Rafał Woś: Nie taka zielona rewolucja

- Odgórnie narzucana zielona polityka transportowa często spotyka się z oporem społecznym.
- Rozwój elektromobilności wiąże się z kosztami gospodarczymi i środowiskowymi, wzmacniając m.in. chiński przemysł i osłabiając europejską motoryzację.
- Autor przekonuje, że skuteczna polityka transportowa powinna opierać się na realnych potrzebach mieszkańców, a nie na narzucaniu rozwiązań motywowanych ideologią.
Od lat przekonuje się nas, żeby porzucić samochody i przesiąść się do elektrycznych tramwajów, a najlepiej na rowery i hulajnogi. Ma być taniej, wygodniej i zdrowiej. A przy okazji mamy uniknąć klimatycznej katastrofy. Wystarczy jednak przypomnieć sobie krakowskie referendum i polityczne kłopoty władz miasta po wojnie wypowiedzianej kierowcom. To pokazuje, że taka polityka budzi opór. Bo Polacy wyczuwają, kiedy proponowane rozwiązania rozmijają się z ich interesem.
Zacznijmy od tego, że antysamochodowe reformy często wprowadza się pokazowo, bez uwzględnienia codziennych potrzeb mieszkańców. Polacy są przywiązani do własnych aut i nie rezygnują z nich pod wpływem ekologicznych kampanii czy moralnego szantażu. Uprzykrzanie życia kierowcom wcale nie musi też oznaczać mniejszych korków. Ale zwolenników transportowej rewolucji to nie zniechęca. Wręcz przeciwnie. Skoro coś nie działa, to najwyraźniej trzeba jeszcze więcej tego samego.
Zderzenie z rzeczywistością
To zresztą niejedyna rysa na tej zielonej opowieści. Już dziś wiadomo, że forsowanie „elektryków” bardziej wzmacnia chiński przemysł, niż chroni klimat. A przy okazji osłabia europejską motoryzację i zagraża milionom miejsc pracy. Tak jak w przypadku wielu innych zielonych projektów koszty ponoszą zwykli obywatele. Najpierw wyższe ceny. Potem coraz większe utrudnienia w poruszaniu się. A na końcu jeszcze ryzyko wylądowania na bruku.
Pytanie tylko: w imię czego? Produkcja „ekologicznych” środków transportu również wiąże się z wysoką emisją i ogromnym zużyciem surowców, takich jak lit czy kobalt. Do tego dochodzi problem ich późniejszego recyklingu, który w wielu przypadkach wciąż jest kosztowny i technologicznie trudny. A przecież jest jeszcze kwestia najważniejsza. Nawet gdyby Europa całkowicie wyzerowała swoje emisje, o losach światowego klimatu i tak w największym stopniu decydowałyby Chiny, Indie i inne wielkie gospodarki. Piękna wizja zderza się więc z rzeczywistością niemal na każdym kroku. I z każdego takiego zderzenia wychodzi bardziej poobijana.
Byłoby inaczej, gdyby zieloni moraliści zaczęli stosować wobec siebie własne hasła. Patrzeć przede wszystkim na człowieka. Nie z wysokości wielkich idei, lecz z poziomu jego codziennych potrzeb. Bo Polak może wiele znieść. Ale gdy wyczuje, że ktoś próbuje uszczęśliwić go na siłę, zrobi dokładnie odwrotnie, niż życzyłby sobie ten, kto chce urządzić mu życie.
[Tytuł, śródtytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Już dziś debata pt. "Zielony Ład. Na zgubę Polski i Polaków?"

Rekarbonizacja Polski jest konieczna

Rafał Woś: Czas na greenexit i powrót do węgla

Greenexit? To da się zrobić! Nowy numer "Tygodnika Solidarność"

Zapaść w motoryzacji. Co trzecia firma planuje zwolnienia






