Tȟašúŋke Witkó: Wymowne milczenie nadwiślańskich obłudników

- Autor przekonuje, że po 1989 roku transformacja gospodarcza doprowadziła do powstania trwałych obszarów biedy i wykluczenia społecznego, a koszty zmian poniosły głównie środowiska robotnicze, rolnicze i mieszkańcy mniejszych miejscowości.
- W felietonie pojawia się teza, że część elit politycznych, biznesowych i medialnych przez lata traktowała osoby przegrywające w nowych realiach gospodarczych z pogardą, przypisując ich problemy wyłącznie brakowi przedsiębiorczości i zaradności.
- Punktem wyjścia do krytyki współczesnych elit jest propozycja wsparcia emerytalnego dla artystów. Autor zarzuca jej zwolennikom stosowanie podwójnych standardów – jego zdaniem grupom uprzywilejowanym wybacza się problemy ekonomiczne, podczas gdy wobec robotników czy rolników przez lata stosowano znacznie ostrzejsze kryteria oceny.
Aby moich Wspaniałych Czytelników nie zniechęć do dalszej lektury, już teraz zaznaczam, że – broń Boże – w tym tekście nie będzie rozprawiania o procentach, liczbach, stopach zastąpienia czy innych emerytalno-zusowskich terminach i mądrościach. Chcę za to ukazać jak „wielkomiejski salon” – ten bezgranicznie gardzący pospólstwem z Polski powiatowej – wyzuty jest nie tylko z elementarnej przyzwoitości, ale również nie pamięta o okrucieństwie nauki zwanej logiką.
Genealogia biedy i wykluczenia
Po roku 1989, kiedy zmieniły się wyłącznie fasady ustroju i władzy w Polsce, nastał szał propagandowy, kiedy to rządzący nakazywali wręcz, aby ludzie „brali własny los w swoje ręce”. Zakłady pracy, kopalnie i huty z dnia nadzień okazały się nierentowne, a jedynym panaceum, by cokolwiek z nimi zrobić zawierało się w magicznym słowie „prywatyzacja”. Fetyszowi owej „prywatyzacji” – czyli, faktycznie, kupowania przez bardzo wąską kastę uprzywilejowanych całych przedsiębiorstw za bezcen – towarzyszył drugi, znany pod hasłem „przedsiębiorczości”.
Niedawni kacykowie z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, wszystko zawdzięczający czerwonej legitymacji, nagle stali się wybitnymi znawcami wolnego rynku. Ludzie ci, z miną mędrców piętnowali wypaczenia socjalizmu i pędzili ludzi do pracy ponad siły, a do tego za marne grosze, każąc wszystkim gonić gospodarczo Zachód. Dojarka czy oborowy z państwowego gospodarstwa rolnego w Kietrzu w województwie opolskim wespół z łódzkimi tkaczkami i monterami maszyn włókienniczych chętnie zamieniliby drelichy, fartuchy, gumiaki oraz kamasze na garsonki i garnitury, a także wzuli lakierowane buty, po czym wzięliby się za intratne biznesy, jednak nie mieli na to ani kapitału ani umiejętności. Wykonywali swoją robotę bardzo dobrze, ale znali się wyłącznie na obsługiwaniu rogacizny i maszyn, więc nie mogli otworzyć kantoru wymiany walut, by zarobić miliony w ciągu tygodnia. Zresztą, znakomicie prosperujący byli funkcjonariusze PRL-owskich służb bezpieczeństwa skutecznie zablokowaliby im podobną możliwość. Tak powstały całe enklawy biedy, w których żyły – a właściwie wegetowały – miliony ludzi, bez wahania wyrzuconych przez bezduszny system poza nawias społeczny.
Genealogia pogardy
Beneficjenci zmian, nazwani nieco później szyderczo „salonem”, bawili się znakomicie w stolicy i innych dużych ośrodkach miejskich. Trosk większych nie mieli, bowiem opracowali zasadę biznesową zawartą we frazie: „prywatyzacja zysków, uspołecznienie strat". Uwłaszczeni – często w sposób bardzo niejasny – na majątku pozostawionym przez Polskę Ludową opływali w luksusy. Życie było piękne i niosło same przyjemności, ale czasem zakłócał je pomruk głodnych mas, domagających się chleba powszedniego.
Dla nowobogackich zmiany miały także ciemniejsze strony, bowiem na początku lat 90. XX wieku już nikt nie mógł sobie pozwolić na wysłanie kilku kompanii następców Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej, by te rozprawiły się z niezadowolonymi, jak to drzewiej bywało. Opracowano więc inną metodę, szatańską wręcz, trzymania w ryzach Jeana Valjeana i Kozety; zaczęto bezpardonowo obciążać ich samych za sytuację w jakiej się znaleźli oraz jawnie nimi pogardzać. Dla zwiększenia efektu, użyto do tego liberalnych tytułów prasowych, rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych, tych samych, które po latach zaczęto nazywać pokątnie „medialnym ściekiem”.
Elba dla frustratów
Jeśli ktoś nie posiadał grosza na chleb i czynsz, a do tego miał czelność głośno o tym mówić oraz domagać się wsparcia, wówczas rzucała się na niego kohorta „rzeźbiarzy umysłów” – dla zmylenia przeciwnika zwanych autorytetami i dziennikarzami – wyłącznie po to, by niepokornego zrównać z ziemią. Miliony czytelników, radiosłuchaczy oraz telewidzów dowiadywały się, że „nie ma darmowych obiadów” i każdy musi zarobić sam na siebie. Pouczający i dyscyplinujący nie uważali problemu powszechnego braku pracy za coś szczególnie istotnego, bowiem na bolączkę ową mieli znakomitą poradę w stylu „znalezienia niszy na rynku” i „wejścia w nią z własnym interesem”.
Przez niemalże dwie dekady sączono narrację, że nowoczesna Polska – ta kolorowa, liberalna, wykształcona i uśmiechnięta – wciąż musi zmagać z całą armią niezaradnych frustratów, którzy niczego nie potrafią oprócz narzekania. Zwyczajnym ludziom wtłaczano do głów, że są obywatelami najniższej kategorii, czemu w żaden sposób nie potrafili się przeciwstawić, bowiem mówili im to doktorzy habilitowani, profesorowie, redaktorzy naczelni, prezesi i tabuny innych posiadaczy najprzeróżniejszych tytułów. „Salon” systematycznie odsyłał ich na Elbę, żeby nie przeszkadzali i nie bezcześcili krajobrazu swoim widokiem, a głodową jałmużnę dał im pewien minister, znany z nalewania zupy chochlą, naturalnie uchwycony przy tym przez czujne oko rządowych kamer. W ten sposób rozwarstwienie i wykluczenie ziściły się bez masowych buntów.
Bunt Helotów
Z czasem zmienił się świat mediów i granice stanęły otworem, co elity uwłaszczone na PRL-owskich fruktach całkowicie przespały. Masowa emigracja zarobkowa częściowo rozwiązała problem niezadowolenia bytowego w Polsce, ale stworzyła inny horyzont mentalny; ludzie przebywający na ekonomicznym wygnaniu dostrzegli, że pogardza się nimi tylko nad Wisłą, zaś nad Tamizą uważani są za znakomitych fachowców. Po powrocie do kraju – dysponując tanimi i szybkimi elektronicznymi kanałami komunikacji oraz większą gotówką zarobioną na obczyźnie – absolutnie nie pozwolili, aby ponownie obsadzić ich w roli Helotów. Otwarcie zbiorów zastrzeżonych archiwów państwowych nagle odbrązowiło masę postaci, uchodzących do tej pory za nobliwe. Wyszło, że wielu z tych, którzy pouczali maluczkich ze
szklanych ekranów było w przeszłości tajnymi współpracownikami służb specjalnych, donoszącymi na swoich znajomych. Czasem okazywało się, że majątki dzisiejszych tuzów finansów wzięły się wyłącznie z rozgrabienia jakiegoś dochodowego przedsiębiorstwa państwowego. Szare masy zrozumiały, że niewielka klika uwłaszczona na ciężkiej robocie ich rodziców i dziadków nie dość, iż sama siebie wyniosła na niezasłużony piedestał i stała się klasą próżniaczą, to jeszcze miała czelność lżyć tyrające na nią doły piramidy społecznej.
Logika jest okrutna
Obecnie, kiedy Marta Cienkowska – ku wielkiej uciesze parlamentarnej opozycji – zaproponowała dystrybucję pieniądza do emerytalnych kies artystów, naszła mnie taka osobista refleksja: przez całe lata 90. XX w. i pierwszą dekadę wieku XXI samozwańcze elity śmiały się z robotników i małorolnych chłopów, którzy nie potrafili odleźć swojego miejsca w nowej rzeczywistości. Szydzili, że ludzie ci umieli jedynie wykonywać proste czynności i wyłącznie w obskurnym socjalizmie, zaś w złożonym kapitalizmie stali się nienawistnymi frustratami.
Dziś, kiedy minister chce nadać grupie społecznej przywilej emertytalno-finansowy wyłączne dlatego, że klika owa nie potrafi wypracować systematycznego zysku, te same persony – kiedyś ochoczo pędzące wszystkich do ciężkiej roboty – uparcie milczą. A może, poruszając się w ramach okrutnej logiki, nazwijcie artystów „nienawistnikami” oraz „frustratami” i poradźcie im, aby „wzięli swój los we własne ręce”! Nie, tego nie zrobicie, bo jesteście mentalnymi i moralnym degeneratami oraz tchórzami, silnymi wyłącznie wobec słabych, ale za to słabymi wobec silnych.
Howgh!
Tȟašúŋke Witkó, 12 czerwca 2026 r.
[Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Miłośnik kawy w dużym kubku ceramicznym – takiej czarnej, parzonej, słodzonej i ze śmietanką. Samotnik, cynik, szyderca i czytacz politycznych informacji. Dawniej nerwus, a obecnie już nie nerwus]
Komentarze
Aleksander Krawczuk. Pisarz, agent, polityk

Postkomunizm, tajne służby PRL i III RP, bezpieczeństwo państwa. Zaproszenie na dyskusję w Sali BHP

Za to "dzieło" Jaś Kapela otrzymał od ministerstwa 60 tys. zł? Burza w sieci
Marcin Bąk: Pluralizm... czy ktoś to jeszcze pamięta?

Czy architekt polskiej transformacji rozumie cokolwiek z ekonomii?

