Szukaj
Konto

Jak pokonać męczącą się władzę?

Jak pokonać męczącą się władzę?
Źródło: tysol.pl | Autor: Proj. L. P. | Licencja: Tygodnik Solidarność | Rząd w bandażach
Obecną koalicję coraz bardziej męczą trudy codziennego sprawowania władzy. Jednak, aby wykorzystać tę słabość na swoją korzyść, opozycja musi zaproponować politykę ambitniejszą niż tylko punktowanie nieudolności obecnie rządzącej ekipy.
Co musisz wiedzieć:
  • Podstawową cechą obecnej koalicji rządzącej jest postępujące zmęczenie, brak spójnej wizji i coraz większe zużycie politycznego kapitału.
  • Kluczowym problemem opozycji jest brak własnej, pozytywnej i wiarygodnej „obietnicy politycznej”.
  • Historia polskich wyborów po 1989 roku pokazuje, że realne zwycięstwa polityczne wynikają z przekonującej wizji przyszłości, a nie wyłącznie z antyrządowego resentymentu.

Zacznę od starego żydowskiego dowcipu, który brzmi dziś zaskakująco aktualnie. Przychodzi Żyd do rabina i żali się:

„Rebe, otworzyłem żłobek i zakład pogrzebowy. Oba interesy splajtowały! Nic z tego nie rozumiem”.

Rabin, nieco zdziwiony, pyta:

„A co tu jest do rozumienia?”.

Przygnębiony Żyd odpowiada:

„Rebe, powiedz mi szczerze: jedni mówią, że ten świat umarł, ale wtedy przynajmniej zakład pogrzebowy by szedł. Inni przekonują, że żyje, ale wtedy z kolei żłobek by się opłacał. A tu ani jedno, ani drugie!”.

Rabin myśli chwilę i mówi:

„Aj, ty nic nie rozumiesz… Świat ani nie umarł, ani nie żyje. Świat się po prostu męczy”.

Ten jeden z najstarszych i najbardziej uniwersalnych żydowskich dowcipów idealnie oddaje stan obecnej koalicji rządzącej. Trudno bowiem w jej działaniu odnaleźć jakiekolwiek spójne idee, choćby szczątki życia intelektualnego, ślady nawet jedynie naszkicowanej myśli modernizacyjnej, czy konkretne pomysły rozwojowe. Zamiast klarownie określonego kierunku jest jedynie coraz bardziej chaotyczny, pozbawiony wizji dryf. Brakuje politycznego życia – debaty o przyszłości, strategii, projektu dla Polski na najbliższe dekady.

Jednocześnie nie sposób uznać tej ekipy za politycznego trupa. W kwestiach dla siebie najważniejszych potrafi – nawet z naruszeniem prawa lub zasad demokracji – osiągać zamierzone cele, wykazując przy tym brutalną, wręcz bezwzględną skuteczność. Co więcej, jak pokazały ostatnie, nieskuteczne próby odwołania najmniej popularnych społecznie ministrów, obecny rząd dysponuje stabilną i zdyscyplinowaną większością parlamentarną. Politycznie rząd nie umarł ani nie żyje… po prostu się męczy. Te męczarnie coraz częściej dostrzegają obywatele, jednak polityczna opozycja ciągle nie potrafi ich wykorzystać na swoją korzyść. O tym, dlaczego tak się dzieje, napiszę nieco później.

 

Rządzenie, czyli co?

Męczarnie koalicji widać najlepiej w badaniach opinii publicznej. Według sondażu Ogólnopolskiej Grupy Badawczej opublikowanego na początku maja aż 51,1 proc. ankietowanych negatywnie ocenia rząd Donalda Tuska, podczas gdy pozytywną ocenę wystawia mu jedynie 29,4 proc. respondentów. Trend jest nieubłagany. W porównaniu z analogicznym badaniem z marca ocena rządu pogorszyła się jeszcze bardziej – wtedy negatywne noty wynosiły 49,03 proc., a pozytywne 31,14 proc. (przy 19,83 proc. neutralnych). W lutym negatywnie rząd oceniało już 47,2 proc. badanych.

Mamy więc do czynienia ze stałą, systematyczną tendencją wzrostową, której nie da się uczciwie intelektualnie zbyć jako „chwilowego wahnięcia sondażowego”. Obecny gabinet jest po prostu niepopularny, a liczba jego przeciwników rośnie z miesiąca na miesiąc. Co znamienne, średnie oceny rządu Tuska po ponad dwóch latach sprawowania władzy są zbliżone do notowań drugiej kadencji rządu PiS (lata 2019–2023 pod kierownictwem Mateusza Morawieckiego) w analogicznym momencie. Z tą różnicą, że mówimy o – de facto – szóstym roku rządów tej samej, szerszej formacji politycznej, licząc od 2015 roku. Gdyby zaś porównać ponaddwuletni okres obecnej koalicji z pierwszymi dwoma latami rządów PiS po 2015 roku, wynik dla Tuska i jego sojuszników byłby po prostu druzgoczący. To pokazuje niezwykłą szybkość zużywania się politycznego kapitału tej ekipy.

 

Bezcelowość i jałowość

Jedynym realnym spoiwem łączącym tworzących ją polityków wydaje się wspólna chęć utrzymania władzy za wszelką cenę oraz głęboka, emocjonalna niechęć do poprzedniej prawicowej ekipy. Na takim fundamencie niezwykle trudno budować sensowny, długofalowy projekt polityczny. Donald Tusk zdaje się nawet tego nie próbować. Natomiast skupia się, jak łatwo zauważyć, na rewanżystycznym projekcie kryminalizacji i delegitymizacji politycznej opozycji. Owszem, spełnia to zapotrzebowanie najtwardszego, najbardziej zmobilizowanego elektoratu napędzanego toksycznymi emocjami internetowej sekty „Silnych Razem”. 

Dla reszty społeczeństwa – dla tych, którzy oczekują normalnego, kompetentnego rządzenia – bezcelowość i jałowość obecnych rządów staje się jednak coraz większym problemem. Zwłaszcza gdy na horyzoncie pojawiają się coraz bardziej niepokojące wskaźniki: postępujący wzrost bezrobocia, rosnące ceny energii, zapaść w ochronie zdrowia, chaos w edukacji i brak jakiejkolwiek spójnej strategii gospodarczej czy energetycznej. W końcu, czy ktokolwiek naprawdę wierzy, że obecna władza ma jakiekolwiek realne pomysły w którejkolwiek z tych dziedzin? 

 

Rewanżystyczne paliwo

A może jednak jedynym prawdziwym celem trwania rządu Donalda Tuska jest niedopuszczenie, „by rządziła prawica”? Jednak czy to ma być ta naczelna, najwyższa wartość, która usprawiedliwia bierność, brak wizji i chroniczną niemoc w rozwiązywaniu realnych problemów Polaków? Rządzący zdają się wierzyć, że na tym negatywnym, rewanżystycznym paliwie da się jeszcze daleko zajechać. Szczerze mówiąc – wątpię, by tak było. Jednak to, jak daleko zajechać może jeszcze obecny rząd, zależy w dużym stopniu od opozycji.

 

Jak wygrać wybory?

Pisałem już na łamach naszego tygodnika, że nierozerwalną częścią tego, co definiujemy jako „polityka”, zawsze było słowo „obietnica”. Każde społeczeństwo ma swoje aspiracje, marzenia i lęki. Polityka je nazywa, definiuje i wyraża w przestrzeni publicznej, a także wybiera z nich te, które zyskają własną reprezentację. Dopiero one nabierają politycznej sprawczości i mogą się ze sobą konfrontować. Rezultat tej konfrontacji na długie lata definiuje politykę, jednak warto pamiętać, że u samego początku tego procesu zawsze mamy do czynienia z rywalizacją podziałów.

Co warto podkreślić, jeśli się nad tym zastanowimy, to polityka (prawdziwa, ta, która się odbywa w dyskursie) nie jest, jak się przyjęło powszechnie uważać, rywalizacją ludzi z dwóch stron politycznego podziału, tylko rywalizacją polityków o to, jak zdefiniować sam podział. Jednak by zrobić to skutecznie, ów podział nie może być abstrakcyjny, lecz musi się odnosić do tego, co realne, i zawierać w sobie to, co w polityce jest najważniejsze – czyli obietnice. To obietnica jest rdzeniem polityki, aktem reprezentacji składanym przez polityków grupom społecznym, których interesy, aspiracje i system wartości chcą oni chronić, rozwijać i właśnie – reprezentować.

 

Cykl władzy

Ta partia lub koalicja, która złoży najmocniejszą, najbardziej spójną i wiarygodną obietnicę wobec największej części społeczeństwa – wygrywa. Dopóki obietnica pozostaje żywa, formacja rządząca jest niemal „teflonowa”. Żadne afery, wpadki czy kryzysy nie przyklejają się do niej na stałe. W języku graczy komputerowych można powiedzieć, że przez pewien czas działa „kod na nieśmiertelność”. Z czasem jednak siła obietnicy słabnie. Wiara, że dana formacja jest w stanie ją zrealizować, gaśnie. Pojawiają się pierwsze rysy, podskórne rozczarowanie, koniec teflonowości.

Znaczna część elektoratu już straciła entuzjazm, ale nadal głosuje „siłą rozpędu” – z przyzwyczajenia, strachu przed alternatywą lub braku lepszej oferty. W tym momencie opozycja ma szansę. Jeśli zdoła sformułować własną, świeżą i przekonującą obietnicę, spełni się warunek konieczny zmiany władzy. Wtedy nawet drobna afera, pozornie błahe wydarzenie czy kryzys, może stać się pretekstem do masowego przerzucenia głosów. I cykl zaczyna się od nowa.

 

Obietnice polityki

Teza, że w Polsce „nie wygrywa się wyborów, tylko się je przegrywa” i że Polacy głosują zawsze „przeciw” komuś, a nie „za” czymś, jest wygodnym uproszczeniem, ale nie jest prawdziwa. Wszystkie wybory po 1989 roku dowodzą czegoś przeciwnego: Polacy wielokrotnie głosowali „za” konkretną wizją. Na początku była to nadzieja na wolność i demokrację – głos oddawany na ugrupowania postsolidarnościowe. Gdy brutalność balcerowiczowskiej terapii szokowej przyniosła masowe rozczarowanie, biedę i bezrobocie, społeczeństwo zwróciło się ku postkomunistycznej lewicy. Hasło SdRP

„Tak dłużej być nie może. Nie obronisz się sam”

zawierało czytelną obietnicę: państwo, w którym los zwykłego człowieka będzie ważniejszy od czystej wolnorynkowej ideologii. Ludzie to zrozumieli i wybrali. Wielu komentatorów do dziś dziwi ten wybór – mnie ani trochę.

Później koalicja AWS – UW obiecywała modernizację państwa przy zachowaniu solidarystycznej wrażliwości. Ostatecznie wprowadzone reformy dążyły do urynkowienia każdej sfery życia, ze szkołą i służbą zdrowia na czele, zrywając z solidaryzmem społecznym nawet w tak ważnej kwestii jak emerytury.

Pokomunistyczna lewica, czując ten dysonans, obiecała po prostu

„przywrócić normalność”.

To wystarczyło do największego zwycięstwa w historii SLD.

Gdy i ta formacja zniechęciła do siebie licznymi aferami oraz coraz wyraźniejszym flirtem z neoliberalizmem, Polacy zatęsknili za sanacją. Obiecywały ją dwie nowe partie: PiS i PO. Ta pierwsza postawiła ponadto na wyraźny akcent solidarystyczny i dzięki temu wbrew sondażom w 2005 roku wygrała wybory.

Dwa lata później zmęczeni „sanacyjną gorączką” wyborcy postawili na obietnicę europejskiej modernizacji zawartej w haśle „irlandzkiego cudu” głoszonego przez Donalda Tuska. Po latach rządów PO – PSL, zmęczeni coraz bardziej nieznośnymi neoliberalnymi frazesami wygłaszanymi przez ówczesne elity oraz rosnącym poczuciem niesprawiedliwości społecznej, Polacy znów zatęsknili za solidaryzmem.

Prawo i Sprawiedliwość zrealizowało tę obietnicę w stopniu bezprecedensowym po 1989 roku – i wygrało trzy kolejne elekcje parlamentarne (2015, 2019, 2023), choć w 2023 roku nie zdołało zbudować większości. Ostatnie wybory parlamentarne były pod tym względem inne.

Obecna koalicja nie zwyciężyła dzięki jednej spójnej, porywającej obietnicy, lecz dzięki szerokiemu, powyborczemu porozumieniu ugrupowań głoszących często sprzeczne ze sobą wizje. Był w tym elektorat anty-PiS-owski, który chciał po prostu „odsunięcia Kaczyńskiego”, byli liberalni modernizatorzy liczący na szybki powrót do „europejskiej ścieżki rozwoju”. Byli lewicowi wyborcy oczekujący progresywnych zmian społecznych i dalszego rozwoju polityki społecznej. I byli również ludowcy, jako konserwatywna kotwica nastawiona na zabieganie o interesy rolników. Wspólnym mianownikiem nie była pozytywna wizja Polski, lecz niechęć wobec poprzedniej ekipy. Taka konstrukcja koalicji mogła zadziałać jako maszyna do przejmowania władzy, ale jest strukturalnie słaba jako projekt rządzenia. Brak wspólnej, głębokiej obietnicy wobec Polaków sprawia, że rząd Tuska od początku skazany jest na męczarnie, o których pisałem wcześniej. Obraz męki obecnej ekipy powinna sobie wziąć do serca prawica.

 

Asymetryczne pole gry

Nie da się w pełni zrozumieć dzisiejszych odruchów i dylematów polskiej prawicy bez nakreślenia wszystkich wymiarów rzeczywistości, w której musi ona funkcjonować od jesieni 2023 roku. Realia te dalekie są od normalności demokratycznego państwa prawa. Mowa tu o instytucjonalnej presji i przemocy, którym poddawana jest opozycja. Chodzi o nielegalne (jak wskazywały liczne opinie prawne) pozbawianie środków finansowych partii przez ministra finansów Andrzeja Domańskiego, o masowe produkowanie, często absurdalnych, aktów oskarżenia przez ręcznie sterowaną przez ministra Waldemara Żurka prokuraturę. To nie jest standardowa rywalizacja polityczna. To tworzenie asymetrycznego pola gry, w którym jedna strona ma dostęp do narzędzi państwa, a druga jest systematycznie przy pomocy tych narzędzi niszczona.

Do tego dochodzi jeszcze jeden wymiar – międzynarodowy. Coraz wyraźniej widać, że brukselska biurokracja i powiązane z nią środowiska nie traktują wszystkich partii w państwach członkowskich symetrycznie. Jednym (liberalno-lewicowym) życzy się zwycięstwa i aktywnie ich wspiera, drugim (prawicowym, uznawanym za „populistyczne”) życzy się klęski i stosuje rozmaite metody, by do niej doprowadzić. Celem stało się trwałe wykluczenie z władzy tzw. prawicowych populistów w całej Europie. W takiej sytuacji prawica, zaganiana do narożnika, może ulec pokusie zawarcia szerokiej, negatywnej koalicji, której jedynym spoiwem będzie hasło: „odsuńmy Tuska, a potem się zobaczy”.

 

Pułapki anty-Tuskowej koalicji

Ulegnięcie tej pokusie byłoby jednak dla prawicy podwójnie ryzykowne. Po pierwsze – mechanizm jest lustrzanym odbiciem obecnej koalicji. Tak jak dzisiejszemu rządowi coraz trudniej rządzić, proponując wyłącznie „nie jesteśmy PiS-em”, tak opozycji nie będzie łatwo zdobyć i utrzymać władzę, jeśli jej jedynym programem okaże się „nie jesteśmy KO”. Takie obietnice adresowane są wyłącznie do żelaznych, zmobilizowanych elektoratów. Nie odpowiadają na realne aspiracje większości Polaków ani nie budują wspólnej przestrzeni – koniecznej, jeśli Polska ma się przygotować na realne wojenne zagrożenie. 

Po drugie – nawet w przypadku zwycięstwa wyborczego groziłaby prawicy pułapka wewnętrznej niespójności. Co tak naprawdę łączy prorosyjskiego demagoga Grzegorza Brauna, libertarianina i wolnorynkowego fundamentalistę Sławomira Mentzena z Mateuszem Morawieckim – konsekwentnym przeciwnikiem rosyjskiego imperializmu, który jako premier prowadził politykę gospodarczo-solidarystyczną? Jaki jest wspólny mianownik poza deklarowaną niechęcią do Donalda Tuska? Brak pozytywnego, spójnego projektu sprawi, że nowa „szeroka koalicja” mogłaby szybko upodobnić się do dzisiejszego rządu – tworu chaotycznego, pozbawionego wizji i napędzanego politycznym resentymentem.

Prawo i Sprawiedliwość rządziło skutecznie przez osiem lat nie dlatego, że było anty-Tuskiem, lecz dlatego, że w 2015 roku potrafiło odczytać rosnące niezadowolenie i frustracje większości społeczeństwa, a następnie przekuć je w spójną, pozytywną, prospołeczną alternatywę. Jeśli tego nie powtórzy, to nawet wygrana w wyborach nie da mu politycznego życia… nie da też śmierci – da jedynie męczarnie.

[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 30.05.2026 11:24
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 21/2026, oprac. Ludwik Pęzioł