Szukaj
Konto

Rozłamowcy i spółka, czyli wielki spektakl Morawieckiego

Rozłamowcy i spółka, czyli wielki spektakl Morawieckiego
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Krzysztof Karnkowski | Licencja: Tygodnik Solidarność | Dwóch mężczyzn rozdzierających transparent
Rzadko zdarza się, by nawet przenikliwym obserwatorom sceny politycznej udało się tak bardzo zamydlić oczy. Exodus zwolenników Mateusza Morawieckiego z PiS-u jest pod tym względem prawdziwym fenomenem. Na tyle interesującym, że warto rozłożyć go na czynniki pierwsze.
Co musisz wiedzieć:
  • Autor przekonuje, że Mateusz Morawiecki nie został „wypchnięty” z PiS, lecz sam doprowadził do rozłamu.
  • Zdaniem autora środowisko Morawieckiego celowo przedstawiło konflikt jako starcie z niepopularnymi politykami PiS.
  • W ocenie autora rozłam osłabia prawicę i zwiększa szanse Donalda Tuska na utrzymanie władzy.

Nie jest bez znaczenia sposób, w jaki opuszcza się partię. Można zrobić to po prostu i szczerze, ale to mało pragmatyczne rozwiązanie. Zwłaszcza jeśli główne przyczyny rozłamu są niezbyt chlubne, a jego konsekwencje mogą okazać się fatalne dla środowiska ideowo-politycznego. Wtedy trzeba całość udrapować we wzniosłe motywy, stworzyć wrażenie działania pod wpływem konieczności, a do tego przekonać opinię publiczną, że to my padliśmy ofiarą, podczas gdy prawdziwy duch partii podąża właśnie za nami. Jak na razie byłemu premierowi udaje się odgrywać to przedstawienie całkiem sprawnie.

 

Morawiecki topi się w sprzecznościach

Najpierw ustalmy niepodlegającą interpretacji „oczywistą oczywistość”. Choć Morawiecki miał prawo nie zgadzać się z nową strategią prezesa Jarosława Kaczyńskiego – czy to w sprawie wskazania Przemysława Czarnka jako kandydata na premiera, czy osłabienia pozycji własnego stronnictwa – nie zmienia to faktu, że nie podporządkował się decyzji władz klubu, do czego zobowiązuje go statut partii. Mówiąc suchym, proceduralnym językiem: uchybił obowiązkom członka, których przestrzegania sam zobowiązał się dochować, wstępując do PiS.

Oczywiście istnieją nadzwyczajne sytuacje, w których członek partii mógłby odmówić wykonania decyzji władz – na przykład gdyby oczekiwano od niego działań skrajnie niemoralnych czy niezgodnych z prawem. Tego rodzaju okoliczności jednak nie zachodziły. Nie zachodziły również okoliczności uniemożliwiające Morawieckiemu normalne funkcjonowanie w partii. Czy można zatem mówić, że ktoś został „wypchnięty” z jakiejś organizacji, skoro po prostu nie przestrzega zasad, które sam wcześniej zaakceptował? To rzecz jasna pytanie retoryczne.

Przejdźmy teraz do kolejnego twardego faktu dotyczącego stowarzyszenia Morawieckiego. Abstrahując nawet od tego, że generowało ono napięcia, dublowało część funkcji partyjnych i pozwalało byłemu premierowi związać ze sobą jak największą liczbę wartościowych działaczy PiS, przygotowując grunt pod potencjalne odejście, warto skupić się na logicznych sprzecznościach, w jakie mimochodem popadał sam Morawiecki.

 

Narażanie partii

Jarosław Kaczyński argumentował, że nie można łączyć działalności partyjnej z aktywnością w tym stowarzyszeniu, m.in. ponieważ organizowane przez nie wydarzenia publiczne mogłyby zostać uznane za próbę obchodzenia przepisów dotyczących finansowania partii politycznych. W konsekwencji PiS mógłby znów utracić finansowanie z budżetu państwa, co byłoby dla ugrupowania ciosem wręcz śmiertelnym. W odpowiedzi Piotr Müller powołał się między innymi na opinię Państwowej Komisji Wyborczej, wydaną w odpowiedzi na pytanie dziennikarza Telewizji Republika Adriana Boreckiego, z której wynikało, że takie ryzyko nie istnieje.
Problem polega jednak na tym, że dwa lata wcześniej sam Mateusz Morawiecki mówił o PKW po decyzji dotyczącej subwencji dla PiS, iż jest ona „całkowicie owładnięta żądzą zemsty i upolityczniona do granic możliwości”. Trudno więc jednocześnie utrzymywać, że instytucja jest całkowicie niewiarygodna i działa z pobudek politycznych, a następnie traktować wydaną przez nią opinię jako praktycznie rozstrzygającą spór.

Ponadto miały istnieć – nieujawnione opinii publicznej – „niezależne opinie prawne” zamówione przez Stowarzyszenie Rozwój Plus. Pomijając już sam fakt, że ekspertyzy zlecane przez organizację będącą de facto politycznym zapleczem trudno uznać za w pełni niezależne, warto przypomnieć, że sam Mateusz Morawiecki wielokrotnie podkreślał w mediach, iż jednym z celów działalności stowarzyszenia jest odzyskiwanie wyborców, którzy odpłynęli do innych ugrupowań. Skoro więc sam określał jego misję jako próbę pozyskiwania elektoratu dla PiS, trudno później przekonywać, że mamy do czynienia z ciałem wyłącznie eksperckim, merytorycznym i apartyjnym.

 

Prezes bez wyboru

Wszystko to oznacza, że ryzyko utraty finansowania PiS wskutek działalności stowarzyszenia było realne, a Jarosław Kaczyński jako prezes nie mógł sobie pozwolić na jego lekceważenie. Odpowiedzi Morawieckiego, choć deklaratywnie miały rozwiewać takie obawy, w rzeczywistości ich nie rozstrzygały. Przede wszystkim dlatego, że sam były premier popadał w nich w liczne sprzeczności, suto dostarczając PKW argumentów wcześniejszymi wypowiedziami medialnymi. To prowadzi do kolejnego niewygodnego wniosku – Morawieckiego najwyraźniej nie odstraszało nawet to, że jego działania mogły zagrozić finansowemu przetrwaniu PiS.

Zbierając to wszystko razem, otrzymujemy obraz polityka, który narażał istnienie własnej partii, a gdy został wezwany do zaprzestania tych działań, nie podporządkował się. W tym świetle sytuacja wyglądała dokładnie odwrotnie, niż przedstawiał ją sam Morawiecki. To raczej Jarosław Kaczyński nie miał wyboru i został zmuszony do stanowczej reakcji; były premier, prezentując do samego końca upór, sam się więc z PiS „wypchnął”, zamiast zostać z niego „wypchniętym”. Pewna część sympatyków partii odniosła jednak zupełnie inne wrażenie.

 

Wielki spektakl

Stało się tak dzięki bardzo sprawnemu rozegraniu całej sytuacji przez byłego premiera i jego środowisko. Punktem wyjścia było stworzenie fałszywej dychotomii. Nie jest tajemnicą, że politycy należący do frakcji przeciwnej Morawieckiemu – obok własnych zwolenników – mają również liczne grono „antyfanów”. Osoby takie jak Jacek Sasin, Dariusz Matecki czy Jacek Kurski od lat silnie polaryzują zarówno wyborców PiS, jak i partyjny aktyw. Byli więc idealnymi kandydatami na kozłów ofiarnych rozłamu.

Aby narracja o „wypchnięciu” z PiS mogła się przyjąć, należało za wszelką cenę uniknąć wrażenia, że Morawiecki wypowiada wojnę samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu. Tego elektorat PiS najpewniej by nie zaakceptował. Rolę jedynych przeciwników powierzono więc właśnie najbardziej kontrowersyjnym politykom obozu. Prezesa w tej układance praktycznie nie ma. Odbiorca ma wybierać między eksperckim, nienagannie prezentującym się, nowoczesnym i prorozwojowym Morawieckim a – jak chcieliby to przedstawić jego zwolennicy – siermiężnymi aparatczykami, karierowiczami i wulgarnymi propagandystami.

Cel takiego ustawienia osi konfliktu wydaje się oczywisty. Chodziło o to, by ludzie instynktownie stanęli po stronie Morawieckiego, ponieważ na tle swoich adwersarzy wypada korzystniej – nawet jeśli w tej konkretnej sprawie nie ma racji. To klasyczny mechanizm kibicowania temu, kogo bardziej się lubi, niezależnie od meritum sporu. Oddzielenie osobistych sympatii od oceny racji w konkretnym (zwłaszcza skomplikowanym) sporze jest trudne, zwłaszcza gdy odbiorca nieustannie bombardowany jest emocjami. Trzeba też uczciwie przyznać, że sami przeciwnicy Morawieckiego w pewnym stopniu ułatwili mu realizację tej strategii, ponieważ ich ataki często pozostawiały wiele do życzenia pod względem formy. Estetyka przekazu nie przesądza jednak o tym, kto ma rację.

 

Wszechwładny Sasin?

Co jednak zrobić z samym prezesem? Trudno przecież przedstawić go jako jednego z „maślarzy”, zwłaszcza jeśli pamięta się jego od dekad niezmienne poglądy, często odległe od tych reprezentowanych przez to stronnictwo. Rozwiązanie jest jednak proste – trzeba uczynić z niego polityka nieświadomego, pozbawionego sprawczości, który sam padł ofiarą „tych złych”. Otoczonego przez bezwzględnych podżegaczy, sączących mu do uszu truciznę. Starszego pana, który – choć niegdyś wybitny i wciąż godny szacunku – z racji wieku nie do końca orientuje się już w tym, co dzieje się wokół niego. W tej narracji Jarosław Kaczyński przestaje być świadomym graczem politycznym, a staje się jedynie wykonawcą woli Jacka Sasina i jego otoczenia.

Tylko że to teoria wyjątkowo naiwna. Jeszcze niedawno Kaczyńskiego określano przecież mianem „kingmakera”, wskazując na jego kolejne genialne pokerowe zagrywki i zdolność do zaskakiwania przeciwników. Sam Mateusz Morawiecki jeszcze po wyborach przekonywał, że prezes jest w „optymalnej formie”, podkreślał jego rolę jako lidera polskiej prawicy i zaprzeczał twierdzeniom, jakoby Kaczyński gdzieś się pomylił. I nagle miałby przeobrazić się w bezradnego staruszka, który zapomniał, na czym polega polityka i gabinetowa gra, stając się łatwym łupem dworskich intrygantów. Narracja środowiska Morawieckiego jest pod tym względem rażąco niespójna, a jej cel wydaje się aż nadto czytelny – wyjąć z całego równania postać Kaczyńskiego, odwrócić uwagę od meritum rozłamu i skłonić ludzi, by po prostu przyznali rację temu, kogo bardziej lubią.

 

Na koniec

Niezależnie od tego, czy komuś bliższy jest Mateusz Morawiecki, jego wizja polityki czy proponowane przez niego rozwiązania, warto urealnić zniekształcony obraz wydarzeń. To nie prezes – rzekomo owładnięty złowrogimi podszeptami – zmusił Morawieckiego do odejścia. Było odwrotnie: to Morawiecki swoimi narażającymi żywot partii działaniami doprowadził do sytuacji, w której Jarosław Kaczyński musiał zdecydowanie zareagować. To również Morawiecki zwiększył szanse Donalda Tuska na utrzymanie władzy, ponieważ dodatkowo rozdrobnił prawicę (w systemie D’Hondta oznacza to utratę premii „za jedność”), a następnie odegrał polityczny spektakl, mający przekonać wszystkich, że wydarzyło się dokładnie odwrotnie.
Czy przekreśla to możliwość przyszłej współpracy PiS z nowym klubem Morawieckiego, a zapewne w przyszłości także z jego partią? Niekoniecznie. Wyborcy mają jednak prawo wiedzieć, jak ten rozłam wyglądał naprawdę.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 04.08.2026 13:10
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 31/2026, oprac. Ludwik Pęzioł