Szukaj
Konto

Rafał Woś: Nie taka zielona rewolucja

Rafał Woś
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Barbara Sadowska | Licencja: Tygodnik Solidarność | Rafał Woś
Zielona rewolucja w transporcie nie służy wszystkim. A w dodatku wcale nie jest taka zielona. Potwierdzają to liczby, dane i statystyki. Potwierdzają to także kierowcy, pasażerowie i piesi. Wystarczy tylko chcieć ich posłuchać.
Co musisz wiedzieć:
  • Odgórnie narzucana zielona polityka transportowa często spotyka się z oporem społecznym.
  • Rozwój elektromobilności wiąże się z kosztami gospodarczymi i środowiskowymi, wzmacniając m.in. chiński przemysł i osłabiając europejską motoryzację.
  • Autor przekonuje, że skuteczna polityka transportowa powinna opierać się na realnych potrzebach mieszkańców, a nie na narzucaniu rozwiązań motywowanych ideologią.

Od lat przekonuje się nas, żeby porzucić samochody i przesiąść się do elektrycznych tramwajów, a najlepiej na rowery i hulajnogi. Ma być taniej, wygodniej i zdrowiej. A przy okazji mamy uniknąć klimatycznej katastrofy. Wystarczy jednak przypomnieć sobie krakowskie referendum i polityczne kłopoty władz miasta po wojnie wypowiedzianej kierowcom. To pokazuje, że taka polityka budzi opór. Bo Polacy wyczuwają, kiedy proponowane rozwiązania rozmijają się z ich interesem.

Zacznijmy od tego, że antysamochodowe reformy często wprowadza się pokazowo, bez uwzględnienia codziennych potrzeb mieszkańców. Polacy są przywiązani do własnych aut i nie rezygnują z nich pod wpływem ekologicznych kampanii czy moralnego szantażu. Uprzykrzanie życia kierowcom wcale nie musi też oznaczać mniejszych korków. Ale zwolenników transportowej rewolucji to nie zniechęca. Wręcz przeciwnie. Skoro coś nie działa, to najwyraźniej trzeba jeszcze więcej tego samego.

 

Zderzenie z rzeczywistością

To zresztą niejedyna rysa na tej zielonej opowieści. Już dziś wiadomo, że forsowanie „elektryków” bardziej wzmacnia chiński przemysł, niż chroni klimat. A przy okazji osłabia europejską motoryzację i zagraża milionom miejsc pracy. Tak jak w przypadku wielu innych zielonych projektów koszty ponoszą zwykli obywatele. Najpierw wyższe ceny. Potem coraz większe utrudnienia w poruszaniu się. A na końcu jeszcze ryzyko wylądowania na bruku.

Pytanie tylko: w imię czego? Produkcja „ekologicznych” środków transportu również wiąże się z wysoką emisją i ogromnym zużyciem surowców, takich jak lit czy kobalt. Do tego dochodzi problem ich późniejszego recyklingu, który w wielu przypadkach wciąż jest kosztowny i technologicznie trudny. A przecież jest jeszcze kwestia najważniejsza. Nawet gdyby Europa całkowicie wyzerowała swoje emisje, o losach światowego klimatu i tak w największym stopniu decydowałyby Chiny, Indie i inne wielkie gospodarki. Piękna wizja zderza się więc z rzeczywistością niemal na każdym kroku. I z każdego takiego zderzenia wychodzi bardziej poobijana.

Byłoby inaczej, gdyby zieloni moraliści zaczęli stosować wobec siebie własne hasła. Patrzeć przede wszystkim na człowieka. Nie z wysokości wielkich idei, lecz z poziomu jego codziennych potrzeb. Bo Polak może wiele znieść. Ale gdy wyczuje, że ktoś próbuje uszczęśliwić go na siłę, zrobi dokładnie odwrotnie, niż życzyłby sobie ten, kto chce urządzić mu życie.

[Tytuł, śródtytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 21.07.2026 18:30
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 29/2026, oprac. Ludwik Pęzioł