Szukaj
Konto

Aleksandra Jakubiak OV: Ludzie, jak wszechświaty. Refleksje nad filmem „500 mil”

starszy mężczyzna stojący na klifie w Irlandii
Źródło: YT print screen | Autor: dobra strona filmu | Bill Nighy, kard w filmu "500 mil"
„Liryka, liryka, tkliwa dynamika, angelologia i dal” Konstanty Ildefons Gałczyński.

Słowem wstępu powiem, że niezwykłe jest powiązanie wymowy filmu, o którym piszę z dzisiejszą Ewangelią o wybaczeniu, mimo że nie było to w żaden sposób planowane.

Zaznaczam również, że nie mam planu pisania filmowej recenzji, to bardziej kilka luźnych refleksji, które nasunęły mi się po obejrzeniu filmu „500 mil” w reżyserii Morgana Matthewsa, powstałego na podstawie książki Marka Lowery’ego „Charlie and Me”. Obraz ten od kilku dni można obejrzeć w polskich kinach.

 

Historie, po których perspektywa ulega zmianie

Bywają takie historie - czytane, słuchane lub oglądane - po których nie sposób nie otulić się kokonem myśli, odseparować na chwilę od świata, by dokonać wewnętrznego przeglądu, swoistej orientacji naszego ustawienia wobec kierunków świata. Po latach, wiele z tych przemyśleń i odczuć może się w naszej pamięci zatrzeć, ale z pewnością historie te nie zostawiają nas takimi, jakimi nas zastały. Po ich przeżyciu nie będziemy tacy sami już nigdy. To jedna z takich opowieści.

 

Kino liryczne

Czasem człowiek spotyka się z określeniem, że jakiś film, to kino epickie. Poza oczywistym odniesieniem do epiki, jako formy literackiej, we współczesnym języku znamionuje to również pewien rozmachu, efekt „wow” użytych środków, porywające sceny, zapierające dech obrazy, heroiczne postawy. Tak na moje życie wpłynął np. genialny film „Interstellar” Christophera Nolana.

W takim kluczu „500 mil” nie jest kinem epickim, jest kinem lirycznym, kinem wrażeń, kinem języka, którym bywa również cisza, a międzygalaktyczne rewolty dzieją się bez eksplozji i w innym rodzaju wszechświata - w nieogarnionej przestrzeni ludzkiego serca. I w charakterystycznej temu sercu liryce.

 

Film drogi

Nazwałabym „500 mil” kinem drogi, choć nie każdy z jego bohaterów przebywa ją w geograficznej odległości. Wszyscy jednak na swojej trasie i w swoim towarzystwie przechodzą swoistą ewolucję, by dorosnąć do miary problemu, z którym muszą się mierzyć. Na początku wydaje się, że chodzi o wybaczenie, które dotyczy innych, w drodze jednak okazuje się, że najbardziej pojednać muszą się oni ze sobą i własnymi wyrzutami sumienia. Z rozpaczą i poczuciem bezsilności, z doświadczeniem braku mocy sprawczej. 

 

Ludzie, jak wszechświaty

Obraz ten w niezwykły sposób i za pomocą prostych środków w jakimś sensie rozczłonkowuje tę historię i w jednej filmowej akcji widzimy kilka osobnych dramatów, kilka światów. Tyle perspektyw, ilu bohaterów zdarzeń. Dziadek, matka, ojciec, wnuki, przyjaciółka... Nikt nie jest statystą, tłem opowieści. Każdy jest na swój sposób głównym bohaterem. Każdy potrzebuje katharsis. Każdy ma do niego swoją unikalną drogę.

 

Warstwy ekspresji

Aktorstwo, które naprawdę lubię, to aktorstwo co najmniej dwuwarstwowe. To nie gra pod hasłem: taka mina, jaka emocja, ale uczucia ukryte w oszczędnych gestach, krótkiej reakcji źrenic, emocje, których domyślić możemy się z działań postaci, nie z wyrazu twarzy. Bo przecież my sami także nie epatujemy wokół własnym bólem, doznanymi zdradami, tęsknotami, ciężarem winy.

Takie jest aktorstwo Billa Nighy’ego, grającego postać Johna, ale też Michaela Sochy i Maisie Williams.

 

Kto nie jest gotowy na złamane serce...

Film ten potrafi złamać serce i na to powinien przygotować się każdy, kto rozpoczyna oglądanie. Kto nie jest gotowy, by się z tym mierzyć, niech się w tę podróż nie wybiera.  Opowieść ta jednak również scala to, co rozbite. Bohaterów, którzy próbowali posklejać taśmą zbitą szybę ich własnego wnętrza, zmusza do przetopienia szkła na nowo. Proces jest bolesny, ale odnawia. A odnowieni, uzdolnieni są do odpuszczenia grzechów sobie i innym.

 

Nie o formach pochówku

Czym ten film nie powinien się stać? Kanwą dyskusji o formach pochówku. Występuje tu bowiem obraz rozsypywania prochów. W Polsce nie jest to czynność zgodna z prawem. Rzeczywistość zastana w tej opowieści jest inna, odmienne prawo, inna mentalność. Nie o prochy jako takie tu jednak chodzi, a o symbol otwarcia rąk i zgody na pożegnanie, oddanie drugiemu wolności. Dopiero takie otwarcie umożliwia wyrwanie się z paraliżu, odzyskanie decyzyjności, umiejętności przebaczenia win i przygarnięcia innych do serca. Przebaczenie z kolei uwalnia też nas samych.

Dzielę się wrażeniami z tego filmu nie tylko z uwagi na to, że to po prostu dobre kino, ale przede wszystkim dlatego, że często łatwiej nam doświadczać własnej przemiany pod wpływem poruszenia serca niż poprzez bezustanne strofowanie siebie i powtarzanie po tysiąckroć, jacy powinniśmy się stać. 

 

Komentarzy: 0
Data publikacji: 13.09.2026 20:10
Źródło: Aleksandra Jakubiak OV, YT/dobrastronafilmu