Na Nowogrodzkiej kiełkuje zaskakujący plan

- Wspólna lista PiS i Konfederacji pod patronatem prezydenta Karola Nawrockiego jest w tekście uznana za mało realną.
- Mimo braku woli wspólnego startu w wyborach, obie strony łączą różne obawy.
- W tle pojawia się scenariusz „aksamitnej rewolucji”, czyli stworzenia nowej centroprawicowej partii przez Mateusza Morawieckiego (przy akceptacji PiS).
Jednak na zapleczu Nowogrodzkiej kiełkuje znacznie bardziej zaskakujący plan. To idea „aksamitnej rewolucji” – kontrolowanego podziału i powołania nowej, centroprawicowej partii, która to propozycja miała paść w cztery oczy podczas poufnej rozmowy z prezesem Jarosławem Kaczyńskim.
Parasol prezydencki nad prawicą
Podobno liderzy prawicowych partii mają intensywnie rozważać pomysł wspólnego startu w wyborach parlamentarnych w 2027 roku, a głównym patronem tej współpracy miałby zostać prezydent Karol Nawrocki. Ta hipoteza, która dziś wydaje się na pierwszy rzut oka kompletnie niemożliwa do zrealizowania, zwłaszcza że rozprowadzana jest głównie przez media bliskie obecnej władzy, stała się jednak małym ziarnem, które zaczyna powoli kiełkować i żyć własnym politycznym życiem.
Wykiełkowała ostatnio w głowie prezesa PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza, który stwierdził w jednym z wywiadów, że nie jest wcale taki pewny, czy takiej wielkiej listy po stronie prawej z patronem prezydenta i pod zupełnie nową nazwą bez szyldu PiS nie będzie w przyszłym roku. Konstrukcja ta miałaby zakładać, że Konfederacja pójdzie do wyborów cała i niepodzielona. Podobnie jak PiS, które szarpane jest obecnie wewnętrznymi sporami dwóch stowarzyszeń: Rozwój Polska Mateusza Morawieckiego i najnowszego, wspierającego silnie Przemysława Czarnka – „Po Pierwsze Polska”. To drugie cieszy się pełnym wsparciem i bezpośrednim błogosławieństwem politycznym prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, w przeciwieństwie do inicjatywy byłego premiera.
Prawica razem czy osobno
Wbrew powtarzanej coraz częściej medialnej narracji żaden z liderów czy to PiS, czy Konfederacji nie myśli na poważnie o projekcie wspólnej listy na wybory parlamentarne. Więcej – ma nie być żadnych takich rozmów ani takich pomysłów. Stan na dziś jest taki, że życzeniowym wariantem jakiejkolwiek wyborczej współpracy obu tych formacji politycznych jest pakt senacki, choć i ten z dość dużym trudem ostatnio przechodzi liderom prawicowych ugrupowań przez gardło. Natomiast do Sejmu obie formacje chcą wystartować w wyborach osobno. I to się nie zmieni.
Między bajki należy włożyć rzekomo wyciągniętą rękę prezesa PiS, według którego wspólna lista miałaby być możliwa, jeśli Konfederacja będzie „chciała” i przestanie być „agresywnie nastawiona” wobec PiS. Tak naprawdę Jarosław Kaczyński absolutnie nie widzi siebie ani swojej partii obok jednego z liderów Konfederacji Sławomira Mentzena, na którego ma mieć alergię, ale taką najszczerszą. Publicznie uważa Mentzena za nieporozumienie w polityce i za realne zagrożenie dla państwa, gdyby ten doszedł do władzy. Zresztą z wzajemnością szefa Nowej Nadziei, który co rusz ostro uderza w prezesa PiS, nazywając go czy to „politycznym gangsterem”, czy to „kłamcą i chamem”.
Niechęć PiS i Konfederacji do siebie nawzajem jest dziś naprawdę bardzo duża. Tu nie ma żadnej chemii ani woli na robienie czegokolwiek razem. Najlepszym dowodem na to, że pisowcy nie dogadują się z konfederatami, są dwa konkurencyjne wnioski o wotum nieufności wobec minister kultury Marty Cienkowskiej i wzajemne zarzuty. Choćby o to, że PiS zbiera podpisy pod swoim wnioskiem, choć wniosek Konfederacji był pierwszy. Konfederaci kwitują to krótko:
„Mówią o jedności na prawicy, a robią coś zupełnie innego”.
Kwestia pragmatyzmu
Lecz najważniejszą przesłanką, by nie iść na jednej liście prawicy, jest zwyczajnie pragmatyzm wyborczy. A ten jest nieubłagalny: wspólne listy byłyby dla Prawa i Sprawiedliwości bardzo ryzykowne. Zwłaszcza przy obecnych sondażach, które jasno wskazują, że partia Kaczyńskiego musi liczyć się z mniejszą liczbą mandatów w kolejnej kadencji. A dodatkowo wpuszczanie na listy kandydatów Konfederacji oznaczałoby bezpośrednią konkurencję dla obecnych parlamentarzystów i konieczność odstąpienia tzw. miejsc biorących. Mówiąc wprost: PiS-owi to się w żaden sposób nie opłaca. Zresztą Konfederacji podobnie, bo na takim zagraniu skorzystałaby tylko Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna, która według sondaży, jeśli te by się oczywiście utrzymały, może wprowadzić do przyszłego Sejmu nawet 50 swoich posłów.
Trzy wspólne lęki
Są jednak trzy kwestie, które wbrew pozorom łączą dzisiaj Konfederację i PiS. Pierwszą z nich jest głębokie przekonanie, że dalsze trwanie rządu Donalda Tuska zakończy się dla Polski katastrofą, i to w zasadzie na każdym polu. Tu diagnoza jest wspólna i w zasadzie tożsama.
Druga kwestia to obopólne przekonanie, że wejście formacji Grzegorza Brauna do kolejnego Sejmu będzie istnym armagedonem, a jakiekolwiek próby ewentualnych wspólnych rządów z nim są sprawą niemożliwą do zaakceptowania. Obie partie zdają sobie sprawę, że tracą głosy właśnie na rzecz Brauna, który podbiera je z każdym miesiącem – zwłaszcza partii Kaczyńskiego.
I trzecia kwestia: kolejne wybory mogą zwyczajnie nie przynieść rozstrzygnięcia i ani dzisiejsza koalicja, ani opozycja nie będą w stanie utworzyć nowej większości w parlamencie. Taki scenariusz otwierałby różne możliwości, których boi się przede wszystkim PiS. Od konieczności powtórzenia wyborów po taki układ, w którym część Konfederacji skupiona wokół Mentzena dogada się z Koalicją Obywatelską. A to oznaczałoby dla PiS katastrofę. Dziś konfederaci mówią jasno: nie ma możliwości rządu z Tuskiem jako premierem, lecz pytani o samą koalicję z KO już tacy stanowczy nie są.
Te powody mimo animozji każą myśleć, że jakaś forma współpracy na prawicy po wyborach może okazać się konieczna. I tutaj pojawia się miejsce dla prezydenta Karola Nawrockiego. Lecz do wyborów prezydent będzie się jedynie przyglądał i punktował rząd tam, gdzie to niezbędne, utrudniając wetami czwarty i być może ostatni rok jego funkcjonowania.
Aksamitna rewolucja Morawieckiego
W PiS-ie istnieje jednak bardzo poważna obawa, że po kolejnych wyborach powtórzyć się może scenariusz z 2023 roku, gdy partia nie miała z kim zawiązać koalicji. Tak naprawdę Kaczyński nie chce koalicji, a rządów samodzielnych, co dziś jest tylko pobożnym życzeniem. Czy Przemysław Czarnek, wskazany na kandydata na premiera, będzie w stanie zrobić taki wynik, by to życzenie prezesa spełnić? W partii dziś przeważają sceptycy. No, chyba że stałoby się coś, co wywróciłoby prawą stronę sceny politycznej do góry nogami.
Czymś takim mogłoby być powstanie nowej partii na prawicy, która powalczyłaby o głosy nie wyborców PiS czy Konfederacji, ale tzw. centrum. Jedynym, który byłby w stanie to przeprowadzić, jest Mateusz Morawiecki, dysponujący środkami finansowymi i strukturami swojego stowarzyszenia. Warunek jest jeden: wyjście Morawieckiego i jego grupy posłów z PiS musiałoby się odbyć w ramach aksamitnej rewolucji, z pełnym poparciem prezesa Kaczyńskiego i bez żadnej wojny w Prawie i Sprawiedliwości. Bo nie o odebranie głosów PiS tu chodzi, lecz o poszerzenie elektoratu, który nie chce głosować ani na partię Jarosława Kaczyńskiego, ani na Konfederację Krzysztofa Bosaka czy Sławomira Mentzena. Na pewno rozwiązałby wiele wewnętrznych problemów, które co rusz wywołują napięcia i publiczne konflikty w partii Kaczyńskiego. Jednak czy taki plan jest realny?
Wydaje się, że jest, choć kalendarz staje się tu kluczowy i nieubłagalny. I podobno nawet Morawicki go przedstawił Kaczyńskiemu w cztery oczy dobrych kilka tygodni temu. Ten za pierwszym razem miał stanowczo powiedzieć „nie” jakiejkolwiek rewolucji czy rozłamowi w partii. Pytanie, jaka będzie odpowiedź za drugim lub trzecim razem, gdy sondaże wciąż będą wskazywać, że nie uda się w obecnej formule odebrać władzy Donaldowi Tuskowi. Wtedy ten scenariusz może się okazać jedynym wyjściem.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Prezes PiS dosadnie po przesłuchaniu. „To nie jest sytuacja zgodna z regułami prawa”

Jarosław Kaczyński apeluje do prawicy: Potrzebna jest wielka mobilizacja i jedność

Mocne słowa Czarnka. Wskazał warunek zwycięstwa polskiej prawicy

Posłowie PiS weszli do „Łucznika”. Chcą wyjaśnień w sprawie przyszłości fabryki

Czarnek: koniec finansowania „antypolskiej” kultury. Padła jasna deklaracja






