Aleksandra Jakubiak OV: Wszystko naraz

Istnieją słowa, które na tzw. „dzień dobry” napełniają mnie niechęcią. Zresztą mam przekonanie graniczące z pewnością, że wśród osób z mojego pokolenia - nie wspominając już o młodszych - nie jestem w tej niechęci osamotniona. Do takich słów należy np. systematyczność, i w ogóle niemal wszystko, co w swoim rdzeniu zawiera słówko „system”. Takich pojęć, które mnie zniechęcają nazbierałoby się trochę, ale królową ich jest ”cierpliwość”.
Ucieczka
Piszę to wszystko nie bez kozery. Współczesny człowiek - w tym ja na czele peletonu - próbuje uciec od czekania na wszelkie sposoby. Wszystko czego chcemy, ma być na już i ma być naraz. Gdy w latach dziewięćdziesiątych XX wieku do powszechnego użytku zaczęły wchodzić piloty do rozmaitych sprzętów elektronicznych, które skracały czas oczekiwania na przyjemność a ich użycie pozwalało dodatkowo nie ruszać się z miejsca, czyli nie wkładać wysiłku w gratyfikację, można było poczuć się „panem życia”. A to był dopiero mikry wstęp do technologicznej rewolucji i nowego wewnętrznego procesu.
Natychmiastowe "zaspokojenie"
Obecnie posiadamy możliwość natychmiastowego pozyskiwania dowolnych informacji. Ogromną liczbę potrzeb naukowych, kulturalnych, rozrywkowych, społecznych etc. zaspokajamy od razu, przy użyciu małego smartphona noszonego w kieszeni lub torebce. Bez wielkiego wysiłku w kilka godzin możemy znaleźć się na innym kontynencie. Wielu z nas nawet do pracy nie musi wychodzić z mieszkania, bo do tego wystarczy otworzyć klapę laptopa. Mamy inteligentne domy i pojazdy, wykonujące za nas szereg czynności, o których nie musimy już myśleć. I to wszystko natychmiast. I to wszystko naraz. I to wszystko bez wysiłku. Wystąpienie potrzeby - czasem sztucznie napompowanej, czasem rzeczywistej - pociąga za sobą natychmiastowe rozładowanie napięcia, które ta potrzeba generuje. A rozładowanie natychmiastowe na ogół jest zapychaniem się taniochą, podróbką, „chińszczyzną”. Wypchaniem bezsmakową masą, zamiast karmienia prawdziwą, odżywczą satysfakcją.
Koszt
Z pewnością nie jest moim celem nawoływanie do powrotu do ziemianek lub jaskiń. Postęp technologiczny jest efektem wielkości ludzkiego intelektu i przywilejem jest korzystać z jego owoców, ale czytając dzisiejszą Ewangelię, zauważyłam silniej niż zwykle, że to, co jest obecnie w naszym życiu źródłem większego spokoju i większych możliwości, pociąga też pewne koszta, które trzeba jasno nazywać, by móc świadomie im przeciwdziałać.
Pomijam aspekt oderwania współczesnego człowieka od jego naturalnego środowiska zewnętrznego, to temat na inny dzień. Dziś chodzi mi bardziej o rozmienianie się na drobne, gonienie za mirażami i głupstwami w potrzebie natychmiastowego upolowania naszego celu, fragmentaryczne postrzeganie rzeczywistości prowadzące do jej spłycania. A nade wszystko koszmarne skutki braku umiejętności pożytkowania sił na to, co ważne: szukania, czekania, rezygnowania z tego, co mniej istotne.
By zdobyć perłę
By zdobyć perłę, kupiec jej szukał. To pochłaniało jego energię i stanowiło wysiłek. Być może latami czekał na szansę. Gdy ją zyskał, sprzedał wszystko co miał, słowem zrezygnował z tego, co było dobre, by zdobyć środki na to, co najlepsze. I w końcu dzięki wytrwałości, systematyczności i cierpliwości, oraz jasno określonym celom, zdobył najwyższą nagrodę. To może odnosić się do spraw materialnych i zawodowych, ale obecnie widać to mocno również w relacjach.
Seksualność zdegradowana
Sferą oczywistą jest tu nasza seksualność. We współczesnym świecie obniżono ją do rangi produktu, który jednym należy się, jak przysłowiowa „psu zupa”, zawsze i wszędzie, pozornie za darmo, czyli bez konsekwencji i odpowiedzialności, ale np. dla wielu ofiar handlu żywym towarem jest powodem złamanych życiorysów, nie wspominając już o nagłym odebraniu życia tym, którzy nie zdążyli się urodzić. Nade wszystko jednak bankructwo wartości sfery erotycznej odebrało naszej cywilizacji prawdę o nas samych i naszej godności, oraz doświadczania szczęścia w bliskości, w której za znakiem widzialnym podąża rzeczywistość znacznie głębsza niż fizyczna ekstaza.
Do kosza
Tym jednak, co najbardziej mnie dziś dotknęło, to płycizna naszej postawy wobec relacji, która się psuje. Nie mam tu, broń Boże, na myśli trwania w patologicznych związkach, które realnie krzywdzą czy też odsuwania się od osób toksycznych. Chodzi mi raczej o brak cierpliwości i chęci naprawy tego, co niedoskonałe: drogą dialogu, kompromisu, zniesienia jakiejś niewygody ze względu na dobro tego, kogo kocham, rezygnację z drobnych komfortów, by pozyskane środki spożytkować na to, co naprawdę ważne. Słowem, gdy potrzeba wysiłku, łatwiej wyrzucić do kosza.
W Kościele niedoskonałym
Tak samo postrzegam sytuację z Kościołem, jako wspólnotą. To przecież nie tak, że osoby, które w nim trwają nie widzą przywar a czasem i poważnych grzechów jego współczłonków. Dostrzeganie tego wszystkiego w innych i w sobie bywa bardzo wycieńczające. Nowa afera, kolejny skandal odbierają witalność i emocjonalnie niszczą. Tak, każdy, kto w Kościele trwa świadomie - nie zasłaniając oczu z lęku przed wizją rzeczywistości, która nam nie odpowiada - musi gromadzić w sobie pokłady cierpliwości, które nie zawsze posiadają tę samą moc, czasem ulegają załamaniu, potem rosną pomagając się podnosić i iść dalej dzięki wierze, że odnaleźliśmy skarb spotykania Boga, pomimo swoich i cudzych grzechów oraz słabości.
Coś więcej
Piszę to wszystko w pierwszej kolejności do siebie, by wciąż od nowa przypominać sobie, że na tym, co widzą moje oczy - na kolorowych towarach rozmieszczonych na sklepowych półkach, na moich beznadziejach, na natychmiastowych gratyfikacjach, na osobach, które mnie zdradziły, na tych, które zdradziłam ja, na ucieczkach - świat się nie kończy. Że za zasłoną tego, co widzialne istnieje coś więcej, coś, co warte jest mojej cierpliwości, coś, co warte jest starań i trwania - nawet w pozycji leżącej, zaraz po kolejnym upadku. Nie chodzi tylko o jakieś przyszłe nagrody, ale o „substancje” karmiące moje wnętrze tu, na ziemi naszych czasów, dające siłę, by przetrwać nawet zamęt i bałagan, nawet tymczasowy bezwład. Układające rozrzucone klocki w stabilną budowlę. Powoli. Czasem bardzo powoli.
Komentarze
Karol Nawrocki o wydarzeniach brzeskich. „Bronili wiary i ludzkiej godności”

Ewangelia na X Niedzielę Zwykłą z komentarzem

Świadkowie Jehowy – pogubieni czy groźni?
Aleksandra Jakubiak OV: „Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest”. Czy Duch Święty uczy fundamentalizmu?
Ewangelia na Uroczystość Zesłania Ducha Świętego









