Kto wygra walkę o duszę prawicy

- Rozpad PiS jest w tekście przedstawiony jako skutek szerszego wyczerpania się formuły PiS i KO.
- Rozwój Plus w ciągu najbliższych miesięcy będzie musiał udowodnić, że potrafi przyciągnąć zarówno wyborców rozczarowanych PiS, jak i Tuskiem.
- Autor uważa jednak, że rozłam może być przejściowy.
Kłótnia dwóch starców
Dla znacznej części wyborców konflikt na linii Jarosław Kaczyński – Donald Tusk jest zupełnie niezrozumiały. Nie interesują ich historyczne podziały, agenturalność Lecha Wałęsy czy stosunek do Kościoła. Dla pokoleń, dla których obecność w Unii Europejskiej, swobodne podróżowanie po świecie i pewien poziom dobrobytu są oczywistością, kłótnie i złośliwości liderów dwóch najważniejszych ugrupowań przestały mieć znaczenie. Są czymś całkowicie nieaktualnym czy wręcz uciążliwym. Na PiS i KO głosowało kiedyś blisko 70 procent wyborców, dziś ugrupowania te skupiają uwagę zaledwie połowy Polaków.
Gdy PiS sprawowało władzę, potrafiło odpowiadać na wyzwania nowoczesności – cyfryzowało państwo, budowało infrastrukturę, uruchomiło system świadczeń społecznych, które podniosły zamożność obywateli, rozpoczynało wielkie projekty mające zaspokoić aspiracje Polaków. Temu wszystkiemu towarzyszyła jednak wyjątkowo prymitywna propaganda oraz wyniszczające boje z Unią Europejską o przestrzeganie praworządności. PiS nie stało się symbolem modernizacji państwa, choć miało w tej dziedzinie ogromne zasługi. Zaciążył na nim paździerzowy system komunikowania się. Do tego partyjni działacze zachłysnęli się władzą. Rozsiedli się w gabinetach spółek i rządowych agencji, zapewnili dobre stanowiska członkom rodzin, innymi słowy – czerpali pełnymi garściami. Struktury PiS w terenie w dużej mierze przestawały działać, bo zajęły się konsumowaniem sukcesów.
PiS nie zauważyło, że przez osiem lat Polska – także dzięki ich rządom – znacznie się zmieniła. Inne stały się oczekiwania i wymagania, ale także zmieniła się estetyka. Politycy partii Kaczyńskiego nie potrafili narysować nowych linii podziału, gdyż żyli w błogim przekonaniu, że wyborcy z wdzięczności za poprawę warunków życia nagrodzą ich kolejną kadencją.
Znacznie lepiej ten moment zrozumiał Donald Tusk, budując opowieść o powszechnym złodziejstwie. Umiał zbudować emocję, która w głowach dużej części wyborców pozostała do dziś.
Ale połowa wyborców nie chce ani paździerzowej władzy, ani nieudaczników od Tuska. Problemy przeniosły się o poziom wyżej.
To nie my, to on
Polacy, którzy nie pamiętają już stanu wojennego, upadku komunizmu, nawet trudnych lat transformacji lat 90. XX wieku, nie odczuwają żadnej więzi z politykami, których języka i problemów nie rozumieją. Pragną świeżości i prostych rozwiązań. Nudzi ich geopolityka, uwarunkowania, makroekonomia. Nie chcą przyglądać się technice rządzenia, bo od metod ważniejsze są dla nich efekty. Stąd właśnie bierze się popularność Konfederacji oraz Konfederacji Korony Polskiej. Recenzują ekipy, które sprawowały władzę lub właśnie ją dzierżą, i przedstawiają proste recepty na szczęście. Ostre i jednoznaczne.
Rosnące poparcie dla obu tych formacji zachęciło najbardziej krewkich polityków PiS – szczególnie z dawnej Suwerennej Polski – do pójścia w te ślady. Przystąpili więc do frontalnego ataku na wszystkich, którzy układali się z Unią Europejską, pomagali niewdzięcznej Ukrainie czy kazali zakładać maseczki. Po latach zatarła się pamięć o tym, w jakich warunkach rządzili Beata Szydło i Mateusz Morawiecki, więc jednoznaczne sądy świetnie się sprzedają. Przynoszą nie tylko popularność, ale i pieniądze z publikowanych w internecie rolek.
Tyle tylko że im bardziej radykalni harcownicy z PiS odsądzali od czci i wiary Mateusza Morawieckiego, tym bardziej przesuwali wyborców swojej partii w kierunku Konfederacji. Ich indywidualne poparcie rosło, ale ugrupowania – spadało.
Dla nich był to jasny sygnał, że jeśli cała formacja przejdzie transformację w à la Braun i Mentzen, to odbierze im wyborców. Jednak droga ta prowadziła wprost do wyzbycia się PiS-owskiej tożsamości. Powiedzenia: Zielony Ład, polityka covidowa, masowe szczepienia, wzrost składki zdrowotnej – to nie nasza wina, wszystkiemu winny jest Morawiecki. Coraz bardziej okazywało się, że osiem lat rządów Prawa i Sprawiedliwości to było pasmo udręk i porażek, których trzeba się wyprzeć. Były szef rządu okazał się zaś zdrajcą, niemieckim agentem i kolegą Tuska.
Jakby zapomnieli, że przez ostatnią dekadę polityka, którą firmował, przyniosła im pasmo wyborczych zwycięstw.
Partia starego stylu
Negacyjna wersja rządów PiS wydała się szczególnie atrakcyjna tym, którzy chcieli się pozbyć z partii byłego premiera. Przecież konflikt ziobrystów z Morawieckim trwa od lat, a zmieniało się jedynie jego natężenie.
O ile do wyborów prezydenckich udało się wewnętrzną walkę utrzymać w ryzach, to od roku konflikt stał się całkowicie otwarty. Zwłaszcza że ochraniany do tej pory przez prezesa PiS Morawiecki czuł rosnącą siłę. Chciał być już nie tylko premierem kolejnego rządu, lecz także przywódcą całej prawicy.
Zarówno on, jak i jego przeciwnicy zdawali sobie sprawę, że rzeczywiście ma największe szanse, by objąć schedę po coraz starszym Jarosławie Kaczyńskim. Im bardziej otwarcie były premier zgłaszał swoje ambicje, tym zacieklej był atakowany.
Morawiecki doskonale zdaje sobie jednak sprawę z tego, że władzy w partii nikt nie da mu na tacy. Buławę przywódcy trzeba sobie wywalczyć. Wtedy właśnie powołał do życia stowarzyszenie Rozwój Plus, by pokazać, że nie jest już singlem wiszącym u klamki Jarosława, ale samodzielnym bytem, który potrafi zagrać brutalnie.
Musiało więc dojść do przesilenia. Zwłaszcza że partyjni przeciwnicy byłego szefa rządu – Jacek Sasin, Patryk Jaki, Mariusz Błaszczak i wielu innych – połączyli siły, by go pokonać. Przychodzili do prezesa PiS codziennie, informując go o spotkaniach w terenie, graniu na siebie, budowaniu swojej pozycji i rosnącej popularności. Pomysł zmuszenia członków stowarzyszenia do podpisania lojalek pojawił się już kilka miesięcy temu, ale wówczas Jarosław Kaczyński uznał go za zbyt radykalny. Wiedział doskonale, że polityk takiej miary jak Morawiecki nie ugnie się pod presją ultimatum.
PiS znalazło się więc w klinczu – z jednej strony radykalne skrzydło podważało sukcesy ośmiu lat rządów prawicy, z drugiej – obcy w partii Morawiecki przejmował schedę po tych rządach. Na dodatek kandydat na premiera Przemysław Czarnek nie poprawił notowań partii, a zamiast tego zaliczył kilka spektakularnych wpadek, które jaskrawo pokazywały, jaki dystans dzieli go od Morawieckiego.
Rozwód nieco bolesny
Gdy prezes PiS ogłosił wreszcie swoje ultimatum, stało się jasne, że oznacza to podział. Nie było tylko pewności, ilu posłów zabierze ze sobą były premier. Okazało się, że ponad czterdziestu, co nie tylko zaskoczyło Kaczyńskiego, ale także stało się jego poważną osobistą porażką.
Mimo ostrych ataków w pierwszych dniach – czego apogeum było ohydne wystąpienie Jacka Kurskiego – obie strony dość szybko zaczęły uważać, by nie wykopać rowów na tyle głębokich, by nie dało się ich zasypać.
W tej historii jest przecież wiele ironii. Morawieckiego za rozbijanie PiS najbardziej zaciekle atakowali ci, którzy przecież sami w przeszłości dokonywali secesji. Tak przecież powstała Solidarna Polska, która później przyjmując antyunijne hasła, zmieniła pierwszy człon nazwy na „Suwerenna”. Ta suwerenność skończyła się, gdy z podkulonym ogonem politycy, którzy marzyli o emancypacji – Zbigniew Ziobro, Patryk Jaki, Jacek Kurski – wrócili do PiS, a prezes przyjął ich jak synów marnotrawnych.
Z drugiej strony Mateusz Morawiecki zajął miejsce tych, których najmocniej zwalczał, czyli rozłamowców z Solidarnej Polski. Powtarza on dziś takie same zdania, które kilka lat temu mówił Ziobro.
Istotniejsze jest jednak to, co wydarzy się w ciągu kilku najbliższych miesięcy.
Szybki marsz
Rozwój Plus ma przed sobą krytyczne trzy, cztery miesiące. W tym czasie musi zbudować struktury, przyciągnąć ludzi, którzy nie chcą PiS-u przypominającego Konfederacje, ale także tych zawiedzionych rządami Tuska.
Sam Morawiecki jest człowiekiem wyjątkowo pracowitym i wytrwałym. Na spotkania z nim zawsze przychodziły tłumy. Do tej pory jednak był jedną z twarzy PiS. Czy jako rozłamowiec również będzie budził taki entuzjazm? Twardy elektorat może uznać go za zdrajcę i odrzucić.
Kolejną zagadką jest aktyw PiS w terenie. Wielu ludzi jest sfrustrowanych obecnym zarządzaniem partii, gdyż szefowie struktur wojewódzkich blokują większość inicjatyw idących od młodych, ambitnych działaczy. Morawiecki może być dla nich szansą na zmianę i awans.
Wraz z byłym premierem odeszła też grupa zdolnych i błyskotliwych posłów – Marcin Horała, Janusz Cieszyński, Paweł Jabłoński, Szymon Szynkowski vel Sęk, Krzysztof Szczucki czy Olga Semeniuk-Patkowska – którzy są w stanie przyciągać uwagę wyborców. Do tego dochodzi jeszcze zaprzyjaźniony z byłym premierem Instytut Sobieskiego, który skupia wielu zdolnych fachowców umiejących przygotować spójny program.
Jeśli w najbliższym czasie Rozwój Plus zamieni się nie tylko w partię, ale także w ruch społeczny domagający się jakości polityki, Morawiecki może wyrosnąć na silnego gracza na prawicy. Zwłaszcza że teraz bez ogródek może piętnować wszystko, co w PiS było obciachowe.
Jeśli jednak jego inicjatywa nie nabierze tempa, kolejni posłowie będą po cichu skruszeni wracać do Kaczyńskiego, a on przyjmie ich z radością.
Ożywienie czy radykalizacja
Secesja polityków skupionych w stowarzyszeniu Rozwój Plus może zadziałać także ożywczo na nieco zmurszały PiS. Przemysław Czarnek, Patryk Jaki, Jacek Sasin czy Tobiasz Bocheński nie będą już mogli mówić, że kampania im nie wychodzi, gdyż torpeduje ją były premier.
Teraz nikt nie stoi im na drodze, mają wolną rękę. Jeśli się nie wykażą, zostaną przesunięci do drugiego szeregu. Niemrawe prace nad programem będą musiały przyspieszyć, gdyż pod tym względem były premier wyprzedza ich o kilka długości. Ale przecież sporo zdolnych i ambitnych polityków w PiS zostało, z pewnością będą chcieli zająć miejsce po rozłamowcach.
Największym zadaniem będzie jednak opanowanie harcowników z Suwerennej Polski, którzy przejęli dziś przekaz PiS, robiąc z partii Kaczyńskiego formację antyunijną, antyukraińską i roszczeniową. Do tej pory byli potrzebni, by równoważyć rosnące wpływy Morawieckiego, teraz staną się obciążeniem. Zwłaszcza że dalsza radykalizacja ugrupowania będzie napędzała poparcie secesjonistom.
Jeśli PiS zdoła odzyskać tożsamość i stanie się na powrót przewidywalny, otrząśnie się z marazmu i przedstawi plan nowoczesnego rządzenia Polską, kolejny kongres programowy może być przełomem.
Wiosenne zjednoczenie
Choć dziś obie strony podkreślają swoją odrębność, to w pewien sposób są na siebie skazane. Kaczyńskiemu zawsze będzie bliżej do Morawieckiego niż do Bosaka, Mentzena, Brauna czy Kosiniaka-Kamysza.
Trudno sobie dziś wyobrazić, by którakolwiek z prawicowych formacji uzyskała na tyle duże poparcie, by rządzić samodzielnie. Jeśli Donald Tusk odda władzę po przyszłorocznych wyborach, a wiele na to wskazuje, potrzebna będzie koalicja. Ponieważ system liczenia głosów promuje większych, oba ugrupowania mogą liczyć na większe poparcie, gdy sojusz zawrą jeszcze przed wyborami.
Do tej pory secesjoniści przed powrotem do PiS musieli przejść przez czyściec wyborów, które realnie pokazywały ich miejsce w szeregu. W przypadku formacji Morawieckiego może to nastąpić szybciej, gdyż nie ma na to czasu. Głównym celem obu członów PiS jest przecież odsunięcie od władzy Donalda Tuska i srogi rewanż za prześladowania. Każdy ma tu do wyrównania rachunek krzywd.
Po cichu więc politycy z obu stron mówią o wiosennym kongresie scaleniowym, po którym znów na scenie pojawi się Zjednoczona Prawica.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Polacy uczcili Powstanie Warszawskie. Polityk AfD: „Afroamerykanie Europy znów robią z siebie ofiary”

Spoty wspierały Trzaskowskiego i atakowały rywali. Raport o ingerencji w wybory wciąż nieujawniony

Co dalej z PiS? Nowy numer "Tygodnika Solidarność"

Morawiecki daleko za czołówką. Polacy wskazali lidera prawicy

Niezidentyfikowany obiekt spadł na Lubelszczyźnie. Kaczyński oskarża rząd o brak reakcji







