Afera niewybaczalna

- Afera wokół lekarza Dawida Kacprzyka rozrosła się od zarzutów o rekordowe zarobki rozrosła się do oskarżeń.
- Najpoważniejszym wątkiem sprawy są doniesienia o istnieniu uprzywilejowanej ścieżki leczenia dla polityków Koalicji Obywatelskiej i ich rodzin
- Autor przekonuje, że reakcja władz i prokuratury może świadczyć o próbie wyciszenia skandalu.
Ostatnie dni wiosny 2014 roku przyniosły Polsce aferę taśmową. Nagrania, na których w arogancki i pogardliwy wobec rodaków sposób wypowiadali się ważni politycy ówczesnej koalicji rządzącej, według wielu stały się główną przyczyną najpierw ucieczki Donalda Tuska do Brukseli, a następnie utraty władzy przez PO w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Politycy jedli potrawy eleganckie, choć jak do dziś piszą ich obrońcy, wcale nie takie drogie. Kwoty rzucane w rozmowach też nie były wielkie. Ale to, że nie były to abstrakcyjne miliony, a raczej dziesiątki tysięcy, sprawiło, że właśnie te taśmy przemówiły do ludzi. Taśmy… i ośmiorniczki przynoszone przez kelnerów z magnetofonami.
Ówczesna afera miała wiele wątków: od wykorzystywania publicznych pieniędzy na biesiadowanie w gronie znajomych, przez słowa wskazujące na faktyczny stosunek politycznych elit do wyborców („Ch*j z Polską Wschodnią”), odklejenie od ich sytuacji („Tylko idiota pracowałby za sześć tysięcy”), wreszcie do konkretnych sytuacji wskazujących na sterowanie nastrojami za pomocą niedozwolonych środków (spalenie budki pod rosyjską ambasadą w celu wywołania poczucia zagrożenia ekstremizmami czy negocjowanie z Markiem Belką, wówczas szefem NBP, finansowych sztuczek mających ratować władzę).
Odpowiedzią rządu było bezceremonialne najście redakcji „Wprost”, które wizerunkowo okazało się klęską nie mniejszą niż sama afera. Co było dalej, wszyscy wiemy. Wbrew wcześniejszym deklaracjom Donald Tusk udał się do Brukseli, Ewa Kopacz okazała się premierem jeszcze gorszym od byłego szefa i po pełnych wpadek kampaniach wyborczych najpierw odejść musiał prezydent z Platformy, a później już sama Platforma. Podobnie jak po późniejszej o osiem lat przegranej Prawa i Sprawiedliwości dość długo trwały publicystyczne rozważania, co przesądziło o upadku władzy, której często ci sami publicyści jeszcze dwa, trzy lata wcześniej wieszczyli nieraz po kilkanaście, może i kilkadziesiąt lat niezmąconego trwania. I choć przyczyn tych było wiele, najczęściej przywoływano to rozejście się, pęknięcie między górą a dołem, którego symbolem stały się właśnie ośmiorniczki.
Złoty chłopiec
Afera, podobnie jak w przypadku wcześniejszego o kilka miesięcy KPO dla kultury, zaczęła się dość niepozornie. Ot, jeden z użytkowników portalu X, aktywnie komentujący pod hashtagiem „Konowałposting”, pod którym grupa osób zbiera informacje o wysokich zarobkach i nieodpowiednich zachowaniach lekarzy, zwrócił uwagę na oświadczenie majątkowe jednego z warszawskich lekarzy, zaledwie 28-letniego Dawida Kacprzyka.
Z opublikowanego w pierwszych dniach czerwca przez Urząd m.st. Warszawy oświadczenia majątkowego Kacprzyka wynikało, że w 2025 r. wykazał 1,6 mln zł dochodu z praktyki lekarskiej. Tropem dochodów lekarza ruszyli internauci, temat podjął też Kanał Zero. Szybko okazało się, że Kacprzyk zgłaszał całkowicie nierealistyczne godziny dyżurów, a podczas niektórych z nich bywał widziany w innych miejscach – przede wszystkim tych związanych z jego aktywnością partyjną. Był on bowiem działaczem Koalicji Obywatelskiej i jej radnym, aktywnym medialnie jeszcze od czasów protestów rezydentów, do których doszło w trakcie rządów PiS. Podczas dyżurów zdarzało mu się występować w telewizji lub spotykać z marszałek Senatu Małgorzatą Kidawą-Błońską.
Tym samym otworzył się drugi, jednak nie ostatni, front afery: wątek polityczny. Młodemu lekarzowi studiującemu podczas pandemii COVID-19, a więc mającemu de facto mniej zajęć praktycznych z pacjentami od kolegów ze szczęśliwszych roczników, przyznawano stanowiska i odpowiedzialność w tempie szybszym, niż nakazywałyby jego wiedza i doświadczenie.
„To błyskawiczna kariera: powierzenie funkcji koordynatora SOR-u osobie bez specjalizacji (Kacprzyk dopiero chce zostać anestezjologiem) i z tak krótkim doświadczeniem jest sytuacją co najmniej nietypową”
– pisze na portalu Zero.pl Patryk Słowik. Zaczyna rozlewać się wątek polityczny sprawy. Kacprzyk jako radny, ale też twórca młodzieżówki KO, zna się w Warszawie niemal ze wszystkimi prominentami, jednak oni nagle przestają go znać. Odcinają się od niego politycy, z którymi miał zdjęcia, z którymi stał ramię w ramię na demonstracjach, którzy namawiali do głosowania na niego w wyborach samorządowych i wciskali ludziom do rąk jego ulotki. Sprawa sięga wysoko, wiele osób zastanawia się wręcz, czy nie jest to odprysk jakiejś wojny frakcji w KO, na której stracić mają Rafał Trzaskowski jako prezydent miasta odpowiedzialny za placówki (łącznie aż cztery), w których pracował Dawid Kacprzyk, i Marcin Kierwiński, szef lokalnych struktur, którego dobre relacje z kłopotliwym medykiem opisuje „Newsweek”.
Jeden kraj, dwa systemy
Nim przejdziemy dalej, spójrzmy na wątek finansowy, od którego przecież wszystko się zaczęło. W sprawie zarobków lekarzy nastąpiło w Polsce wyraźne przesunięcie społecznej percepcji: po upadku PRL jeszcze przez lata dominowała opowieść o źle opłacanym zawodzie wymagającym ogromnej odpowiedzialności, długiego kształcenia i pracy ponad siły, ale po serii protestów, kadrowym deficycie i ustawowym powiązaniu płac w ochronie zdrowia ze średnim wynagrodzeniem w gospodarce zaczęła działać logika automatycznego wzrostu. Od 2022 roku szczególnie mocno podniosły się gwarantowane minima, a równolegle rynek kontraktów, zwłaszcza w deficytowych specjalizacjach i przy pracy w kilku miejscach, pozwolił części lekarzy osiągać dochody całkowicie odklejone od doświadczenia zwykłego pacjenta i kłócące się z wiecznie obecnym komunikatem o braku pieniędzy na funkcjonowanie służby zdrowia.
Dlatego problem politycznie eksplodował niekoniecznie dlatego, że lekarze zaczęli dobrze zarabiać, lecz dlatego, że ich wysokie, coraz częściej ujawniane wynagrodzenia zderzyły się z obrazem systemu, w którym pacjent nadal czeka miesiącami na badanie, odbija się od limitów NFZ, co chwila słyszy o zadłużonych szpitalach i potrzebie podwyższenia składki. Sam Kacprzyk w czasach opozycyjnych występował w wielu materiałach jako przedstawiciel zawodu źle opłacanego, który czeka na więcej pieniędzy od państwa. I, jak widać, szczęśliwie się doczekał.
Tymczasem wątek polityczny owocuje kolejnym, być może najbardziej bolesnym, choć wciąż jeszcze nie najbardziej w tej sprawie szokującym skandalem.
„Błyskawiczne przyjęcia, wykonywanie pakietów kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu badań w bardzo krótkim czasie, możliwość przebywania w innym pomieszczeniu niż ogół pacjentów. W Warszawskim Szpitalu Południowym stworzono nieoficjalnie szybszą i bardziej komfortową ścieżkę przyjęć dla polityków Koalicji Obywatelskiej oraz ich rodzin”
– pisze w Zero.pl Patryk Słowik. To w tym aspekcie sprawy publicyści upatrują największego problemu dla Koalicji. Wiadomość ta zbiega się z falą SMS-ów o przesuwanych na odległe terminy kolejnych badaniach dla zwykłych pacjentów, również tych zlecanych do natychmiastowej realizacji. Do tego w kwietniu Polską wstrząsnęła wiadomość o śmierci 20-letniej Julii zmarłej w wyniku zbyt długiego oczekiwania na miejsce na oddziale intensywnej terapii, na który trafić musiała po serii błędnych decyzji lekarzy. W maju Marcelina Zawisza z partii Razem ostrzegała, że opóźnia się konieczne badania diagnostyczne, co może prowadzić do braku rozpoznania chorób na czas. Przyczyną były oczywiście cięcia w przeznaczonym na to budżecie.
– Dyrektorzy szpitali staną przed okrutnym wyborem: albo zadłużyć szpital i przeprowadzić badanie, albo nie przebadać pacjenta, który może być ciężko chory
– mówiła Kanałowi Zero posłanka. Tymczasem dowiedzieliśmy się, że w ramach pracy eleganckiego „saloniku VIP” dla polityków KO zajmowano się troskliwie działaczami skarżącymi się na depresję i zmęczenie, przy okazji wykonując dla nich całe serie badań diagnostycznych. Jakby tego było mało, związany z Lewicą dr Piotr Kusznieruk, rektor Warszawskiej Akademii Medycznej, ujawnił, że według relacji pielęgniarek w Szpitalu Południowym regularnie odtruwano polityków, którzy zjawiali się tam na kacu. Kusznieruk zwrócił też uwagę, że szpital odmawiał przyjmowania studentów na praktyki. Ten obraz wielkiej opiekuńczości wobec przedstawicieli partii władzy gryzie się z dostępnymi w sieci opiniami zwykłych pacjentów, którzy często pisali o fatalnej jakości opieki, którą uzyskali (lub nie) na zarządzanym przez Kacprzyka SOR-ze. Cóż, siły i kadry przerzucone zostały na inny odcinek.
Horror w państwie mafii
Sytuacja zaczęła eskalować. Po doniesieniach o fatalnych relacjach Dawida Kacprzyka z innymi lekarzami, w tym bardziej doświadczonymi kolegami, których zastraszać miał swymi politycznymi wpływami, przyszła pora na kolejną bombę: według dawnego ordynatora z tej samej placówki dr. Emila Jędrzejewskiego działania Kacprzyka prowadzić miały do śmierci pacjentów, czasem przez zaniedbania (szokujący przypadek „zapomnianego” pacjenta, który nie uzyskawszy pomocy na SOR-ze, zmarł w szpitalnej toalecie), a czasem przez błędy medyczne młodego lekarza, który na żywych ludziach nadrabiać miał braki w dotychczasowej edukacji. Starszy kolega informować miał o tym dyrekcję szpitala i prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, a w efekcie… sam stracił pracę.
Ujawnione w Kanale Zero fakty wywołały szok, jednak znamienna była reakcja prokuratury. Dowiedzieliśmy się, że nikt nie prowadzi żadnych działań wobec Kacprzyka, nie zabezpieczono też akt szpitala. Zaczęło się wielkie mataczenie, a zarazem wielkie zastraszanie. Media sprzyjające władzy rozpoczęły atak na Jędrzejewskiego, a w prokuraturze był on podczas pierwszego przesłuchania traktowany jawnie wrogo. Sam premier Donald Tusk stwierdził, że mamy do czynienia z osobą niewiarygodną, i zasugerował, że to sygnalista powinien ponieść karę „za pomówienia”.
Obrony Kacprzyka podjął się często obsługujący prawnie ważne postacie z KO mec. Jacek Dubois, którego była żona jest cały czas wiceministrem sprawiedliwości. Choć w mediach, które nie bały się pisać o sprawie, zapanowało oburzenie już nie tylko na Kacprzyka, ale też na działania rządu, prokuratury i prorządowych mediów, przekierowało to sprawę na tory niebezpieczne prawnie, lecz być może – chciałbym się mylić – mniej szkodliwe wizerunkowo. Nierówność dostępu do świadczeń medycznych, niemoralne sposoby zarabiania, gorsze traktowanie zwykłych pacjentów to tematy, które dotykają każdego i które rezonowały. Pojawił się na przykład żart o potrzebie szybkiego zapisania się do KO w celu zrobienia rezonansu magnetycznego.
Panika i plan skręcenia sprawy
Gdy jednak afera staje się powtórką ze sprawy „Łowców skór”, może być dla zwykłego odbiorcy na tyle przerażająca, że – niczym aferę kłodzką – zacznie wypychać ją ze swojej świadomości. Nie zmienia to faktu, że reakcja władzy wskazuje na rosnącą panikę, która prowadzi do fałszywych kroków, takich jak pogróżki kierowane przez Bartosza Arłukowicza w stronę dziennikarzy czy wspomniana już wypowiedź Donalda Tuska, którą uznać należy za jawną próbę nacisku na prokuraturę.
Jawna nierówność w dostępie do realizacji podstawowych życiowych potrzeb potrafi obalać rządy i reżimy. Często dzieje się to nawet w sytuacji względnego dobrobytu lub ogólnej poprawy warunków życia. Dlatego też sprawa Szpitala Południowego i młodego, aroganckiego medyka jest tak groźna dla rządu. Nawet jeśli nie odbije się w sondażach, zmusza polityków do krótkoterminowych kłamstw, pokrzykiwań i arogancji, a to składa się na naprawdę zgubną mieszankę. Lecz nie tylko dla politycznej zmiany, a dla zwykłej ludzkiej przyzwoitości pilnujmy, by plan skręcenia sprawy w prokuraturze i w mediach ekipie Donalda Tuska się nie udał. Inaczej utrwalimy na długo narastające systemowe nierówności III RP.
Komentarze
Bosak: "Jeśli doświadczony chirurg wziął za fraki gówniarza i nim trzepnął, to dobrze zrobił"

Afera w Szpitalu Południowym. Prof. Ryba: "Tusk jest chytry lis, ale tego zasypać się nie da"

Internet bezlitosny dla Arłukowicza. Są konkretne dane

Kwiecień: Równie ważne, co odwołanie Trzaskowskiego, jest odwołanie Rady Warszawy

Piotr Duda: Ustawa o ochronie sygnalistów nie działa. Prawdziwe wsparcie dają tylko związki zawodowe






