Szukaj
Konto

Pracownicy płacą za forsowaną przez Lewicę rządową reformę stażu pracy

Człowiek z twarzą schowaną w dłoniach
Źródło: pixabay.com | Licencja: pixabay.com | Człowiek z twarzą schowaną w dłoniach
Przeforsowana w ubiegłym roku przez Lewicę rządowa reforma stażu pracy, która miała poprawić sytuację „milionów polskich pracowników”, okazała się najdroższa dla nich samych. Solidarność alarmuje, że zatrudnieni w budżetówce tracą nagrody i inne świadczenia, bo rząd nie pokusił się o oszacowanie, ile zmiany związane z zaliczeniem dodatkowego stażu pracy będą kosztować i nie uwzględnił żadnych funduszy na realizację zmian.
Co musisz wiedzieć:
  • Przeforsowana w ubiegłym roku przez Lewicę rządowa reforma stażu pracy, która miała poprawić sytuację „milionów polskich pracowników”, okazała się najdroższa dla nich samych.
  • Solidarność alarmuje, że zatrudnieni w budżetówce tracą nagrody i inne świadczenia, bo rząd nie pokusił się o oszacowanie, ile zmiany związane z zaliczeniem dodatkowego stażu pracy będą kosztować i nie uwzględnił żadnych funduszy na realizację zmian. 

 

Jedna z najbardziej wyczekiwanych zmian?

Reforma stażu pracy, która weszła w życie z początkiem tego roku, miała być według przedstawicieli rządu jedną z najbardziej wyczekiwanych zmian dla pracowników. Do stażu można dziś doliczać dzięki niej m.in. okresy pracy na umowie zleceniu, prowadzenia działalności gospodarczej czy pracy za granicą. W efekcie część osób zyskuje dostęp do wyższego dodatku stażowego, nagród jubileuszowych czy dłuższego urlopu.

Problem w tym, że państwo, wprowadzając nowe uprawnienia, nie zapewniło na ich realizację żadnych pieniędzy. W administracji publicznej koszt reformy został wpisany w istniejące fundusze wynagrodzeń. A te i tak od lat są niskie.
Zdaniem przedstawicieli NSZZ „Solidarność” i innych związków zawodowych w praktyce to pracownicy finansują reformę z własnych wynagrodzeń.

 

Kto zapłaci? Pracownicy

Rząd od początku przedstawiał reformę jako zmianę korzystną dla ogromnej grupy pracowników. Minister rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk określała ją jako „dobrą wiadomość dla milionów pracowników”, wskazując, że dzięki zaliczeniu wcześniejszych okresów pracy nowe uprawnienia uzyskają osoby, które wcześniej pracowały m.in. na umowie zleceniu lub prowadziły działalność gospodarczą.

Dla pracownika, któremu nagle zaliczono kilka czy kilkanaście lat wcześniejszej aktywności zawodowej, jest to realna korzyść. Problem pojawia się wtedy, gdy na sfinansowanie tej korzyści nie ma pieniędzy. Jeżeli z tej samej puli trzeba wypłacić wyższe dodatki stażowe i nagrody jubileuszowe, mniej zostaje na inne podwyżki, premie czy nagrody.

W toku prac nad budżetem na 2026 r. nie zwiększono środków na wynagrodzenia w związku ze skutkami reformy stażu pracy. Założono jedynie 3-procentowy wzrost wynagrodzeń. Tymczasem nowe uprawnienia zaczęły konsumować część tej puli.

 

Rząd nie liczy skutków

Wiceminister RPiPS Sebastian Gajewski, który uczestniczył w przygotowaniu projektu i procesie legislacyjnym, przyznał podczas ostatnich obrad RDS, że dokładne oszacowanie skutków finansowych reformy było trudne. Pracodawcy nie mieli wcześniej pełnej wiedzy o wszystkich okresach aktywności zawodowej swoich pracowników, które po zmianie przepisów mogły zostać zaliczone do stażu.

Z jego wypowiedzi wynika, że rząd w związku z tym nie próbował nawet oszacować skutków finansowych wprowadzanej przez siebie reformy. To dziwi, szczególnie, że minister Gajewski w tej samej wypowiedzi wskazywał, że poszczególne urzędy mogły przed wejściem ustawy w życie samodzielnie oszacować jej wpływ na własne budżety. Jak mówił, część dyrektorów generalnych zrobiła to skuteczniej, a część nie doszacowała problemu.

Jeżeli poszczególne urzędy były w stanie policzyć, ile reforma może kosztować ich pracowników i ich fundusze wynagrodzeń, na podstawie tych danych również ministerstwo mogło próbować oszacować skalę problemu i co za tym idzie kosztów. Jak można wprowadzać reformę, nie wiedząc, ile osób może na niej skorzystać i jakie niesie za sobą skutki finansowe?

– pyta Piotr Duda, przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”.

Jak przekonują związkowcy, ta reforma to tylko jeden z wielu przykładów złej legislacji, która weszła już w krew obecnie rządzącym - najpierw przyznano nowe prawa, a dopiero później zaczęto zastanawiać się, jak zapłacić za ich realizację.

 

„Ludzie ze swoich należnych wynagrodzeń finansują reformę”

Na wrześniowym posiedzeniu RDS sprawę finansowania reformy stanowczo skomentował Bartłomiej Mickiewicz, zastępca przewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”. Wskazywał, że nie dość, że rząd nie zapewnił środków na realizację reformy, to w dodatku, kiedy o potrzebne środki występowały zarówno urzędy wojewódzkie, jak i Szefowa Służby Cywilnej, nie przyznano ich.

Ludzie ze swoich należnych wynagrodzeń finansują reformę, którą wprowadził rząd Rzeczpospolitej Polskiej

 – mówił oburzony przewodniczący Mickiewicz.

Związkowcy wskazują przy tym, że od lat kolejne zmiany nakładają na jednostki budżetowe nowe zobowiązania, podczas gdy pieniądze na ich realizację nie są odpowiednio zwiększane.

 

Albo dodatkowy staż, albo nagroda

W podobnym tonie wypowiadała się Katarzyna Zimmer-Drabczyk, ekspert NSZZ „Solidarność”. Związkowcy – jak relacjonowała – sprawdzili sytuację w ponad dziesięciu urzędach wojewódzkich, w których działają organizacje Związku.

Z ich zestawienia wynikało, że wydatki związane z dodatkami stażowymi i nagrodami jubileuszowymi sięgają około 1 proc. globalnych wydatków na wynagrodzenia. Problem polega na tym, że te pieniądze trzeba znaleźć w już istniejącej puli. Efekt? Priorytetem stają się świadczenia, których wypłata wynika wprost z nowych przepisów. Na pozostałe elementy systemu wynagradzania zostaje mniej.

Katarzyna Zimmer-Drabczyk wskazywała podczas ostatnich obrad RDS, że w niektórych przypadkach nagrody dla pracowników zostały obniżone nawet o 500 zł. Związkowcy obawiają się przy tym, że problem będzie narastał, bo wnioski o zaliczenie wcześniejszych okresów pracy można składać do końca 2027 r.

Związkowcy dodają, że rozwiązanie, które miało wyrównywać sytuację pracowników, jednocześnie zaostrza konflikty wewnątrz zakładów pracy. Jedni dostają wyższe świadczenia dzięki doliczeniu wcześniejszego stażu. Inni dowiadują się, że na premię czy nagrodę pieniędzy już nie ma.

 

„Oszczędności” ze zwolnień nie rozwiązują problemu

Ministerstwo Finansów nie przewiduje uruchomienia specjalnej rezerwy na pokrycie kosztów reformy. Hanna Majszczyk argumentowała podczas posiedzenia RDS, że ustawa nie przewiduje dodatkowych skutków finansowych, a jednostki powinny realizować nowe obowiązki w ramach posiadanych funduszy wynagrodzeń.

Przekonywała, że fundusze wynagrodzeń mają określone limity i nie można ich po prostu zwiększyć dlatego, że pojawiły się nowe zobowiązania. Wskazywała również na możliwość wykorzystania oszczędności powstających m.in. w związku z wakatami czy odejściami pracowników na emeryturę.

Tyle, że to rozwiązanie na chwilę i sposób jedynie na zamaskowanie problemu. W praktyce oszczędności, które wcześniej mogły zasilać fundusz nagród, zostały wykorzystane na pokrycie nowych, obowiązkowych świadczeń.

Spór o reformę stażu pokazuje przy okazji problem, z którym budżetówka mierzy się od lat – chaos organizacyjny, jeśli chodzi o system wynagradzania. Dlatego podczas ostatniego posiedzenia RDS Piotr Duda apelował o rozpoczęcie rozmów na temat ponadzakładowego układu zbiorowego pracy dla tego sektora. Systemowe zmiany być może w przyszłości mogłyby uchronić pracowników przed skutkami podobnych eksperymentów Lewicy i rządu.

 

Komentarzy: 0
Data publikacji: 22.09.2026 20:33
Źródło: Tysol.pl