Szukaj
Konto

Terror jednośladów. Jak pieszy stał się intruzem

Terror jednośladów. Jak pieszy stał się intruzem
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Krzysztof Karnkowski | Licencja: Tygodnik Solidarność | Mapa, hulajnoga, rower, ślad
Jednoślady dają ich posiadaczom poczucie sprawczości i fizycznego związku z wehikułem – jak z koniem. Oddaje to angielski termin „to ride”, dosiadać roweru jak rumaka. Odczucia też podobne – włosy rozwiane wiatrem, pęd powietrza na twarzy, zmiana pozycji z siedzącej na stojącą, jazda bez trzymanki… I wio! Galopada! Wolność! Tylko… wolność jednych kosztem ograniczenia swobody drugich.
Co musisz wiedzieć:
  • Miasta rozwijają infrastrukturę dla rowerów i elektrycznych jednośladów, co odbywa się kosztem bezpieczeństwa oraz komfortu pieszych.
  • Historia roweru pokazuje, że ten środek transportu wywierał wpływ na modę, kulturę i język.
  • Jednoślady stały się elementem różnych idei i symboli – od utopijnych projektów oraz popkultury po patriotyczny Rajd Katyński.

Pieszy nie wygra

Rower jest jedynym środkiem transportu, który Unia Europejska uznała za stuprocentowo przyjazny dla klimatu i środowiska. Poza tym jednoślad ma zbawienny wpływ na ludzką kondycję: chroni przed cukrzycą, udarami i otyłością, a także zmniejsza zagrożenie zachorowań na raka i zapadnięcia na demencję. I – uwaga! – ludziom, którzy jeżdżą do pracy rowerem, zmniejsza się o 40% ryzyko zgonu niż u pozostałych. Czyżby dzięki cyklizmowi można było osiągnąć nieśmiertelność?

Ale dobra, wprawienie w ruch kół za pośrednictwem pedałów to bez wątpienia forma gimnastyki. Jednak moda na cyklizm to było preludium szaleństwa, które w ostatnich latach zawładnęło Polakami, zwłaszcza małoletnimi. W miastach nastał terror jednośladów elektrycznych: hulajnogi, rowery, skutery, crossy oraz różnego rodzaju UTO (Urządzenie Transportu Osobistego, czyli pojazdy bez siedzenia i pedałów) jak elektryczne deskorolki, hoverboardy, segwaye czy airwheele są wszędzie, o każdej porze dnia i nocy.

Użytkownicy tych „rumaków” czują się bezkarni. Blokada prędkości? Nic takiego, podkręcamy tempo! Ograniczenia prędkości na chodnikach? Nie dla nas, gierojów! Niech te ślamazary się orientują! Zakaz jazdy po alkoholu? A kto nam zabroni? Dozwolona tylko jazda w pojedynkę? A przecież tak przyjemnie poprzytulać się w pędzie – miłość wszystko wybaczy… Do tego dochodzi jeszcze plaga kurierów na skuterach-elektrykach dostarczających dania i wiktuały, zupełnie nieprzestrzegających (i nieznających) zasad ruchu. Czasem jakimś policjantom odbija akcja kontrolowania jednośladów, ale „i Herkules dupa, gdy jednośladów kupa”.

 

Rowerowa stolica

Warszawa jest polską bicyklową liderką: szczyci się siecią ponad 883 km tras rowerowych. W tym 580 km to pasy tylko dla rowerów (i innych jednośladów); 82 km zaś to ciągi pieszo-rowerowe. W wielu miejscach chodniki przecinają się z trasami rowerowymi i… tylko przechodnie muszą tam zachować czujność. Biada im, jeśli uwierzą, że na drogach rowerowych dozwolona prędkość wynosi 20 km/h, na chodnikach zaś – 5 km/h.

Mało kto wie, że od 2012 r. w stołecznym ratuszu funkcjonuje pełnomocnik prezydenta m.st. Warszawy ds. komunikacji rowerowej. I ma pełne ręce roboty. Dbałość o jakość sieci jednośladów to priorytet: już 81% wszystkich tras zostało wykonanych z porządnego, gładkiego asfaltu. Ponadto mamy ponad 46 tys. stojaków rowerowych oraz 290 samoobsługowych stacji naprawczych. Kto jest ciekaw kosztów jednośladowej mody, spieszę poinformować: w centrum miasta jeden kilometr kosztuje kilka milionów zł! Przykładowo, na trasę wzdłuż ul. Marszałkowskiej ratusz wybulił ok. 8 mln zł (i to nie koniec, bo po drugiej stronie ulicy powstanie kolejna ścieżka); na ciąg wzdłuż ul. Andersa – ok. 30 mln; za to infrastruktura rowerowa w centrum stolicy pochłonie ponad 100 mln zł.

Pełnomocnik rowerowy prezydenta Warszawy przyznaje, że powinny też wracać przejścia przez ruchliwe arterie, ale to jeszcze bardziej podwyższyłoby i tak wysokie koszty. Bo współczesność eliminuje pieszych jako anachronizm. Choć rower napędzany wysiłkiem człowieka to też zabytek.

 

Siła ludzkich mięśni

Podobno około roku 1790 pojawił się prototyp maszyny przypominającej rower – nazwanej célérifere – której autorem/konstruktorem miał być francuski hrabia Mède de Sivrac. Na to jednak brak wiarygodnych dowodów. Za to machiny do jazdy napędzane siłą za pomocą pedałów bez wątpienia pojawiły się na początku XIX stulecia. Zanim jednak wprowadzono na rynek jednoślady z dwoma kołami tej samej wielkości, wyprodukowano wiele różnych wehikułów będących „wprowadzeniem” do współczesnych rowerów.

Prototyp skonstruował w 1817 r. niemiecki baron Karl von Drais. Pierwszy na świecie jednoślad wyposażony był w dwa koła połączone w jednej linii drewnianą ramą; skręcanie odbywało się przez obrót przedniego koła. Pół wieku później francuski rzemieślnik Pierre Michaux dodał do przedniego koła pedały oraz korby, co zapoczątkowało epokę welocypedów. I już w następnej dekadzie pojawiły się bicykle z ogromnym kołem przednim napędzanym bezpośrednio z pedałów, co pozwalało rozwijać duże prędkości. Jednak wehikuły były niestabilne, co zatem idzie – niebezpieczne. I tadam, tadam – rok 1885, niejaki John Kemp Starley wymyśla „rower bezpieczny” (Rover Safety Bike) wyposażony w dwa podobnej wielkości koła, napęd łańcuchowy oraz układ kierowniczy połączony z widelcem. Te konstrukcje ewoluowały z czasem – aż po współczesne rowery napędzane elektrycznie.

 

Majtki dla cyklistek

Wiemy już, co miasta zawdzięczają rowerom. Ale za co jednośladowi powinny być wdzięczne kobiety? Otóż dzięki cyklizmowi wygrały ubraniową wygodę. Gwarantowaną przez spodnie. Nie od razu był to element stroju wystawiony na publiczny widok. Najpierw ukrywano go pod sukienką, potem coraz krótszą spódnicą, wreszcie – noszono tylko z bluzką. Ta swobodna moda przyszła z Ameryki, gdzie w latach 70. XIX wieku niejaka Amelia Bloomer, działaczka na rzecz praw kobiet, do tego fanka rowerowania, zaprojektowała i wylansowała damskie gatki trochę zbliżone krojem do spodni haremowych: bufiaste, plisowane w talii, zebrane w pasek pod kolanem, noszone z pończochami i gorsetowaną górą.

„Ubranie kobiety powinno być dopasowane do jej chęci i potrzeb. Powinno sprzyjać po pierwsze jej zdrowiu, być komfortowe i użyteczne, a jeśli to nie przeszkadza, podkreślać jej wdzięk i piękno”.

„Szlachetne”, niebieliźniane majtasy szyto z materiałów jak na suknie, były dobrane kolorystycznie do kreacji. I kiedy pęd powietrza unosił spódnice ponad kierownicę, ukazywały się galoty zwane od imienia projektantki „bloomerkami”. Widok uznano za przyzwoity, a spodenki – za nieurągające zasadom elegancji. W 1890 r. oficjalnie zaakceptowano je w Europie.

 

Cykliści jako teoria spiskowa

W 1900 roku „Słownik warszawski” tak definiował termin „cyklista” – „jeździec na cyklu, czyli kole”. Później „cykl” został wyparty przez „rower”, „cyklistę” zastąpił „rowerzysta”, a następnie „kolarz”. Do dzisiaj termin „cyklista” przetrwał głównie za sprawą powiedzenia: „Wszystkiemu winni są Żydzi, masoni i cykliści”. Analogicznie mówiło się swego czasu: „Będziemy wieszać partyjnych i cyklistów”.

Co zawinili rowerzyści w tym politycznym tyglu? Otóż na przełomie XIX i XX wieku zarówno maszyna, jak i ekstrawaganckie stroje rowerzystów budziły zastrzeżenia. Sugerowano, że stanowią element zagrażający ówczesnemu porządkowi świata, ba! uważano ich za zwiastun końca tegoż. A dwie pierwsze z wymienionych grup uważano za spiskowców mających na celu przejęcie władzy nad światem. Powiedzonko – w ironicznym sensie – spopularyzowali w międzywojniu dwaj poeci żydowskiego pochodzenia Julian Tuwim i Antoni Słonimski. Przytaczanie porzekadła w najbardziej absurdalnych kontekstach służyło ośmieszaniu rozlicznych teorii spiskowych dopatrujących się podłych intryg snutych przez środowiska żydowsko-masońskie.

 

Lot na Letatlinie

Wiara w potęgę rewolucji radzieckiej napędzała także utopijne koncepcje. Oto urodzony w 1885 r. w Charkowie Władimir Tatlin, który zaczynał karierę jako ikonopis, wymienił wiarę chrześcijańską na wiarę w ideę komunizmu. W 1920 r. zabłysł projektem Pomnika III Międzynarodówki – niestety, na „Wieżę Tatlina” nie było stać młodego sowieckiego państwa. Nie była to jedyna futurystyczna wizja Tatlina, który uznał, że człowiek radziecki może też zrewolucjonizować komunikację miejską. W 1932 r. Tatlin zaprojektował „Letatlin” (inteligentna zbitka słowa „latać” z nazwiskiem wynalazcy), wehikuł łączący koncepcje maszyny do latania Leonarda da Vinci z rowerem. Pisano o tym pojeździe entuzjastycznie:

„To nie tylko dzieło sztuki; jest to manifest innowacyjny, materializacja utopii i wola twórczej zdolności ludzi”.

Innowacyjność koncepcji Tatlina nie na wiele zdała się autorowi – jako jeden z niewielu awangardystów, który w okresie stalinowskich czystek nie emigrował ze Związku Radzieckiego, został zmuszony do zweryfikowania swoich wizji i przekonań. W 1940 r. pozbawiony został prawa wystawiania, w efekcie czego zdesperowany artysta wrócił do malarstwa realistycznego. Cóż, Letatlin nigdy nie poszybował nad ulicami miast – a komunizm nie sprawdził się jako ideologia proletariuszy wszystkich krajów, którzy mieli się łączyć.

 

Nagie baby na siodełkach

Jednak nie za czasów leninowskiego/stalinowskiego ZSRR z roweru uczyniono narzędzie lewackiej/lewicującej ideologii. Stało się tak w 1978 r., gdy grupa Queen (u szczytu sławy) nagrała utwór „Bicycle Race” (z albumu „Jazz”), do którego powstał clip wywołujący sprzeciw w niektórych krajach. Bo oto na ekranie pojawiło się 65 nagich damskich tyłków (dość tłustych), ujętych od tyłu, dosiadających rowerów na Wimbledon Stadium. Song skomponował Freddie Mercury zainspirowany wyścigami Tour de France, których trasa w 1978 r. przebiegała przez Montreux, gdzie Queen nagrywał album „Jazz”. Tekst zawierał (trudne dziś do odczytania) aluzje do wojny w Wietnamie, Watergate, religii, kokainy, popkultury, a także słynnych postaci z literackich (i filmowych) fikcji: Piotruś Pan, Superman, Frankenstein. Co zabawne – zespół Queen, który wynajął rowery do wspomnianej sceny (z nagimi panienkami), zmuszony został do odkupienia siodełek z tych pojazdów, które naguski dosiadły (i do zapłacenia za nowe siodełka).

Ciekawostka obyczajowa: po luzackim podejściu do nagości z przełomu lat 60./70., pod koniec lat 70. nagie d… raziły „moralność” establishmentu. Niemal wszystkie kraje, do których trafiło wideo z naguskami na rowerach, zgodziły się na popularyzację teledysku pod warunkiem, że paniom „nałożono” (cyfrowo) na gołe tyłki czerwone majteczki bikini. W bardziej purytańskich stanach USA „ubrano” też dziewczyny-cyklistki w staniki.

 

Ten od Błażeja

Po naszej ustrojowej transformacji media przeżywały prawdziwy rozkwit i totalną rekonstrukcję: odejście od sztywnego montażu, improwizacja, dopuszczalne błędy językowe i pomyłki. I oto na przełomie XX i XIX wieku pojawił się najpopularniejszy telewizyjny show dla małolatów, prowadzony przez młodych, z udziałem małoletniej publiczności.

Skąd tytuł „Rower Błażeja”? Ta nazwa przebiła się wśród najbardziej odjechanych propozycji. Jednoślad Błażeja w ogóle nie istniał, tak zresztą, jak nie było żadnego dziennikarza o tym imieniu w zespole redakcyjnym. Format pojawił się w głównej telewizyjnej antenie w 1998 r., więc jeszcze w czasach kształtowania się naszej neoliberalnej świadomości. Co najważniejsze – w „Rowerze…” poruszano często kontrowersyjne tematy związane z seksem, antykoncepcją, narkotykami czy homoseksualizmem. Nie wszystkim to odpowiadało. Program przetrwał 6 lat, choć w coraz mniejszej dawce: od pięciu odcinków na tydzień; po 4 latach obcięty do czterech odsłon tygodniowo; od wiosny 2004 r. ścięty do 3 odcinków tygodniowo, ale to już był łabędzi śpiew formatu, po którym została… rowerowa nazwa.

 

Motocyklowy Rajd Katyński

Na koniec – o ciężkiej artylerii jednośladów: Harley-Davidson, Yamaha, BMW, Suzuki, Kawasaki. Motocykle dostosowane do pokonywania trudnych warunków i tysięcy kilometrów. Chopppery, cruisery i adventure. I to właśnie one – a raczej ich właściciele – od ćwierćwiecza organizują wyprawy motocyklowe do miejsc związanych ze zbrodnią katyńską. Rajd jest organizowany od 2001 r., a jego pomysłodawcą był Wiktor Węgrzyn. Trzeci Rajd Katyński Węgrzyn przeleżał w szpitalu po ciężkim wypadku. Wylizał się. W podzięce za wsparcie Opatrzności Bożej zorganizował w 2004 r. Zlot Gwiaździsty na Jasnej Górze. Na początku była garstka uczestników. Ale w 2007 r. zebrało się ponad 12 tysięcy motocyklistów; a rok później było ich 15 tys. Kolejne lata to udział kilkudziesięciu tysięcy, w 2024 r. zaś to już ponad 50 tys. rajdowców. Teraz to największy niekomercyjny zlot w Europie.

Uczestnicy odwiedzają miejsca związane ze zbrodnią katyńską na Kresach Wschodnich, starają się nawiązać kontakt z Polakami mieszkającymi na tamtych terenach, zabiegają o rozwój kontaktów międzynarodowych. Co roku motocykliści z Polski i zagranicy zaczynają sezon od Mszy Świętej i zawierzenia się w opiekę Królowej Polski. Ponieważ tego typu aktywność ma łączyć, nie dzielić, uczestnicy rajdu wywieszają dwie flagi – polską oraz kraju, przez który przejeżdżają. W Mszach Świętych odprawianych w każdym z miejsc „katyńskich” uczestniczą obok Polaków Rosjanie, Białorusini, Ukraińcy i przedstawiciele innych narodów z terytoriów ex-ZSRR. Modlą się starzy i młodzi, katolicy, grekokatolicy, prawosławni, ewangelicy. Ma to służyć pojednaniu… co już jest trudniejszą sprawą.

Na koniec – finalny rytuał: uczestnicy Rajdu po powrocie do domów odwiedzają szkoły, uczelnie, parafie, dzieląc się wrażeniami z podróży i przywołując pamięć o Zbrodni Katyńskiej, o Kresach oraz Polakach tam pozostałych.

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 22.07.2026 10:14
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 29/2026, oprac. Ludwik Pęzioł