzysłowie – bo jeśli jakaś branża przerzuca gros kosztów, ryzyko i odpowiedzialność za swoją działalność na społeczeństwo, to jak można mówić o inwestorach?
W poniedziałek, 8 czerwca 2026 roku, rząd przyjął Krajowy Plan w dziedzinie Energii i Klimatu. Dokument przewiduje wydatki na transformację energetyczną na poziomie od 2 do nawet 3,5 biliona złotych. Niejeden „inwestor” OZE potrafi mówić o „darmowej energii” ze słońca lub z wiatru. Skoro ta energia jest taka darmowa, to czemu jedną rękę wyciąga po dopłaty z kieszeni podatnika, drugą po gwarantowane wysokie ceny sprzedaży energii, a całym sobą żąda wybudowanych na koszt społeczeństwa: przyłącza, magazynów energii i elektrowni gazowych do ratowania tego systemu, aby się nie zawalił, gdy przez zaledwie kilka dni „nie świeci i nie wieje”? Bo taki właśnie system przewiduje rządowy plan: system eksperymentalny, którego nigdzie na świecie nie ma. Całkowicie zależny od niestabilnych źródeł słonecznych, wiatrowych i magazynów energii zdolnych utrzymać kraj przez kilka godzin, gdy w styczniu zabraknie wiatru (bo to, że słońca w styczniu zabraknie, to jest pewne). Gdy wyczerpią się magazyny, a bezwietrzny okres będzie trwał dwa tygodnie (co się zdarza), będziemy całkowicie zdani na importowany gaz.
Pogoń za jednorożcem OZE
Zamieniliśmy się wszyscy w hazardzistów: naszą najbardziej fundamentalną potrzebę bezpieczeństwa – stabilne dostawy energii elektrycznej – zrealizować chcemy poprzez system oparty całkowicie na imporcie (paneli, turbin, magazynów energii i gazu ziemnego), system, jakiego nikt jeszcze na świecie nie zbudował. Próbowali to zrobić Niemcy, ale niestabilny system okazał się kompletnym fiaskiem po odcięciu od putinowej rury, a sama Ursula von der Leyen ogłosiła, że odejście od stabilnej energetyki jądrowej było (jej własnym) strategicznym błędem. Przecież należy podkreślić, że horrendalne ceny energii mamy już po wydatkowaniu setek miliardów na transformację energetyczną. Jest to jedyna w swoim rodzaju inwestycja: zazwyczaj, jeśli dopłaca się do czegoś na początku, to po to, aby później mieć taniej. Z transformacją energetyczną jest inaczej: najpierw dotacje i subwencje, a potem dwa razy droższa energia… Inwestycja jedyna w swoim rodzaju, chciałoby się powiedzieć, ale ktoś na niej przecież zarabia. Po prostu ktoś inny, nie my, którzy wykładamy pieniądze w swoich rachunkach.
Nasi politycy i ich doradcy dalej pędzą w pogoni za jakże intratnym dla swych przyjaciół jednorożcem OZE, a polska gospodarka wypada z tego pociągu na stacji „koszty energii”: 1300 zł/MWh to ponad 300 euro za MWh, to nas zadusi. Czy patrząc na rozwój polskiego systemu energetycznego, można powiedzieć, że politycy działali w interesie swoich wyborców: polskich gospodarstw domowych i przedsiębiorców?
Trudo byłoby taką tezę obronić. To stąd bierze się społeczne poczucie, że „coś jest bardzo nie tak”, choć mało kto posiada odpowiedni aparat analityczny i ekspertyzę w rynku energii, aby w pełni uzasadnić, na czym polega problem. Odpowiedzialność poszczególnych osób jest oczywiście różna: jedni zupełnie nie mieli na to wpływu, podczas gdy inni – często chcący dziś dalej doradzać i współdecydować, jak powinna rozwijać się Polska – aktywnie lobbowali za „zielonym” kierunkiem, podejmowali konkretne decyzje. Przeanalizować, kto należy do której grupy, naprawdę nie jest trudno.
[Śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
"Zielony Ład. Na zgubę Polski i Polaków?". Przed nami ważna debata pod patronatem Solidarności

Rafał Woś: To głosowanie trzeba przypominać ludziom

Rafał Woś: Klimatyści boją się głosu Polaków
Odrzucone referendum, nierozwiązany problem. Ludzie chcą mieć głos

Senatorowie zdecydowali w sprawie prezydenckiego wniosku o referendum. Piotr Duda: Wybraliście hańbę






