Szukaj
Konto

Tusk ciągle musi. Kto nie pozwala mu odejść?

Tusk ciągle musi. Kto nie pozwala mu odejść?
Źródło: tysol.pl | Autor: Proj. L. P. | Licencja: tysol.pl | Donald Tusk, Bundestag
Premier zaciągnął zbyt wiele zobowiązań, by mógł nagle odpuścić. Jest zakładnikiem silnych lobby, które domagają się zaciekłej walki o następną kadencję. Bez względu na koszty.
Co musisz wiedzieć:
  • Donald Tusk nie może wycofać się z polityki, ponieważ wiążą go interesy i zobowiązania wobec silnych grup.
  • Autor przekonuje, że utrzymanie władzy ma być dla Tuska także sposobem na ochronę własną.
  • Presja na stworzenie jednej listy całej koalicji ma wynikać z przekonania, że tylko maksymalna konsolidacja obozu władzy może pozwolić mu przetrwać wybory.

Tusk ma dość, już mu się nie chce, nie ma pomysłu na to, jak dalej rządzić – media są zalewane takimi opiniami. Tajemne źródła podsycają atmosferę upadku, dekadencji i rezygnacji, jaka ma panować na szczytach władzy Koalicji Obywatelskiej, a zwłaszcza w głowie jej lidera.

Tak naprawdę jednak nic dziś nie wskazuje na to, by Donald Tusk zamierzał odpuścić rządzenie. Stara się raczej konsolidować obóz rządzący, by wyborcy mogli głosować albo na niego, albo na obrzydzaną prawicę.

Oczywiście może szykować dla siebie jakąś ratunkową szalupę, która pozwoli mu uniknąć więzienia za permanentne i bezprecedensowe łamanie prawa, ale przecież nie oznacza to szybkiej rejterady. Szef rządu nie reprezentuje przecież tylko siebie, ale przede wszystkim interesy potężnych grup, które wyniosły go do władzy.

 

Zakładnik Niemiec

Berlin wiele zainwestował w to, by Donald Tusk ponownie został premierem Rzeczpospolitej. To stamtąd płynęły sygnały, by UE blokowała Polsce pieniądze z KPO, współpracujące z rządem federalnym organizacje ekologiczne angażowały się w blokowanie infrastrukturalnych inwestycji, a tamtejsze media prześcigały się w kłamstwach na temat rządów prawicy w Polsce. Tusk jako przewodniczący Rady Europejskiej był częstym gościem w Urzędzie Kanclerskim, gdzie odbierał dokładne instrukcje od Angeli Merkel. Pozostawał więc w pełni dyspozycyjny.

Politycy w Berlinie szybko dostrzegli, że pod rządami prawicy Polska nie tylko rozwija się szybko, ale ma ambicje konkurowania w regionie z Niemcami. Takie konsekwencje przyniosłyby przecież budowa CPK, elektrowni atomowych czy rozwój portów.

Tusk zablokował te inwestycje od razu po objęciu władzy, by następnie przez dwa i pół roku pozorować, że jednak zamierza budować. Z drugiej strony musiał zadbać o to, by przeżywająca kryzys niemiecka gospodarka dostała spory zastrzyk pieniędzy. Stąd przecież takie parcie, by podpisać SAFE – Berlin uznał, że jest niezgodny z unijnymi traktatami, ale tamtejszy rząd otwarcie przyznaje, iż niemiecki przemysł skorzysta na tym programie – czy forsowanie rozwoju farm wiatrowych.

W tej sytuacji Tusk nie może po prostu sobie odpuścić i powiedzieć pas. Zobowiązania, które zaciągnął, są długoterminowe. To dzięki wsparciu Niemiec otrzymał przecież wysokie stanowisko w UE i dziś dostaje kilkadziesiąt tysięcy złotych emerytury miesięcznie. Tylko Berlin może mu także zagwarantować bezkarność po ewentualnie przegranych wyborach.

 

Konieczna kontynuacja

Na samym Tusku ta historia się jednak nie kończy. Jest on coraz starszy i mniej perspektywiczny, musi więc zapewnić ciągłość proniemieckiej polityki. Bez równie serwilistycznie nastawionych następców Polska może dość szybko wyrwać się z orbity wpływów niemieckich i silniej kierować swoje zainteresowanie za ocean.
Dla każdego kanclerza – bez względu, z jakiej formacji by nie pochodził – scenariusz taki jest niebezpieczny, gdyż bliskie relacje polsko-amerykańskie powodują zwiększenie podmiotowości Warszawy. Berlin zaś od wieków zabiega o to, by obszar między nim a Moskwą pozostawał strefami wpływów Rosji i Niemiec. Silna gospodarczo i militarnie Polska, do tego ze wsparciem USA, zdecydowanie zaburzyłaby ten plan.

Dlatego na szczytach władzy KO muszą pojawiać się młodzi politycy zapewniający ciągłość uległej wobec Niemiec polityki. Stąd oszałamiająca kariera Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej, której fundacja jest wprost finansowana przez Niemcy, silna pozycja Cezarego Tomczyka czy trzymanie w ciągłym odwodzie Radosława Sikorskiego. Ten ostatni próbował nawet udowadniać, że jest bardziej proniemiecki niż Tusk, ale jego pozycja pozostaje słaba. Z powodu arogancji jest nielubiany w partii, a ostentacyjna służalczość wobec polityków z Berlina wywołuje u nich całkowity brak szacunku.

Niemcy pozwolą więc Tuskowi odejść dopiero wtedy, gdy wykształci następców w pełni dyspozycyjnych wobec zachodniego sąsiada.

 

Zaplecze służb

Bandyckie metody sprawowania władzy przez obecnego premiera – które zresztą są kontynuacją jego polityki z lat 2007–2014 – pokazują, że znajduje się on pod silnym wpływem komunistycznych i postkomunistycznych służb specjalnych. Nie przez przypadek jedną z pierwszych decyzji jego gabinetu było przywrócenie wysokich emerytur dawnym ubekom i esbekom.

Ceną za wsparcie ze strony tych ludzi w kampanii wyborczej oraz w pierwszym okresie rządzenia jest usadowienie ich w wielu spółkach Skarbu Państwa. Dziś znaczna część firm kontrolowanych przez rząd jest obsadzona ludźmi związanymi z Bartłomiejem Sienkiewiczem, który był i jest ogniwem łączącym Donalda Tuska z oficerami dawnego Urzędu Ochrony Państwa. Oni po latach odstawienia na boczny tor – przynajmniej częściowego – nie są skorzy do rezygnacji z wysokich apanaży. Gwarantem ich interesów jest właśnie układ związany z obecnym premierem.

Teoretycznie byliby w stanie uzależnić od siebie każdego kolejnego szefa rządu, ale nie jest tajemnicą, że Donald Tusk równie silnego następcy nie wykreował. Przez dwie dekady dbał o to, by właśnie taki delfin się nie pojawiał. Wycinał każdego, kto podobne ambicje zgłaszał. W efekcie stał się niezastępowalny. Przez lata było to gwarancją bezpieczeństwa lidera KO, teraz jednak jest również obciążeniem. Nie może tak po prostu odejść i zostawić ludzi służb na pastwę prawicy. Musi trwać do końca kadencji i robić wszystko, by przedłużyć rządy o kolejne cztery lata. Nawet jeśli dziś wydaje się to mało prawdopodobne, to przecież nie jest niemożliwe.

 

Ostatnia deska ratunku

Dlatego szef rządu tak mocno naciska w sprawie stworzenia wspólnej listy wszystkich ugrupowań tworzących obecnie koalicję rządową. Choć na razie Nowa Lewica i Polskie Stronnictwo Ludowe nie chcą na to przystać, to przecież ciągle jest to scenariusz możliwy. Co więcej, będzie się stawał coraz bardziej prawdopodobny wraz z upływem czasu. Im bliższa będzie wizja oddania władzy i pociągnięcia do odpowiedzialności za bezprecedensowe łamanie prawa, tym słabszy będzie opór przed konsolidacją.

Liderzy satelickich partii także mają swoje zobowiązania – wobec działaczy, ale też zaplecza – więc znajdą się pod rosnącą presją partyjnych dołów. Groźba utraty stanowisk, przesłuchań, prokuratorskich zarzutów i wreszcie odsiadki nie jest dziś wyłącznie publicystycznym hasłem, a raczej prawdopodobną przyszłością wielu aparatczyków, którzy zaangażowali się w tuskowy aparat władzy. Od mediów publicznych, przez służby specjalne, prokuraturę i urzędników podpisujących nielegalne decyzje, po menedżerów podejmujących szkodliwe dla państwowych firm decyzje.

Wielu z nich uwierzyło, że obecny premier będzie niepokonany i w jego imieniu dopuszczało się wyjątkowych świństw oraz okrucieństw. Tusk nie może ich tak po prostu zostawić, gdyż sfrustrowani i zdradzeni będą skorzy do ujawnienia kulisów podejmowanych decyzji. To zaś może zaprowadzić przed prokuraturę wielu prominentów obecnej władzy.

Już dziś widać, że rządzący nie są w stanie utrzymać w tajemnicy własnych nadużyć i nieprawidłowości. Nie udało się szefom służb i prokuratorom spacyfikować wewnętrznego oporu, jak zamierzali to zrobić na początku kadencji. Oddanie władzy spowoduje więc prawdziwą erupcję materiałów kompromitujących Tuska, jego ministrów i pretorianów. Groźba jest na tyle realna, że liderowi KO może nie pomóc nawet ucieczka na stanowisko w Brukseli. Nawet jeśli nie dopadnie go tam polski wymiar sprawiedliwości, to może zostać doszczętnie skompromitowany. Wtedy stanie się jedynie obciążeniem dla unijnych elit.

 

Nadzieja salonu

Lider obozu rządzącego co prawda wiele razy zawiódł liberalne elity, które domagały się od niego przeprowadzenia szeroko zakrojonej rewolucji społeczno-obyczajowej, ale przecież na horyzoncie nie widać nikogo, kto realnie mógłby Tuska zastąpić. Eksperyment z 2014 roku, gdy na czele rządu stanęła niezbyt lotna Ewa Kopacz, doprowadził Platformę Obywatelską do katastrofy, a wspierające ją media, pracowników uniwersyteckich, artystów i celebrytów do rozpaczy.

Nie polegała ona tylko na utracie dochodów, ale w równej mierze na upokorzeniu. Dla ludzi przyzwyczajonych do splendoru w czasach komunizmu oraz pierwszych dekadach III RP pojawienie się na salonach osób o prawicowych poglądach było obrazem upadku. Nie tylko musieli z nimi negocjować, ale z przerażeniem patrzyli, jak kalana jest pamięć budowniczych Polski Ludowej i ludzi honoru z okrągłego stołu.

Choć sam Tusk osobiście raczej gardzi ludźmi sztuki i jajogłowymi – co wielokrotnie okazywał – to jednak dla nich jest on ostatnią nadzieją. Wiele wskazuje na to, że po zmianie władzy – jeśli do niej dojdzie – prawica nie będzie już zabiegała o względy salonu. Bardziej prawdopodobne jest, że zechce wziąć rewanż za frontalny atak, który nastąpił przed wyborami w 2023 roku. Po 2027 roku mogą więc zmienić się warunki przyznawania grantów i dotacji, co znacząco uderzy w najwierniejszych sympatyków obecnej ekipy rządzącej.

Rejterada Tuska byłaby dla nich zdradą, a oni doskonale potrafią odgrywać rolę oszukanych.

 

Mariusz Staniszewski
Autor jest redaktorem naczelnym serwisu wGospodarce.pl

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 25.08.2026 15:36
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 34/2026, oprac. Ludwik Pęzioł