Co oznacza nowa edukacja zdrowotna dla dziecka? Rozmowa z ekspertem

- Wprowadzenie obowiązkowej edukacji zdrowotnej jest krytykowane jako spóźnione, źle przygotowane organizacyjnie i oparte na niejasnych podstawach prawnych.
- Zdaniem rozmówcy nowy przedmiot ma przede wszystkim charakter ideologiczny, zwłaszcza w obszarze edukacji seksualnej i redefinicji pojęcia rodziny.
- Istnieją obawy dotyczące sposobu realizacji zajęć (m.in. zdrowia psychicznego i seksualności), ich wpływu na uczniów oraz braku realnego dialogu społecznego przy wprowadzaniu zmian.
Krucjata lewicy
Jakub Pacan: Edukacja zdrowotna ma być jednak obowiązkowym przedmiotem. Jakie jest oficjalne stanowisko KSOiW NSZZ „Solidarność” w tej sprawie?
Dr Waldemar Jakubowski (przewodniczącym Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”): Przede wszystkim mówimy, że edukacja zdrowotna, elementy takiej edukacji są w polskiej szkole od dawna. W tym nie ma nic nowego, treści dotyczące edukacji zdrowotnej były obecne w programach nauczania zawsze, tylko rozłożone w różnych przedmiotach, m.in. biologii, edukacji dla bezpieczeństwa, lekcjach wychowawczych, WF, WDŻ. Ta „rewolucja” nie jest żadną rewolucją. MEN tłumaczy, że novum polega na komponentach psychologicznych i oczywiście seksualnych. W mojej ocenie nie było potrzeby wprowadzania nowego przedmiotu. Było stare, sprawdzone wychowanie do życia w rodzinie, wystarczyło troszkę unowocześnić ten przedmiot. Oczywiście odpowiednio wcześniej prowadząc rzeczywisty dialog ze wszystkimi zainteresowanymi stronami.
– Tutaj gra toczy się o co innego?
– Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że najważniejsze są w nowym przedmiocie zmiany ideologiczne, promowanie np. kuriozalnego pojęcia rodziny, jej różnych modeli i „wariantów”. Należy postawić zasadnicze pytanie: Co się kryje pod tą nową wrażliwością? W edukacji seksualnej w agresywnej jej wersji chodzi o zrównanie w społecznym postrzeganiu, a potem w prawach związków homoseksualnych, a także tzw. rodziny patchworkowej. Zasadniczym celem jest takie przewartościowanie modelu rodziny, żeby ten właściwy: mąż – ojciec, żona – matka i dzieci, był tylko jednym z wariantów, dodatkowo raczej wariantem drugiego wyboru.
– W tym może pojawić się jeszcze jedno pole minowe, w ramach przedmiotu obowiązkowy będzie komponent zdrowia psychicznego. Tutaj pojawia się model ideologiczny prezentowanej psychologii. Wielu nauczycieli miało z tym już problem.
– Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na ryzyko narzucania określonego modelu psychologicznego, który może mieć charakter ideowy, a nie wyłącznie naukowy. Psychologia nie jest dziedziną całkowicie jednolitą – istnieją różne podejścia, szkoły i interpretacje. Wprowadzenie jednego, dominującego „modelu psychologa” w programie nauczania może prowadzić do uproszczeń, a nawet do promowania określonych poglądów światopoglądowych pod pozorem wiedzy naukowej. Nauczanie o zdrowiu psychicznym wymaga nie tylko wiedzy, ale także kompetencji interpersonalnych i odpowiedzialności za dobrostan uczniów. W praktyce może się okazać, że zajęcia będą prowadzone przez osoby bez odpowiedniego przygotowania psychologicznego, co grozi spłyceniem tematu lub nawet jego niewłaściwym przedstawieniem. Uczniowie mogą być zachęcani do dzielenia się osobistymi problemami w środowisku, które nie gwarantuje odpowiedniego poziomu poufności i profesjonalnego wsparcia. W efekcie zamiast pomocy może pojawić się dyskomfort lub stygmatyzacja. Zjawiska takie jak stres, smutek czy trudności w relacjach są naturalną częścią życia, jednak ich przedstawianie wyłącznie w kategoriach problemów wymagających interwencji może zaburzać obraz rzeczywistości i obniżać odporność psychiczną młodych ludzi.
Karykatura dialogu
– Treści wiedzy o zdrowiu seksualnym mają nie być obowiązkowe. Pytanie, ilu rodzicom będzie chciało się wypisywać dzieci z tych treści lub sprawdzać czy są kontrowersyjne, czy nie?
– To jedna sprawa. Należy jednak zacząć od trybu wprowadzania tego przedmiotu, który jest sam w sobie kuriozalny. Trzeba będzie pewnie złożyć deklarację, że dziecko ma nie uczestniczyć w komponencie dotyczącym edukacji seksualnej. Do tej pory było w szkole tak, że w sprawach kontrowersyjnych rodzice składali deklarację, że chcą, by dziecko uczestniczyło w określonych zajęciach. Teraz wystarczy, że rodzic nie zgłosi sprzeciwu. To odwrócenie porządku prawnego i zwykłej prostej logiki. MEN twierdzi, że to ma być zaledwie kilka lekcji, ale ile dokładnie? Dwie, trzy? Podstawa programowa edukacji zdrowotnej ma być też jeszcze raz przejrzana, powołano zespół, oczywiście pod przewodnictwem prof. Zbigniewa Izdebskiego i kilku innych ludzi związanych z Instytutem Badań Edukacyjnych. To nawet nie jest ekwiwalent dialogu społecznego, to jest jego karykatura.
Z punktu widzenia organizacyjnego decyzja o wprowadzeniu obowiązkowej edukacji zdrowotnej zapadła stanowczo zbyt późno i zdezorganizuje pracę szkoły, pogarszając już i tak niełatwe warunki pracy. Jak dyrektor ma sporządzić arkusz organizacyjny szkoły do końca kwietnia, gdy nie wie, jak będzie ten przedmiot wyglądał, komu ma powierzyć jego prowadzenie? Wreszcie jaka ma być podstawa prawna jego działań? Medialne oświadczenie minister edukacji narodowej?
– Jak będą zagospodarowani uczniowie, których rodzice wypisali z komponentu edukacji seksualnej, gdy będą to lekcje w środku dnia szkolnego?
– Lekcje religii wyrzucono na koniec i na początek zajęć. Edukacja zdrowotna może być, według obowiązującego obecnie rozporządzenia, planowana gdziekolwiek, nie ma żadnych ograniczeń prawnych, żeby była w środku zajęć lekcyjnych. Podejrzewam, że komponent edukacji seksualnej będzie na pierwszej lub ostatniej godzinie. Tutaj pojawi się problem, bo uczniom nie będzie się chciało ani przyjeżdżać wcześniej, ani zostawać dłużej. Być może będą naciski, by robić te lekcje jednak w środku zajęć. Jeśli tak, to trzeba zagospodarować dzieci, które w tym czasie muszą być np. w świetlicy. Trzeba wtedy wygenerować pieniądze dla nauczycieli świetlicowych. Koszty rosną, bałagan organizacyjny narasta, a gdzie jest sens tego działania?
– Istnieje zagrożenie, że uczniowie wypisani z edukacji seksualnej będą narażeni na napiętnowanie ze strony rówieśników? Czy MEN o tym pomyślało i ma na to jakiś plan?
– Myślę, że nikt tam nie myślał o takim scenariuszu. Ale jeśli dmuchamy na zimne i zakładamy, że mogłoby dojść do takiej sytuacji, to trzeba zawczasu pomyśleć, jak temu zapobiegać. W przypadku młodzieży za bardzo bym się tym nie przejmował, w szkołach podstawowych mogłoby jednak dojść do takich sytuacji. Narastająca przemoc w grupach rówieśniczych to jeszcze inny nierozwiązany problem polskiej szkoły. Niekiedy do aktów agresji dochodzi z przyczyn dla dorosłych zupełnie niepojętych. Istnieje też zagrożenie, że uczniowie uczęszczający na zajęcia edukacji seksualnej będą przekazywali swoją wiedzę i spostrzeżenia uczniom, którzy w takich zajęciach nie biorą udziału. Powiem więcej, to nie jest zagrożenie, na pewno tak się stanie. Tak więc naprawdę seksualizację dzieci można wprowadzić mimo ich nieobecności na zajęciach edukacji seksualnej.
Niebezpieczna ścieżka
– Czy polska droga do permisywnej edukacji seksualnej przypomina drogę, którą wcześniej przeszła Europa Zachodnia, gdzie metodą plasterków salami wprowadzano coraz bardziej agresywne formy edukacji seksualnej?
– Tak, polska szkoła idzie drogą szkół Europy Zachodniej. Zresztą ostrzegali nas przed tym wielokrotnie nasi partnerzy z Europy, gdzie edukacja seksualna poczyniła już znaczne postępy. U nas jest podobnie, krok w tył pod naciskiem opinii publicznej i m.in. naszych protestów, odczekanie chwilę i znowu krok do przodu. Podobnie jak na Zachodzie czy w Skandynawii sączona nam już jest podobna ideologia i niestety nie omija ona polskich szkół. W Skandynawii nikt otwarcie nie podważa absurdów ideologii seksualnej, bo się boi. Nie wiem, jak podejdzie do tego polskie społeczeństwo, obawiam się, że protesty nie będą na tyle silne, by powstrzymać seksualizację dzieci. Żyjemy w przeświadczeniu, że jesteśmy krnąbrni, nieposłuszni, wolnościowi. Pytanie, na ile jeszcze tacy jesteśmy. Czy czasami okres niewątpliwego dobrobytu nie uśpił naszej czujności obywatelskiej i społecznej.
– Czyli wkraczamy na tę niebezpieczną ścieżkę?
– Myśmy już dawno na nią wkroczyli. Korporacje wydawnicze, w większości niemieckie, od początku lat 90. wydawały pisma dla młodzieży, np. „Bravo” promujące liberalne wartości, liberalne zachowania seksualne, inne podejście do rodziny i wartości. Ich tygodniowa sprzedaż osiągała wielkość setek tysięcy egzemplarzy, miały one ogromny wpływ na kształtowanie światopoglądu nastolatków w latach 90. Powszechna była też sprzedaż w kioskach pism pornograficznych, na początku eksponowanych bez żadnych zasad chroniących małoletnich. Mamy więc do czynienia z narastającym procesem, a nie czymś zupełnie nowym, choć oczywiście tempo zmian w ostatnich latach jest zatrważające.
– Czy jako „S” oświatowa i organizacje chroniące dzieci przed seksualizacją próbowaliście przedstawiać w MEN raporty pokazujące, do czego prowadzi edukacja seksualna? Przez Wielką Brytanię przetoczyła się w tej sprawie ogromna dyskusja.
– Oczywiście, że próbowaliśmy o tym rozmawiać w MEN wielokrotnie. Zazwyczaj było wycofanie lub bagatelizowania tematu. Dla ludzi kierujących obecnie Ministerstwem Edukacji Narodowej jest to przejaw nowoczesności i postępu, a wszelkie inne postawy postrzega się jako anachroniczne, tak jakby wartości społeczne czy moralność były czymś zmieniającym się z upływem czasu. Na konkretne argumenty i dane ministerstwo nie reagowało. Wielokrotnie zapraszaliśmy przedstawicieli MEN na organizowane przez nas spotkania, pikiety, debaty, protesty. Nigdy nikt się nie pojawił. Z jednym wyjątkiem w ubiegłorocznym spotkaniu EZA uczestniczył szef IBE Maciej Jakubowski. Wyrażaliśmy też nasze stanowisko w licznych opiniach dotyczących aktów prawnych zmieniających rzeczywistość szkolną w Polsce.
Obieg zamknięty
– Jak wygląda dialog społeczny między Ministerstwem Edukacji Narodowej a NSZZ „Solidarność”?
– Kontakt jest, rozmowy – choć trudne – się odbywają. Niestety mało widać efektów. Ta koalicja jest już na półmetku swoich rządów, było wiele szumnych zapowiedzi o powoływaniu zespołów, wsłuchiwaniu się w głosy różnych środowisk, w tym strony społecznej, a zamiast lepiej jest gorzej. Na przykład spotkanie Rady Dialogu Społecznego ma charakter sprawozdawczy, strony wyrażają swoje stanowiska i na tym etapie się rozchodzimy. Powoływane zespoły są marginalizowane. Większość rozmów odbywa się przez Instytut Badań Edukacyjnych, który został całkowicie poddany ministerstwu, czyli MEN daje zamówienie na ekspertyzę, którą robi całkowicie podporządkowany mu IBE.
– Taki obieg zamknięty między ludźmi, którzy dobrze się znają?
– Tak, sami sobie robią ekspertyzy, jak im pasuje. Niestety trudno tutaj mówić o dialogu społecznym. Nieraz dostajemy coś do zaopiniowania na ostatnią chwilę. Trudno się wtedy odnieść w sposób rzeczowy i merytoryczny do proponowanych zmian. My w oświatowej Solidarności często sobie powtarzamy, że jak chcesz rozwiązać jakiś problem, to go rozwiązujesz, a jak nie masz ochoty go rozwiązać, to powołujesz zespół problemowy.
Obudzić społeczeństwo
– Patrząc na profil ideowy pani Nowackiej, nie sposób uciec od myślenia, że edukacja seksualna to realizacja większego planu ONZ określonego m.in. na wielkich konferencjach w Kairze, Pekinie, Nowym Jorku czy Londynie.
– Oświatowa Solidarność zwracała na to wielokrotnie uwagę. Tak, to szerszy program realizacji planów m.in. WHO mających na celu dokonanie zmian kulturowych poprzez zmianę pojęć dotyczących rodziny, związków, seksualności. Działania pani Nowackiej wpisują się również w coś, co się nazywa europejskim obszarem edukacji, gdzie pewne postulaty dotyczące „otwartości” i „równości” są bardzo wyraźnie zaznaczone. Oczywiście pod wzniosłymi hasłami otwartości i równości można znaleźć działania bliskie rewolucji seksualnej. Trzeba to czytać jako przyzwolenie na wszelkie możliwe postawy. Idzie to w niebezpiecznym kierunku, były już bowiem próby łagodzenia zapisów dotyczących pedofilii czy obniżania wieku inicjacji seksualnej w niektórych krajach Europy.
– Czy otwarcie drogi do wychowania seksualnego sprawi, że seks wejdzie u nas w każdą dziedzinę życia publicznego, stając się kluczem do rozumienia jednostkowego szczęścia człowieka i całych grup społecznych?
– Jeśli nie ma wyższych wartości, a ludziom proponuje się tylko dobrą zabawę, to zostaje nam nabywanie dóbr materialnych i rozbudzona seksualność. Bez wartości, bez więzi społecznych, bez poczucia obowiązku stajemy się łatwo sterowalną masą. To się w Europie dzieje.
– Mimo tych pesymistycznych wizji odnoszę wrażenie, że ludzie się jednak budzą. Powstało już całe środowisko organizacji chroniących dzieci i rodziny. Presja ma sens?
– Wycofanie się z projektu edukacji zdrowotnej w ubiegłym roku przez MEN pokazuje, że nasze działania nie trafiają w próżnię. Faktycznie nasze apele wzbudzają zainteresowanie coraz szerszych kręgów społecznych. Jeszcze kilka lat temu Solidarność broniąca polskiej szkoły przed eksperymentami ideologicznymi stała zupełnie samotnie, dzisiaj współpracujemy z wieloma organizacjami, jak choćby Polskie Forum Rodziców, Nauczyciele dla Wolności czy Stowarzyszenie Katechetów Świeckich. Nasze akcje mają coraz większy oddźwięk w mediach ogólnopolskich. Jeśli chcemy zahamować niekorzystne zmiany w polskiej szkole, musimy zaalarmować i obudzić całe społeczeństwo.
***
BIO:
Dr Waldemar Jakubowski jest przewodniczącym Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”.
[Tytuł, śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarze
„To przeżytek”. Ta ocena zniknie ze szkół?

Oświatowa Solidarność napisała do minister Nowackiej. Związkowcy chcą zmian w dodatkach za pracę
Sąd rozstrzygnął spór o podręcznik HiT. Minister ma opublikować przeprosiny
Dlaczego 40% Polaków może utknąć w biedzie i jak temu zapobiec - rozmowa z ekspertem









