Ten okropny polski charakter

- Polski charakter autor przedstawia jako źródło niezgody, ale zarazem odwagi i gotowość do walki o wolność.
- Tekst przekonuje, że polskie zrywy, choć często kończyły się klęską, budowały narodową tożsamość.
- Autor ostrzega, że odrzucenie polskiej tradycji buntu prowadzi do konformizmu wobec silniejszych państw i ideologii.
Zacznijmy może od pozytywów. Niektórzy nawet nas za to lubią, choć z reguły lubienie to nie trwa długo. Ci z Brytyjczyków, którzy wzburzeni postawą władzy wyszli na ulice, by protestować po ujawnieniu szczegółów śmierci Henry’ego Nowaka, zamordowanego przez Sikha i przez policję uznanego tuż przed śmiercią za agresora Anglika polskiego pochodzenia, dawali w internecie wyraz podziwu dla Polaków, którzy stanęli obok nich. To akurat również nasza sprawa, ale przecież angażujemy się co chwila, choćby tylko przez internet, w sprawy beznadziejne, a czasem obojętne większości tych, których przecież dotyczą dużo bardziej. Ilu z nas miało na swoich zdjęciach profilowych nakładkę z napisem „Alfie’s Army”, gdy bezduszne władze tej samej Wielkiej Brytanii, wbrew woli rodziców, na śmierć nie za zbrodnię, a za chorobę skazywały małego Alfiego Evansa? Wcześniej, nim jeszcze rozpanoszyły się media społecznościowe, spora część naszego internetu żyła sprawą innej niewinnej osoby, której odmówiono prawa do życia, Amerykanki Terri Schiavo.
Nie zatrzymywaliśmy się na nieraz beznadziejnych sprawach jednostek, patrzyliśmy też na równie beznadziejne sprawy narodów. „Za wolność naszą i waszą” jakoś przetrwało w naszym narodowym DNA, często ponad politycznymi podziałami, choć te ujawniały się czasem w preferencjach dotyczących przedmiotu naszego zainteresowania. Odkąd przed laty wpisałem się w pejzaż subkulturowy, a potem również polityczny, pamiętam kolejne fale haseł na demonstracjach i napisów na murach. „Wolny Tybet”, „Wolna Czeczenia”, „Wolny Kurdystan”, „Żywie Biełaruś!”, „Wolna Palestyna”. Nie każde łączyło (bo przecież gdy jedni uznali Serbów za zbrodniarzy, inni pisali „Kosovo je Srbija”, a jeszcze inni na warszawskich murach wyzywali Billa Clintona od „j***nego Miloševicia”), ale w każdym można odnaleźć te same korzenie.
Bunt i kolonializm
To ta sama cecha, która legionistów Jana Henryka Dąbrowskiego wysłanych do tłumienia powstania miejscowej ludności na Haiti pchnęła do przejścia na stronę powstańców, gdy w losie ich kraju dostrzegli odbicie własnej historii. Bunt tlił się na terenach dawnej Rzeczpospolitej, ale stał się też w pewnym sensie towarem eksportowym. Tadeusz Kościuszko i Kazimierz Pułaski walczący o niepodległość USA; legiony we Francji i Włoszech; powstanie greckie; rewolucja węgierska; wojna secesyjna; wojna rosyjsko-turecka – byliśmy wszędzie. Nie każda z tych wypraw była po linii współczesnego patriotyzmu czy konserwatyzmu, niektóre można uznać za awanturnictwo, ale nawet wtedy iskra pochodziła przecież z tego samego, tak chętnie, jak nieskutecznie gaszonego przez potężne siły płomienia. Tak potępiana przez wielu racjonalistów „akcyjność”, działanie raczej zrywami niż regularną pracą, czasem wykorzystywane przez rozmaitych cwaniaków, czasem przysłaniające pytania o długofalowy narodowy interes. Zbiórki krwi (jak na Węgry w 1956 r.), ekspedycje strażaków do wielu państw Europy, wyprawy na kijowski Majdan i późniejsza pomoc Ukrainie po wielkiej rosyjskiej napaści w lutym 2022 r.
I tak doszliśmy do tu i teraz, wróćmy jednak do czasów, gdy byliśmy rozsadnikiem niepokojących dla europejskich elit władzy idei, gdy mogliśmy zakłócić nieodpowiedzialnym zachowaniem piękny i perfekcyjny koncert mocarstw. A nawet tych jeszcze dawniejszych. Pełno jest dziś książek przedstawiających polską historię przedrozbiorową jako jedno wielkie uzasadnienie rozbiorów, mocne, nawet jeśli niedopowiedziane. Polska, niczym w propagandzie kolejnych zaborców, z PRL-owską włącznie, wciąż okładana jest pałkami oskarżeń o zacofanie, anarchizację życia publicznego, wreszcie o wyzysk i, już w duchu nowych czasów, o „kolonializm”.
Ludność chłopska zasługuje więc według wielu głosów na własny odpowiednik Black Lives Matter, a dawne Księstwo Litewskie zyskuje status rabunkowo wyzyskiwanej kolonii. W tym stanie rzeczy zaborcy niosą nam cywilizację. Sami często tak zresztą tłumaczyli swoje działania.
„Biednych tych Irokezów będę się starał oswoić z cywilizacją europejską”
– rozczulał się Fryderyk II, mający dziś tak wielu naśladowców. Niedaleko pada jabłko od jabłoni nawet wiele pokoleń później, gdy unijne elity tłumaczą nam, że nie możemy korzystać z tych samych, co zachód Europy, rozwiązań ustawowych regulujących działanie korporacji sędziowskiej, ponieważ brak nam kultury prawnej i tradycji demokratycznej. Gorzej, gdy jest to podchwytywane na miejscu, przez przedstawicieli elit przejmujących wszelkie post- i prekolonialne narracje wobec Polski, uznających za swój obraz Polaka malowany przez naszych odwiecznych przeciwników i zaborców i w ten sposób leczących własny polski kompleks.
„Polska kultura prawna i przemiany po 1989 r. zostały zainspirowane i były wspierane przez niemiecką myśl prawniczą. [...] Ale to powoduje – po stronie mentora – także szczególną odpowiedzialność. Jak w przypowieści z «Małego Księcia». Jeśli oswoi się zwierzątko, to nie można go później porzucić”
– mówił kilka lat temu Adam Bodnar (wówczas jeszcze rzecznik praw obywatelskich) do Niemców i odbierając od Niemców nagrodę. Czy to te właśnie tradycje doprowadziły do szafowania używaniem kajdanek zespolonych wobec więźniów politycznych i przywrócenia do arsenału środków używanych przez polskie państwo działań, które nawet następca Bodnara na fotelu RPO uznał za nieodległe od tortur? Zostawmy jednak Bodnara i wróćmy do zaborców.
Meblowanie polskości
W różnym stopniu i z różną szybkością tłamszono nas i odbierano nam nie tylko kulturową tożsamość, ale też często podstawy materialnego bytu. Ścieżki karier otwarte były tylko w służbie imperium, edukacja – w uczelniach imperium, nauka – w języku imperium, jednego lub drugiego, trzecie działało trochę inaczej, przez co najczęściej jest przez niektórych ciepło wspominane. Jednak i ono miało swoje ciemne karty, szczucie jednych na drugich i rzezie.
Tymczasem jednak broniliśmy się wciąż, i choć wiele jednostek i grup społecznych popadało w apatię, inni żyli marzeniami i decydowali się na wielkie, choć często beznadziejne i chaotyczne zrywy. Dziś analizowanie powstań i odbieranie im sensu i nadziei jest zresztą specyficznym sportem narodowym, czy raczej tożsamościowym, części elit. Niekiedy nawet motywowanym patriotyzmem, troską, by nie powtarzać błędów. Tyle że za każdym z tych zrywów stała specyficzna polska emocja. Być może niezbędna w specyficznym polskim położeniu, które przecież się nie zmieni, o ile sami nie wyprowadzimy się wszyscy gdzieś indziej lub do końca nie roztopimy w obcym żywiole. Czy bez niej będziemy jeszcze polscy, nawet jeśli wciąż będziemy mówić po polsku?
Nie jest to jednak tekst w obronie powstań, temu poświęcono już wiele książek czy artykułów i chyba nikt nikogo nie przekonał. To myślenie staje się problemem w chwili, gdy ma uzasadniać kolejną bierność wobec aktualnych potęg. Na szczęście jednak nie zawsze idzie to w parze, mam wrażenie, że wielu krytyków polskiej tradycji romantycznej nawet nie dostrzega pełnego konformizmu wobec możnych tego świata jako naturalnego domknięcia tego pragmatyczno-rachunkowego sposobu myślenia. A przecież i ta tradycja, która według nich daje nam tylko krew, trupy i utratę elit, procentuje, choć inaczej. Trzymając się obcego nam myślenia transakcyjnego, jest inwestycją długoterminową. Katyń, Powstanie Warszawskie budują nas, zobowiązują do powtarzania wojen, wojenek i bitew – a niezniszczalne potęgi sypią się jedna po drugiej, choć czasem i nas pokrywa przy tym warstewka nieprzyjemnego pyłu. Upadły państwa – zaborcy, upadli ich formalni następcy, kontynuatorzy misji Fryderyka II upadną również. Czy zdążą nas ucywilizować?
Nagła strata, późny zysk
„Jesteśmy nie do zaj***nia”
– lubi powtarzać Rafał Ziemkiewicz, który sam przecież z dużą częścią polskiej tradycji, zwłaszcza piłsudczykowskiej, toczy od lat własne boje. Powstanie Warszawskie, które miało politycznie uchronić nas przed wpadnięciem w łapy Sowietów, na pierwszy rzut oka nie spełniło tej roli, za to kosztowało nas zniszczenie miasta i utratę wielu mieszkańców. A jednak zaryzykuję tezę, że spełniło swoją rolę, tylko w inny, mniej dosłowny sposób, kształtując i hartując naszą świadomość w czasach komunistycznej niewoli. Być może gdyby nie to „szaleństwo”, które niektórzy chętnie zastąpiliby sprytnym odwróceniem sojuszy, Stalin zdecydowałby się na wcielenie nas do ZSRS. A tak? Jednak nie chciał mieć nas, szaleńców, na swoim głównym pokładzie.
„Z tą Polską zawsze są kłopoty”
– śpiewał w „Jałcie” Jacek Kaczmarski frazę włożoną w usta Franklina Delano Roosevelta. Czy to źle, jeśli tak o nas myślano? Potem, świadomie lub nie, dziedzictwo powstań, wygranych i przegranych, odżywało w robotniczych buntach: ’56, ’70, ’76, ’80, ’88. Komuniści, z najbardziej krwawym Jaruzelskim na czele, chronili kraj przed „anarchią”, tak jak wcześniej chcieli chronić przed nią kontynent zaborcy. Zresztą i w 1980, i w 1981 r. spora część przywódców Zachodu na Solidarność patrzyła krzywo. Przecież i u nich byli robotnicy, którzy mieli swoje powody do niezadowolenia. „S” świadomie weszła w rolę rozsadnika buntu, gdy w 1981 r. rozesłała swoje „Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej”. Można powiedzieć, że przypieczętowała tym swój los i kilka miesięcy później junta Jaruzelskiego wykonała wydany już wcześniej wyrok.
Czy jednak na pewno? Osiem lat później to komunizm na Wschodzie upadał i choć dziś wiemy, że działo się to w dużym stopniu w sposób zaplanowany i kontrolowany, upadek ten był jednak sporym ustępstwem na rzecz ciemiężonych narodów. Czy wydarzyłoby się to bez Solidarności? Czy Solidarność wydarzyłaby się bez wcześniejszych zrywów? Każdy z nich jest przecież sumą wszystkiego, co było wcześniej.
Wróg stamtąd i stąd
Niestety od lat obok zewnętrznych nauczycieli borykamy się z samozwańczą elitą, która nie mając często żadnych innych podstaw uważania się za lepszych, ściga się w porzucaniu pogardzanej polskości. Zjawisko to istniało w czasach rozbiorowych, mocno zaznaczyło się w czasach komunizmu i rozwinęło w III RP, gdy zgodnie z „postulatem” Zbigniewa Herberta kuszono lepiej i piękniej, liberalnie, wolnorynkowo i europejsko. Na tę obcość nakładają się i potęgują ją jeszcze opisane wielokrotnie na tych łamach uprzedzenia klasowe.
Lęki, kompleksy, wiara we własne uprzedzenia stają się samospełniającą się przepowiednią, samonakręcającym się podziałem społeczeństwa. Obok dwóch zdeterminowanych, lecz przeciwstawnych sobie grup mamy jeszcze milczącą większość, pozornie ogłupioną przez media i obojętną, a jednak czasem ulegającą tej samej polskiej emocji – jest przecież stąd. Gdy wahadło odchyla się zbyt daleko, i oni czują, że coś tu zaczyna być nie tak. Dlatego sądzę, że tradycja wielkich zrywów jeszcze się nie skończyła, skoro nie może skończyć się historia opresji i uszczęśliwiania na siłę.
Na koniec przypomnijmy sobie słowa Gilberta Keitha Chestertona, wielkiego pisarza i prawego człowieka.
„Moja instynktowna sympatia do Polski zrodziła się pod wpływem ciągłych oskarżeń, miotanych przeciwko niej; i rzec mogę – wyrobiłem sobie sąd o Polsce na podstawie jej nieprzyjaciół. […] nieprzyjaciele Polski są prawie zawsze nieprzyjaciółmi wielkoduszności i męstwa. Ilekroć zdarzyło mi się spotkać osobnika o niewolniczej duszy, uprawiającego lichwę i kult terroru, grzęznącego przy tym w bagnie materialistycznej polityki, tylekroć odkrywałem w tym osobniku, obok powyższych właściwości, namiętną nienawiść do Polski. Nauczyłem się oceniać ją na podstawie tych nienawistnych sądów i metoda okazała się niezawodną”.
Pamiętajmy o tym, gdy znów ktoś zacznie na nas narzekać.
Komentarze
Brak porozumienia ws. nowych podatków może spowodować zmniejszenie budżetu UE o 40%

Ukraina chce samoloty MiG-29, ale wyremontowane

Karol Nawrocki spotkał się z Jordanem Bardellą. Szefernaker zdradza temat rozmów

Wspólne oświadczenie Polski i Niemiec

Komisarz rolnictwa: 33,6 mld euro dla polskich rolników z nowego budżetu






