Szukaj
Konto

Jak święty z Niepokalanowa pokonał logikę Auschwitz

Jak święty z Niepokalanowa pokonał logikę Auschwitz
Źródło: Wikipedia | Autor: Nieznany | Licencja: Wikipedia | Św. Maksymilian Maria Kolbe
Zbudował medialne imperium. Miał najnowocześniejsze maszyny drukarskie, własną bocznicę kolejową i plany lotniska. Hearst i Pulitzer mogliby uczyć się od niego zarządzania uwagą mas. A jednak ten franciszkański wizjoner przeszedł do historii nie z powodu milionowych nakładów swoich pism, lecz dzięki jednemu krokowi na żwirowym placu. Św. Maksymilian Kolbe wymyka się schematom. Zrozumiał dwudziesty wiek, zanim ten zdążył pokazać swoje najgorsze oblicze.
Co musisz wiedzieć:
  • Św. Maksymilian Kolbe stworzył w Niepokalanowie potężne, nowoczesne imperium medialne.
  • Jego dobrowolna ofiara za Franciszka Gajowniczka w Auschwitz była aktem całkowitego sprzeciwu wobec logiki nazistowskiego systemu.
  • Oskarżenia o antysemityzm, wysuwane wobec Kolbego autor tekstu uznaje za ahistoryczne.

Mija 85 lat od sierpniowego dnia, w którym numer 16670 przestał oddychać w podziemiach bloku 11. niemieckiego obozu zagłady Auschwitz. Niby dobrze znamy tę historię, ale bywała ona wygładzana, oprawiana w ramki i wstawiana do gabloty z pobożnymi obrazkami. A przecież Maksymilian Maria Kolbe nie był postacią z witraża. Był wizjonerem o umyśle inżyniera, twardym negocjatorem i twórcą medialnego konglomeratu, który zadziwiłby pewnie nawet Williama Randolpha Hearsta. Z tą różnicą, że Hearst budował dla zysku. Kolbe budował dla Niepokalanej.

 

Ewangelia z maszyny rotacyjnej

Aby pojąć fenomen franciszkanina, trzeba cofnąć się do roku 1927. Książę Jan Drucki-Lubecki przekazuje zakonnikowi kawałek szczerego pola w majątku Teresin pod Warszawą. Ziemia jest jałowa. Kolbe stawia tam figurę Matki Bożej. A potem zaczyna wznosić miasto. Niepokalanów nie przypominał tradycyjnego klasztoru z sennymi krużgankami. Przypominał raczej fabrykę Forda skrzyżowaną z redakcją nowojorskiego dziennika.

Kolbe pojął, że w XX wieku Ewangelia potrzebuje nośnika. Słowo musi stać się drukiem, falą radiową, obrazem. W latach 30. jego „Rycerz Niepokalanej” osiągał nakłady rzędu miliona egzemplarzy. „Mały Dziennik” dyktował warunki na rynku prasy codziennej. Franciszkanie pracowali na trzy zmiany przy najnowocześniejszych maszynach rotacyjnych sprowadzanych z zagranicy. Mieli własną straż pożarną, własną bocznicę kolejową, a nawet plany budowy lotniska. Kolbe uruchomił stację radiową i myślał o kinematografii. Przewidział telewizję. Fakt, że w latach 90., pół wieku po jego śmierci, mogła wystartować Telewizja Niepokalanów, stanowił jedynie odroczoną realizację jego przedwojennych szkiców. To w kolejnych wcieleniach tamtego kanału doświadczenia telewizyjnego nabierali tacy dziennikarze jak Bogdan Rymanowski, Krzysztof Ziemiec czy Marek Pyza, a do kryzysu finansowego w 2008 roku jej mniejszościowym udziałowcem był nawet australijski magnat medialny Rupert Murdoch.

Kolbe był w tym wszystkim na wskroś nowoczesny. Nie bał się techniki i rozumiał, że kto kontroluje rotacyjną maszynę drukarską, ten kształtuje dusze.
A potem przyszła wojna.

 

Błąd w kodzie Zagłady

Koniec lipca 1941 roku. Z obozu Auschwitz ucieka więzień. Karl Fritzsch, zastępca komendanta, stosuje regulaminową odpowiedzialność zbiorową (ówcześni Niemcy byli narodem, który potrafił zapisać okrucieństwo jako punkt regulaminu…). Dziesięciu za jednego. Podczas apelu na obozowym placu wskazany palcem Franciszek Gajowniczek płacze, wspomina żonę i dzieci. I wtedy dzieje się coś, co łamie całą logikę totalitarnej maszyny. Z szeregu występuje więzień. Chce zająć miejsce skazańca.

Niemcy byli zdezorientowani. System obozowy zakładał redukcję człowieka do numeru, do instynktu przetrwania. Akt dobrowolnej ofiary stanowił w tym miejscu błąd w kodzie. Kolbe poszedł do bunkra głodowego. Przez dwa tygodnie franciszkanin przeprowadzał skazańców na drugą stronę. Czternastego sierpnia, w wigilię Wniebowzięcia, oprawcy stracili cierpliwość. Hans Bock, więzień funkcyjny, wstrzyknął mu w ramię kwas karbolowy. Kolbe zmarł z otwartymi oczami.

 

Czerwień męczennika i salonowe szepty

Proces beatyfikacyjny ruszył po wojnie, ale wymagał czasu. 17 października 1971 roku papież Paweł VI ogłosił Kolbego błogosławionym. Uznano heroiczność cnót, ale prawo kanoniczne tamtego czasu rezerwowało tytuł męczennika dla tych, którzy zginęli z powodu nienawiści do wiary, a nie z powodu miłości do bliźniego. Dopiero św. Jan Paweł II przeciął ten teologiczny węzeł. 9 października 1982 roku na Placu Świętego Piotra papież z Polski kanonizował franciszkanina w czerwonych szatach męczennika. Na placu stał ocalony Gajowniczek.

I właśnie wtedy, w okolicach roku 1982, gdy Rzym przygotowywał się do kanonizacji, na zachodnich salonach podniósł się szmer. Szmer przerodził się w oskarżenia.
Zaczęło się w prasie anglosaskiej. Richard Cohen na łamach „Washington Post” uznał kanonizację za niewłaściwą. Stwierdził, że Kolbe tworzył środowisko sprzyjające Holokaustowi. Christopher Hitchens, z typową dla siebie publicystyczną brawurą, napisał w „The Nation”, że franciszkanin pasowałby raczej do Inkwizycji i że sam podkładał ogień pod piece, w których później spłonął.

Zarzuty opierały się na lekturze przedwojennych pism wydawanych w Niepokalanowie. Wskazywano, że na łamach „Małego Dziennika” pojawiały się odniesienia do „Protokołów mędrców Syjonu” i tezy o żydowsko-masońskim spisku.

 

Szarża Johna Grossa

Również niejaki John Gross w „The New York Review of Books” zarzucał Kolbemu prowadzenie nieustępliwej kampanii antysemickiej. Robił to zresztą przez łączenie krytyki syjonizmu z antysemityzmem, będąc być może prekursorem chwytu retorycznego używanego powszechnie także dzisiaj. Co ciekawe, nawet autorka recenzowanej wtedy przez Grossa książki odcięła się od jego interpretacji. W liście do redakcji napisała wręcz, że tekst, na który oboje się powołują, wskazuje raczej na

„brak antysemityzmu” [wyróżnienie autorki – przyp. red.] u Kolbego, a nie na jego rzekomy antysemityzm.

 

Fakty przeciwko oszczerstwom

Obrona przyszła szybko i opierała się na faktach, a nie na wyrwanych z kontekstu cytatach. Warren Green, dyrektor Centrum Badań nad Holokaustem w St. Louis, oraz profesor Daniel Schlafly z tamtejszego uniwersytetu odpowiedzieli Grossowi wprost. Przeanalizowali źródła. Z ponad 10 000 zachowanych listów i blisko 400 innych pism Kolbego zaledwie 31 tekstów w ogóle wspomina o Żydach. Ich treść ma charakter niemal wyłącznie duchowy. Kolbe był misjonarzem. Chciał nawracać. Modlił się za grzeszników, schizmatyków, Żydów i masonów. Masoneria była zresztą jego głównym celem polemicznym od 1917 roku, kiedy to w Rzymie obserwował antykatolickie demonstracje lóż zorganizowane na rocznicę publikacji 95 tez Lutra (1517) i powstania Wielkiej Loży Londynu (1717).

Kolbe był człowiekiem swoich czasów. Funkcjonował w realiach II Rzeczypospolitej, gdzie napięcia ekonomiczne i narodowościowe były częścią codzienności. Wydawał prasę katolicką, polską. Bronił interesów katolickich. Ale nigdy nie przekroczył granicy nienawiści. W liście do ojca Mariana Wójcika, redaktora „Rycerza”, pisał wyraźnie, by przy poruszaniu kwestii żydowskich uważać, aby nie wzbudzać ani nie potęgować nienawiści u czytelników. Odcinał się od skrajnych szowinistów, takich jak ksiądz Stanisław Trzeciak, odmawiając publikacji jego tekstów.

Prawdziwy test przyszedł jednak jesienią 1939 roku. Kiedy wybuchła wojna, a Niemcy zaczęli wysiedlać ludność, Niepokalanów otworzył bramy. Klasztor przyjął około 3000 uchodźców. Połowę z nich stanowili Żydzi.

To jest moment, po którym oskarżenia Grossa czy Hitchensa stają się groteskowe. Człowiek rzekomo przygotowujący grunt pod Holokaust dzieli się swoimi zapasami z 1500 Żydów. Diana Dewar w swojej książce opisuje Boże Narodzenie 1939 roku w Niepokalanowie. Franciszkanie otoczyli uchodźców opieką. Zorganizowali dla Żydów specjalne obchody Nowego Roku, by zrekompensować im chrześcijańskie święta. Patricia Treece przywołuje zeznania Rozalii Kobli, mieszkającej w pobliżu klasztoru. Kiedy Żydzi prosili ją o chleb, poszła do ojca Maksymiliana z pytaniem, czy w sumieniu może im pomagać. Odpowiedź Kolbego była krótka. Należy to robić, bo każdy człowiek jest naszym bratem.

 

Mechanizm dekonstrukcji

Zarzucanie mu antysemityzmu to ahistoryczny dyletantyzm. Kolbe widział w Żydach dusze stworzone przez Boga. Nie rasy czy kategorie polityczne. Dusze. Kiedy w Auschwitz spotkał trzynastoletniego żydowskiego chłopca, przytulił go, otarł mu łzy i podzielił się z nim swoją (niewielką przecież) racją żywnościową. Tak nie zachowuje się ideolog nienawiści. Tak zachowuje się święty.

Żyjemy w epoce, która ceni dekonstruowanie symboli. Sprawa oskarżeń z 1982 roku pokazuje mechanizm tej dekonstrukcji. Wzięto publicystykę z lat 30., zignorowano ówczesny kontekst społeczny, pominięto całkowicie czyny z lat 1939–1941 i wydano wyrok. Na szczęście historia opiera się na faktach, a nie na felietonach z „Washington Post”.

 

Cisza głośniejsza niż druk

Maksymilian Kolbe pozostaje postacią niewygodną. Dla dzisiejszych mediów jest wyrzutem sumienia, bo udowodnił, że można budować potęgę wydawniczą bez schlebiania najniższym instynktom. Dla krytyków Kościoła jest solą w oku, bo jego ofiara w Auschwitz rozbija narrację o rzekomej obojętności duchowieństwa wobec zła.

Zrozumiał mechanizmy nowoczesności szybciej niż inni. Zbudował medialny konglomerat. A potem, w decydującym momencie, odrzucił całą tę potęgę, by ocalić nieznajomego człowieka – bliźniego. W tym tkwi największy paradoks Niepokalanowa. Najgłośniejsze dzieło medialne w historii Kościoła w Polsce XX w. znalazło swoje zwieńczenie w absolutnej ciszy głodowego bunkra. Ciszy, która po 85 latach wciąż brzmi głośniej niż pracujące na pełnych obrotach maszyny drukarskie.

[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 17.08.2026 09:33
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 32/2026, oprac. Ludwik Pęzioł