Partia Brauna pęka od środka

- Największym problemem partii Brauna okazują się słabe struktury, konflikty wewnętrzne i wypychanie „ideowych działaczy”.
- Według relacji byłych działaczy partia coraz bardziej przypomina sterowany przez wąskie kierownictwo „projekt biznesowy”.
- Autor uważa, że chaos organizacyjny, niezweryfikowani kandydaci i ujawniane przez byłych członków kulisy mogą podczas kampanii obnażyć słabość Korony.
Wielu komentatorów uznało dostanie się partii Brauna do Sejmu przyszłej kadencji za pewnik. Na pierwszy rzut oka takie przekonanie wydaje się mieć podstawy. Od początku roku notowania Korony utrzymują się na podobnym poziomie – około 9 proc. – i nie bardzo chcą topnieć. Zdaje się też, że przeciwnicy nie mogą znaleźć na Brauna dobrego kija, choć on sam dostarcza ich hurtowo: uniżone adresy do ambasady rosyjskiej, kłamstwo oświęcimskie, publiczne apele do Hindusów, by nauczyli Polaków, jak to jest być wielkim narodem… Wszystko to jednak spływa po elektoracie Brauna jak po kaczce; nie gorszy go ani nie uraża jego dumy. Głosy oburzenia na kolejne kompromitacje kwitowane są krótkim: „Słychać wycie? Znakomicie!”. To uniwersalna odpowiedź na krytykę, której treść właściwie nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, że „mainstream” się boi, a sama krytyka ma być tego strachu dowodem.
Wydaje się więc, że elektorat Brauna jest impregnowany nawet na działania, które jeszcze niedawno załamałyby poparcie każdej partii. Czy więc Korona przetrwa wszystko? Takie wrażenie byłoby złudne, bo nie uwzględnia złowróżbnych procesów, które toczą partię od środka, a o których nie mówi się zbyt głośno.
Mądrość etapu
Partia Brauna usiłuje wejść w fazę profesjonalizacji. Widać to choćby po fakcie, że od dłuższego czasu lider nie dostarcza nam kolejnych ekscesów. Skandale były potrzebne po to, by spełnić warunek sine qua non funkcjonowania w dużej polityce: zdobycie odpowiedniej widoczności. I to Braunowi udało się już dawno; teraz przyszedł czas na wypracowanie marki poważnej partii.
To jednak w przypadku Korony zadanie wyjątkowo trudne. A to dlatego, że stała się ona politycznym przytułkiem dla ludzi radykalnych, ekscentrycznych, niestabilnych i niewiarygodnych. Pojawiają się jednak liczne głosy, że właśnie ci ludzie (w środowisku nazywani „ideowymi działaczami”) są bezlitośnie wypychani i wycinani. Ich miejsce zajmują zaś dziwne osoby „znikąd”: przedsiębiorcy bez politycznej przeszłości, bez kombatanckich wspominek z dawnych czasów „wojowania z systemem”.
Jak łatwo się domyślić, zastępują oni właśnie tych „zasłużonych”, ale zarazem nieprzewidywalnych i niesfornych. Są cyniczni, koniunkturalni i – co najważniejsze – przynoszą pieniądze. Taka wymiana oczywiście budzi poczucie niesprawiedliwości, a wręcz bunt „ideowych działaczy”. Przykładem jest Agnieszka Szumilas, była szefowa struktur toruńskich i zdeterminowana aktywistka pro-life. Opowiada ona o tej prawidłowości, zapewne również z powodu rozżalenia brakiem pomocy partii po tym, jak zainteresował się nią IPN w związku z kolportowaniem braunowskich rewelacji o „fejkowych” komorach gazowych w Auschwitz.
Podobnie – w rozżaleniu – pisał publicznie o tym, że „ideowcy” idą w odstawkę, Jacek Ćwięka, były działacz znany z podniesienia w mediach społecznościowych alarmu w sprawie rzekomej bomby, która miała być podłożona w Sejmie. W publicznym wpisie skierowanym do dyrektora biura Brauna zarzucał Koronie między innymi: „Wyrzucenie z partii najbardziej ideowych ludzi, którzy zbudowali postać Grzegorza Brauna”. W podobnym tonie wypowiada się wykluczony Piotr Korczarowski, a także były członek zarządu struktur poznańskich Wojciech Rosada.
Paradoksalnie, choć nowa polityka kadrowa jest z punktu widzenia ortodoksyjnych braunistów (czy raczej eksbraunistów) niesprawiedliwa, świadczy ona właśnie o próbie uczynienia z Korony partii poważnej, przewidywalnej i przede wszystkim sterowalnej. Problem w tym, że rozżalenie wyrzucanych na margines działaczy sprawia, iż (czy to w akcie ostrzegania innych, czy zwykłego odwetu) zaczynają oni opowiadać, co naprawdę dzieje się wewnątrz partii. A te relacje, niezależne od tego, z jakiej części Polski pochodzą, są uderzająco spójne.
W oczekiwaniu na łowy
Wspomniany Wojciech Rosada, który od dłuższego czasu publikuje w internecie informacje o tym, co dzieje się w Koronie, przywołuje metodę selekcji i wdrażania nowych członków, która każe podać w wątpliwość „profesjonalizowanie się” partii. Otóż w rzeczywistości ma być ona otwarta niemal „na przestrzał”. On sam – jak opowiada – miał dostać się do zarządu okręgu w Poznaniu właściwie bez żadnej weryfikacji. To szczególnie istotne, zważywszy na to, że przeciwnicy Brauna już „ostrzą klawiatury” na moment ogłoszenia list wyborczych. Z góry przewidują powtórkę z kazusu Konfederacji z 2023 roku, kiedy to wśród kandydatów odnajdywano osoby opowiadające o planecie Nibiru, chemtrails czy podróżach w czasie.
O ile Konfederacja przynajmniej próbuje wyciągać wnioski z własnych błędów, Korona zmierza w przeciwnym kierunku. Totalna bierność, wszechpanujący bajzel i niekompetencja struktur to wręcz zaproszenie do powtórzenia scenariusza sprzed kilku lat. Tym bardziej że właśnie zamknięcie się na „foliarskie” środowiska było jedną z podstawowych strategicznych różnic między Braunem a duetem: Bosak – Mentzen jeszcze w czasach, gdy razem tworzyli Konfederację.
Łowy „poszukiwaczy pokemonów” na listach mogą więc okazać się aż nadto owocne. Zwłaszcza że właśnie tacy ludzie będą ciągnąć do partii Brauna. Oczywiście najprawdopodobniej zajmą miejsca niższe od „ludzi bez właściwości, ale z pieniędzmi”, co nie zmienia podstawowego problemu: wystarczy, że przeciwnicy Brauna wyciągną ich sylwetki na światło dzienne. Dla partii, która będzie próbowała uchodzić za poważną i profesjonalną, może to być katastrofalne. Wystarczy przypomnieć, że Konfederacja jeszcze kilka miesięcy przed wyborami w 2023 roku notowała w sondażach wyniki między 12 a 15 proc., a skończyła z dwukrotnie niższym. Istotną przyczyną takiego spadku była (nawet w opinii liderów partii) właśnie „pokemonizacja” list.
Pieniądze, nie idea
Kolejny, niezależnie od siebie powtarzający się zarzut zawiera się w określeniu „projekt biznesowy”. Rozczarowanie członków, którzy przyszli do Korony, wynikało również z tego, że zamiast ruchu politycznego dążącego do autentycznej zmiany zastali organizację, której najważniejszym celem jest przynoszenie materialnych zysków partyjnej „wierchuszce”.
W tym kontekście szczególnie często pojawia się nazwisko Włodzimierza Skalika, formalnego wicelidera, który według relacji działaczy faktycznie zarządza partią. Braun, zajęty perorowaniem, występami i brylowaniem wśród swoich wyznawców, ma być coraz bardziej oderwany od bieżącego funkcjonowania organizacji, a znaczna część realnych mocy decyzyjnych została scedowana właśnie na Skalika. Ten, choć cieszy się dużym uznaniem samego Brauna, niekoniecznie darzony jest równie wielką sympatią wśród braunistów. Jako przykład sposobu jego zarządzania wykluczeni działacze przywołują choćby praktykę obiecywania kilku osobom naraz „jedynek” w tym samym okręgu, a także eliminowanie działaczy, którzy wykazują się jakąkolwiek aktywnością.
Kolejna zawiedziona osoba ze środowiska braunistów, chcąca zachować anonimowość, potwierdza, że niedostrzeżonym obliczem działalności Korony jest jej aspekt typowo biznesowy. Według tej relacji radykalna, wyrazista idea jest przede wszystkim haczykiem na ludzi, którzy chętnie wpłacą pieniądze, kupią książkę, gadżet czy inne partyjne produkty. I nie chodzi przy tym o zdobywanie środków na utrzymanie organizacji. Zarzut jest poważniejszy: że zysk dla liderów ma być nadrzędnym celem działalności Korony, ważniejszym nawet od osiągnięcia dobrego wyniku wyborczego.
Jeżeli rzeczywiście tak jest, mielibyśmy do czynienia z dość osobliwą sytuacją. Ruch, który swoją atrakcyjność zbudował na przekonaniu, że jako jedyny nie zmierza w kierunku politycznego „koryta”, miałby w istocie uczynić koryto ze wspólnoty oddanych wyborców i sympatyków.
Słabość
To wszystko rozwiewa wizję „karnej armii”, która maszeruje za wodzem, gotowa pracować na niego od rana do nocy i znosić prześladowania i szykany. Nawet jeżeli ktoś chciałby wcielić się w takiego żołnierza, zanęcony „czystością idei” braunizmu, po wejściu do środka odskakuje jak oparzony. Na jego miejscu znacznie łatwiej odnajduje się koniunkturalista, cynik i karierowicz. Ewentualnie fanatyk – tak zaczadzony postacią wodza, że tych wszystkich rzeczy po prostu nie dostrzega.
O ile rozmaite skandale i PR liczą się we współczesnej demokracji, a często stają się głównym tematem dla politycznych komentatorów, o tyle sprawnie działające struktury są warunkiem długowieczności każdej partii. Partia, w której nic nie działa, inicjatywa jest tępiona, a mnożą się dziwni ludzie, mogący skrywać w swoich życiorysach niezliczone pokłady kompromatów, a także tacy, którzy zdradzą ją, gdy tylko ktoś zaproponuje im nieco lepsze warunki, nie ma przed sobą wielkiej przyszłości.
A właśnie taki obraz wnętrza Korony wyłania się z „przecieków” jej działaczy. Co więcej, sam fakt, że dochodzi do tych przecieków, jest już sygnałem słabości. Nie chodzi nawet o to, czy faktyczny zarządzający partią Włodzimierz Skalik posługuje się manipulacją albo niemoralnymi metodami. Problem polega na tym, że uprawia „cwaniactwo” niskiego sortu – łatwe do przejrzenia przez wykorzystywanych i budzące chęć odegrania się.
Król jest nagi
To, co wydawało się największą siłą Brauna: wiara, jaką potrafił wzbudzić w swoich szeregach – okazuje się więc łatwe do nadwątlenia. Nawet silny przywódca, gdy staje na czele rozklekotanej armii, która okazuje się bardziej „projektem biznesowym” niż poważną, choć radykalną organizacją, może stworzyć wrażenie, że król jest nagi.
I wszystko wskazuje na to, że podczas kampanii wyborczej tę nagość zobaczą wszyscy – dlatego przekroczenie przez Koronę progu wyborczego wcale nie jest jeszcze przesądzone.
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]











